Komu Grand Prixy po Grand Prix Malezji

Trzeci wyścig tego sezonu miał wyjątkową oprawę w postaci okrzyków ''oby nam się'' i ''podaj kiełbę''. Wielkanocny zając przyniósł prezent Sebastianowi Vettelowi w postaci niezawodnego samochodu, dyngus okazał się zbyt mokry dla Ferrari i McLarenów, a w jajo został zrobiony Michael Schumacher, któremu się koło odlepiło i który po raz kolejny przegrał z sobowtórem Legolasa, co go zapewne wcale nie cieszy.

Złoty Victorinox dla tego, który jest niezawodny

Czyli dla Roberta Kubicy. Polak lubi się krygować i zaznaczać, że samochód Renault nie jest tak szybki, jak konkurenci, nawiasem mówiąc słusznie. Nie zmienia to faktu, że po raz kolejny Polak pojechał bezbłędnie i po raz kolejny wycisnął z maszyny sto procent. Tym razem nie wystarczyło to do podium, ale czwarte miejsce to i tak sukces, szczególnie, że z tyłu zostali Hamilton, Massa i Button. Renault w odróżnieniu od BMW Sauber nie wychodzi z założenia, że plan uber alles i nawet jeśli ewidentnie bolid nie jest tak szybki, jak miał być, to i tak trzeba go rozbudowywać według planu. To znaczy nie rozbudowywać. Nawet jeśli chciałoby się oglądać Kubicę w samochodzie dającym realne szanse na zwycięstwo w wyścigach - Renault i tak jest całkiem miłą odmianą po poprzednim sezonie.

Złoty Frodo Baggins dla tego, który strasznie długo szedł, ale w końcu mu się udało

Czyli dla Sebastiana Vettela. I w Bahrajnie i w Australii Vettel miał zwycięstwo w kieszeni i w obu wypadkach padał ofiarą kieszonkowców. To znaczy własnego samochodu. W Malezji wreszcie samochód jechał od początku do końca potwierdzając to, co wcześniej pokazywały kwalifikacje - Red Bull jest w tym sezonie tak szybki, jak szybki był w pierwszej połowie poprzedniego sezonu Brawn. Na szczęście, w odróżnieniu od zeszłorocznego Brawna Red Bullowi daleko do jego niezawodności, dzięki czemu nie czeka nas powtórka z rozrywki. A właściwie z jej braku.

Złoty Cumulus dla tych, którzy patrzą w niebo i nie widzą

Czyli dla McLarena i Ferrari. Kto nie śledził weekendu, a tylko ograniczył się do popchnięcia wielkanocnego śniadania konsumpcją samego wyścigu musiał się nielicho zdziwić widząc oba McLareny i Ferrari pod koniec stawki. Inżynierowie w obu zespołach popełnili ten sam błąd - licząc na to, że deszcz zelżeje w pierwszej sesji kwalifikacyjnej za późno wypuścili kierowców na tor. Deszcz tymczasem nie zelżał, ale wręcz przeciwnie, w związku z czym kierowcy obu teamów mogli go solidarnie zelżyć za pożegnanie się z kwalifikacjami zanim się jeszcze na dobre zaczęły. Co zresztą wyścigowi wyszło na dobre.

Złoty Galloway Gallegher dla tych, którym nie całkiem wyszło

Czyli dla Ferrari. Zaczęli od podwójnego zwycięstwa w Bahrajnie, potem przyszło podwójne półpodium (trzecie i czwarte miejsce) w Australii. W niedzielę Massa był dopiero siódmy, Alonso natomiast na dwa okrążenia przed końcem przycisnął za mocno i zamordował niewinny silnik. W ogóle w Malezji zobaczyliśmy hekatombę włoskich silników, bo z powodu ich awarii wyścigu nie ukończyli też obaj kierowcy BMW Sauber. Do tego już w Bahrajnie trzeba było wymienić silniki między kwalifikacjami i wyścigiem w obu bolidach Ferrari. Przystosowanie do obecnych warunków i zakazu tankowania jednych z najbardziej paliwożernych silników najwyraźniej sprawiło, że są równie chętnie do współpracy, jak Robot Joe.

Złoty Szkielet Marlina dla tego, który jest stary i (nie) może

Czyli dla Michaela Schumachera. Tym razem najstarszy i jednocześnie najbardziej utytułowany kierowca w stawce zakończył już na dziewiątym okrążeniu. Tym razem padło na to, że coś padło - konkretnie niedokręcone koło. Tym razem było to szczególnie bolesne, bo Ferrari i McLareny były za plecami, co zresztą kolega Schumachera z zespołu Nico Rosberg wykorzystał wskakując na podium. Wygląda na to, że słowa ''tym razem'' jeszcze nieraz w tej rubryce zagoszczą.

Piotr Mikołajczyk