Surowa Lekcja Dyscypliny: Odcinek 13 - Narciarstwo Alpejskie

Igrzyska powoli brną do szczęśliwego końca i do końca brnie nasz przegląd rozgrywanych w Vancouver konkurencji. Dziś pora na sport, który jest dowodem, na to że ludzie wymyślający nazwy dyscyplin nie mają za dużo wyobraźni - narciarstwo alpejskie.

Lekcja Historii

Jako się rzekło, narciarstwo alpejskie to przykład tego, że nazwy dyscyplin nie są przykładami popisów ludzkiej kreatywności, ani absurdalnego poczucia humoru. Narciarstwo alpejskie nie powstało więc w Argentynie, Norwegii, ani gdzieś na stokach Kilimandżaro, ale właśnie w Alpach. Podobno jakieś 150 lat temu zaczęto tam bawić się w zjeżdżanie ze stromych stoków i zapewne było wiele radości.

Światową karierę alpejczycy zaczęli jednak dopiero w 1931, gdy po raz pierwszy dane było im walczyć o mistrzostwo świata. Konkurowano wtedy w slalomie i zjeździe. Rok później dołączono także dwa w jednym, czyli kombinację alpejską. To właśnie ta ostatnia jako pierwsza z alpejskich konkurencji weszła w skład igrzysk, co uczyniła w 1936 w Garmisch-Partenkirchen. W 1948 w St. Moritz dorzucono także osobno rozgrywany zjazd i slalom. Po kolejnych czterech latach olimpijczycy mogli walczyć o medale także w slalomie gigancie, za to zabrano im kombinację. Znany dziś zestaw alpejskich konkurencji ukształtował się w 1988, gdy w Calgary znów pozwolono alpejczykom kombinować, a w ramach gratisu dorzucono jeszcze jednego giganta - i to nie jakiegoś tam pierwszego lepszego gigancika , ale supergiganta.

Lekcja ZPT

Narciarstwo alpejskie zwie się również zjazdowym, a że znacie już niechęć twórców dyscyplin do kombinowania z nazwami, możecie się domyślić, że w sporcie tym chodzi o to, żeby zjeżdżać. Dodajmy, że zjeżdżać szybko, a najlepiej najszybciej. Żeby było ciekawiej kolejne konkurencje różnią się nie tylko nazwami, ale także sposobem, w jaki trzeba przetransportować się na metę. Jeśli więc w czasie igrzysk nie ogarnęliście jeszcze wszystkich niuansów, oto mała ściąga.

Podstawą wszystkiego jest zjazd , w którym bez zbędnych kombinacji trzeba przeteleportować się na metę trasą, która na igrzyskach ma od 800 do 1100 metrów długości i co najmniej 30 metrów szerokości. Jest to najszybsza konkurencja - dosłownie i w przenośni, gdyż to tutaj alpejczycy osiągają najwyższe prędkości, a o końcowej klasyfikacji decyduje tylko jeden zjazd.

Trasa slalomu jest krótsza, ale za to naszpikowana bramkami, przez które narciarze muszą przejeżdżać, dzięki czemu co chwilę zmieniają kierunek i kręcą jak działacz przed wrocławską prokuraturą. Rozgrywane są dwa biegi, przy czym dla utrudnienia przed drugą serią zmieniane jest ustawienie tyczek. Wygrywa zawodnik z najniższym łącznym czasem.

Z połączenia mocy tych dwóch konkurencji niczym Kapitan Planeta pojawia się inny superbohater, a mianowicie super kombinacja , w której zawodnicy najpierw raz śmigają w zjeździe, a następnie także raz w slalomie, przy czym jego trasa jest skrócona w stosunku do normalnej. Także tu po zakończeniu zabawy czasy obu przejazdów są dodawane i wygrywa ten, kto zaliczy najniższy.

Kolejna konkurencja to slalom gigant , który zasadniczo jest jak slalom, z tym, że bramek jest mniej, są za to szersze, a zakręty delikatniejsze. Ostatni z alpejskich wynalazków zwie się trochę jak jedno z wcieleń Sachy Barona Cohena , gdyby chciało ratować świat - Super G . Pełna nazwa, czyli supergigant także niesie za sobą kilka głupich skojarzeń . Tutaj o wszystkim decyduje jeden przejazd, który łączy w sobie prędkość zjazdu z precyzją slalomu giganta. Wszystko dzięki temu, że bramki rozstawione są szeroko, jak w gigancie, ale trasa jest dłuższa, a zakrętów mniej, więc zawodnicy mogą szybciej pędzić.

Jeśli wiecie już co możecie oglądać, to przydałoby się wiedzieć jeszcze jak. Cóż oglądać należy w nadziei, że realizator pokaże jedną z największych i najładniejszych stron narciarstwa alpejskiego, czyli złotą (zjazd) i brązową (supergigant) medalistkę z Vancouver Lindsey Vonn

Albo liczyć na to, że zawodnicy pożyczą sprzęt od biathlonistów i pobawią się w Jamesa Bonda

Chociaż bez strzelanin też bywa efektownie i niebezpiecznie. Zwłaszcza jeśli pędzi taki narciarski kamikaze, jakim był Herman Maier, który w Nagano zamienił się na chwilę w w pocisk ziemia - powietrze

Upadek tak efektowny, że zawstydziłby Cristiano Ronaldo, nie przeszkodził Herminatorowi trzy dni później stanąć na trasie supergiganta i wywalczyć w nim złota. Po kolejnych trzech dniach Maier dorzucił do tego jeszcze mistrzostwo w supergigancie. Lekcja Geografii

W tym wypadku mamy raczej do czynienia z geologią, gdyż medale w narciarstwie alpejskiej okopały się w krajach alpejskich i ruszają się z nich z prędkością dryfu kontynentalnego. Dzięki temu nim w Vancouver zapłonął olimpijski znicz Austriacy mieli 101 medali, Szwajcarzy 53, a Francuzi 43. Czwarte jest USA z ''zaledwie'' 31 wizytami na podium.

Także i tym razem Austriacy liczyli na grad medali, ale się nie doczekali. Mimo że rozegrano już niemal wszystkie konkurencje mężczyźni nie zdobyli ani jednego medalu, więc honor alpejskich wymiataczy z kraju Mozarta musiały ratować kobiety, które wywalczyły złoto i brąz, co jednak nie było nawet przystawką mogącą zaspokoić chociaż w niewielkiej części medalowy głód. Austriacka prasa grzmi więc na sportowców i nie zdziwię się, jeśli z rozpaczy postanowi zrobić z Austrii 51. stan USA.

Amerykanie bowiem koszą medale z taką gracją, że Ponury Żniwiarz z uznaniem kiwa głową ostrząc kosę. Ich alpejczycy wywalczyli aż osiem krążków, w tym dwa złote. Punktowała dla nich między innymi jedna z największych gwiazd hamburgerowej reprezentacji - wspomniana Vonn.  Wróżone jej pięć medali można jednak włożyć między życzenia typu dla każdego 100 milionów, gdyż Lindsey wprawdzie zaczęła od złota w zjeździe, ale super kombinacji nie zdołała ukończyć. Potem wywalczyła brąz w supergigancie, ale wczorajszą przygodę ze slalomem gigantem zakończyła już na początku pierwszego przejazdu. Czeka ją jeszcze w piątek slalom i jeśli nadal będzie startowała z taką regularnością, to powinna trzeci raz stanąć na podium.

Jeśli zaś mielibyście ochotę potrzymać kciuki nie za faworytów, a za oryginalnych zawodników, to w narciarstwie alpejskim znajdziecie ich całe zagłębie. To ono obok biegów narciarskich jest bowiem ulubioną dyscypliną sportowców z krajów, którym łatwiej byłoby przekonać ludzkość o posiadaniu wehikułu czasu niż narciarzy. W Vancouver są między innymi Irańczycy, Argentyńczycy, Chilijczycy, Brazylijczycy, Hindusi, Nepalczycy, Peruwiańczycy, Ghańczyk, Kolumbijka, Senegalczyk i Pakistańczyk, któremu kibicuję szczególnie. Głównie dlatego, że patrząc na jego olimpijską fotografię przypomniałem sobie koszmary ze szkolnych zdjęć. Jeśli Muhammand Abbas zamorduje swojego fotografa, każdy sąd go uniewinni

Moje trzymanie kciuków nie poszło na marne, bo Abbas swój start w slalomie gigancie może zaliczyć do całkiem udanych. Przede wszystkim go przeżył. Do tego skończył na 79. miejscu, co nie jest miejscem ostatnim. Gdyby zaś przypomnieć, że łącznie do konkurencji przystąpiło 103 zjazdowców można by wysunąć tezę, że był w środku stawki. Chociaż muszę przyznać, że byłby to naprawdę wielgachny środek.

Andrzej Bazylczuk