Pierwsza piątka tygodnia NBA według Z Czuba

W 17. tygodniu obecnego sezonu NBA przyglądaliśmy się starym twarzom w nowych miejscach i nowych sytuacjach, a niektórym patrzyliśmy na ręce. Oto kolejny odcinek naszego cyklu o lidze, w której Greg Ostertag zdarzał się.

Tracy McGrady (New York Knicks)

Tracy McGradyTracy McGrady GETTY IMAGES/Nick Laham

Wszyscy, którzy zastanawiali się co zostało z T-Maca, który w ciągu ostatniego roku zagrał w sześciu meczach, w żadnym z nich nie spędzając na boisku więcej niż siedem minut, dostali odpowiedź już w ciągu pierwszych trzech meczach w barwach New York Knicks. Najpierw, przeciwko Oklahomie, był najlepszym strzelcem z 26 punktami i razem z przybyłym z Bostonu Eddiem Housem (24 punkty) zostali pierwszym  historii ligi tandemem, który po zmianie barw w trakcie sezonu, zadebiutował w tym samym meczu w nowym klubie i rzucił po 20 punktów. W drugim spotkaniu, przeciwko Kozłom z Milwaukee, zszedł, a w zasadzie odkuśtykał z parkiety ze względu na ból w kolanach i zapowiedział, że być może nie zagra następnego dnia przeciwko Celtics. W końcu wystąpił, zdobył tylko sześć punktów, ale potwierdził, że jest najlepszym podającym wśród skrzydłowych (i wśród koszykarzy z dziwnymi oczami ) - miał 8 asyst. Tyle jeśli chodzi o udawanie, że jakiekolwiek statystyki i mecze New York Knicks w tym sezonie mają jakiekolwiek znaczenie.

Postawa Tracy'ego to jednak nie jedyna w ogóle nie zaskakująca rzecz w jego transferze do Knicks. Po pierwsze - który to już trade na linii Rockets - Knicks? Serio. Eddy Curry wygląda jakby dostawał pączka za każdym razem, gdy ma miejsce jakaś wymiana na linii Teksas - Nowy Jork. Po drugie - gdzie indziej miałaby iść podstarzała, niespełniona gwiazda NBA jeśli nie do Knicks? Patrz: Stephon Marbury, Steve Francis, Vin Baker (pozdrowienia), Penny Hardaway. Choć patrzeć na co zbytnio nie było.

Nate Robinson (Boston Celtics)

Tracy McGradyGETTY IMAGES/Jed Jacobsohn

W kolejny z większych Trade'ów Dnia Ostatniego, także zamieszani byli Knicks. Tuż po wygraniu swojego trzeciego konkursu slam dunków (i pierwszego, którego uczestnicy powinni się cieszyć, że startować mogą tylko gracze NBA, a nie np. ludzie przebywający od kilku lat w stanie śpiączki) Nate Robinson wykonał największy skok od czasu wsadu nad Dwightem Howardem i wylądował w Bostonie. Póki co Nate zagrał 16 minut przeciwko byłej drużynie i zdobył 4 punkty trafiając 2 z 7 rzutów więc jest za wcześnie aby oceniać ten transfer, choć nowi koledzy Nate'a zdają się mieć inne zdanie. Jeszcze zanim Robinson zmienił w Bostonie Eddiego House'a w prasie pojawiły się takie wypowiedzi:

Zapytany o opinię Rajon Rondo najpierw odmówił komentarza, a w końcu wycedził:

Nie wiem, nie wiem. Mam nadzieję, że to zmiana na lepsze. Eddie też potrafił rzucać po 20, 30 punktów z ławki. Ale to nie gracze podejmują decyzje, my po prostu gramy.

Ray Allen:

Nie sądzę, że byliśmy źli. Byliśmy dobrzy.

Doc Rivers:

Cieszyłbym się gdybyśmy nic nie zmieniali. Zobaczymy czy to była właściwa decyzja czy nie. Lubię tę drużynę, w kółko to powtarzam. Nie uważałem, że potrzebowaliśmy zmian.

Ktoś tu chyba pamięta ostatniego point guarda, który przyszedł z Knicksów. Byliby bardziej mili, gdyby przywitali Robinsona widłami i pochodniami.

Cleveland Cavaliers

Tracy McGradyGETTY IMAGES/Kevork Djansezian

Zacznijmy od faktu, o którym nie wspomniałem przy okazji poprzedniej PPT - podczas All Star Weekend Dwight Howard został rekordzistą Guinessa.

Ponieważ Cavaliers nie mogli dopuścić aby ich główni rywale w walce o mistrzostwo Konferencji Wschodniej przystępowali do play off z przewagą jednego rekordu świata ( pobitego zresztą przez innego Magika - Vince'a Cartera), także postanowili pobić rekord świata. A w zasadzie dwóch, bo bicie rekordu Guinessa w największej liczbie osób ubranych w kocyki z rękawami kwalifikuje się według mnie także do rekordu najgłupszego bicia rekordu.

Tracy McGrady

Kędzierzawego Brazylijczyka pomnóżcie sobie przez 21 tysięcy (i odejmijcie nieco kędzierzowatości), a będziecie mieli pewne wyobrażenie tego co będzie się działo 5 marca w hali Quicken Loans Arena podczas meczu z Detroit Pistons. W ramach bicia rekordu Snuggie (tak się nazywa ten model kocyka) przywdzieją wszyscy kibice Cavaliers. Nie wiadomo, czy do zabawy dołączą się zawodnicy, ale mam nadzieję, że się nie pozabijają próbując w kocykach z rękawami wykonać swoje specjalne uściski dłoni .

Jared Dudley (Phoenix Suns)

Tracy McGradyGETTY IMAGES/Christian Petersen

Poznajcie najpotężniejsze ręce w historii ludzkości. Przynajmniej od czasu gdy Zbyszek Nowak przez telewizor naładował energią waszą mineralną.

Najmniej atletyczne ręce w NBA także doczekały się ekranizacji.

Marcin Gortat (Orlando Magic)

Tracy McGradyGETTY IMAGES/Harry How

Być może pamiętacie z pierwszej wersji PPT rubrykę ''Biliarderzy''. Chodziło w nim o tropienie i... cóż - nabijanie się, z koszykarzy, którzy zagrali w meczu ponad minutę i nie odnotowali w tym czasie żadnej statystyki. Nic. Żadnego punktu, zbiórki, niecelnego rzutu, straty, faulu. Zero. A tych zer w głównych statystycznych kategoriach było piętnaście, z ilością minut na przedzie, co dawało nam biliard, albo kilka biliardów. W ten właśnie sposób ''wzbogacił'' się w minionym tygodniu Marcin Gortat, w meczu przeciwko Boston Celtics. Dawno temu dałem sobie spokój z podążaniem za śladem, a w zasadzie brakiem śladu po biliarderach, ale zrobiłem wyjątek dla Gortata, bo to pierwszy taki ''ficzer'' w jego karierze. I to od razu warty 4 biliardy.

Tracy McGrady

Trochę już za późno na powodzenie akcji ''Free Marcin Gortat'', ale zawsze jeszcze można podpisać się pod petycją do trenera Stana Van Gundy'ego ''Rozpisz jedną zagrywkę pod Gortata do cholery''.

Retro gracz tygodnia: Rolando Blackman

W nowym poddziale ''Pierwszej piątki tygodnia'' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.

Tracy McGradyGETTY IMAGES/Tim Defrisco

Ze wszystkich prezentowanych na łamach tej rubryki graczy, Rolando jest do tej pory najbardziej retro, ale ci, którzy zaczynali interesować się koszykówką NBA na początku lat 90. powinni tego jednego z ostatnich snajperów starej daty pamiętać. Do ligi trafił z dziewiątym numerem w Drafcie 1981, wybrany przez Dallas Mavericks. Po debiutanckim sezonie, kiedy zdobywał 13,3 punkta, nigdy już w barwach Mavs nie zszedł poniżej 17,7 punkta, kończąc w 1994 roku grę ze średnią 18 punktów z całej kariery. Blackman był pierwszym prawdziwym rewolwerowcem z Dallas, tracąc pozycję punktowego lidera wszech czasów dopiero na rzecz Dirka Nowitzkiego. W 2000 roku drużyna z Teksasu zastrzegła numer 22, z którym Rolando grał dla niej przez 11 sezonów. W 1992 roku został oddany za wybór w drafcie do szykujących się na zdetronizowanie Chicago Bulls nowojorskich Knicksów. Wtedy to pojawił się na radarach raczkujących fanów NBA, w tym moim. Popikał na nim jednak niezbyt długo, bo już dwa lata później zakończył karierę i przeniósł się do Europy, gdzie występował w AEK Ateny i Stefanelu Mediolan. Ostatnim meczem w jego karierze w NBA był siódmy mecz finałów, w którym Knicksi grali przeciwko Houston Rockets i Johnowi Starksowi. Blackman nie zagrał w całej serii ani minuty, nawet wtedy, gdy w decydującym spotkaniu Starks trafił tylko 2-18 rzutów. Dwanaście lat później Pat Riley przyznał, że nie wstawienie Blackmana zamiast Starksa w siódmym i szóstym meczu finałowym było największym błędem w jego karierze trenerskiej i że nigdy sobie tego nie wybaczył.

4-krotny uczestnik Meczu Gwiazd po zakończeniu kariery zawodniczej pozostał bliżej koszykówki niż którykolwiek z 16 niecelnych finałowych rzutów Starksa miał do obręczy. Najpierw był pomocnikiem Dona Nelsona w Mavs, a potem asystentem trenera reprezentacji Niemiec. W 2004 roku został komentatorem meczów Dallas, a rok później mianowano go asystentem trenera Mavericks. Dziś w tym klubie jest dyrektorem od spraw rozwoju graczy. Równie ważną rolę wypełnia jednak z dala od parkietu - od 2006 roku jest ambasadorem dobrej woli ONZ i odwiedza ogarnięte wojną afrykańskie kraje. Można wątpić, czy uda mu się dzięki temu coś zmienić, ale teraz przynajmniej, w odróżnieniu od siódmego meczu finałów 1994 roku, ma ku temu okazję.

kostrzu