Surowa Lekcja Dyscypliny: Odcinek 9 - Narciarstwo Dowolne

Po dyscyplinie, którą znają wszyscy nadszedł czas, na sport w Polsce mniej popularny niż sprzątanie po swoich psach. Oto narciarstwo dowolne, a wraz z nim debiutujący na igrzyskach skicross.

Lekcja Historii

Jakby się zastanowić, to narciarstwo dowolne powstało, gdy pierwszy raz ktoś przewrócił się na nartach. Jakby jednak się nie zastanawiać, to początku tej dyscypliny trzeba by szukać w latach '60 w USA. Podobno bowiem kontestacja ówczesnego kodeksu moralnego i konflikt pokoleń skutkowały nie tylko emancypacją kobiet, wyzwoleniem seksualnym i ruchem hippisowskim, ale też rewolucją w narciarstwie. Wprawdzie nie słyszeliśmy nigdy, aby wyzwolenie narciarstwa było wśród ówczesnych postulatów, ale podobno właśnie na fali protestów młodzi uznali, że nawet jeździć na nartach nie chcą jak ich rodzice. Zaowocowało to stworzeniem mieszanki narciarstwa alpejskiego z powietrznymi akrobacjami. Wymiernym efektem tego były pierwsze mistrzostwa w narciarstwie dowolnym, które odbyły się w 1966 w położonym w Górach Białych Attitash.

Ideały ruchu hippisowskiego ruch olimpijski zainfekowały w 1988, gdy narciarstwo dowolne zaistniało w Calgary jako sport pokazowy. Rozegrano wtedy akrobacje, jazdę po muldach i jazdę figurową na nartach. Ta ostatnia konkurencja jest już równie wymarła jak dinozaury. Zdaje się, że nikt po niej nie płacze, a nawet archeolodzy wolą udawać, że czegoś takiego nie było. Z tego grona oficjalną dyscypliną pierwsza została jazda po muldach, którą wpisano w program igrzysk w Albertville. Od tego momentu narciarstwo dowolne rosło w siłę, bo już dwa lata później, w Lillehammer wzbogaciło się o skoki akrobatyczne. Kolejną ''wolnościacką'' konkurencją jest debiutujący w tym roku skicross. Aby się dowiedzieć z czym to się je, zapraszam do naszej stołówki, gdzie odbędą się zajęcia praktyczno-techniczne.

Lekcja ZPT

Jazda po muldach najbliższa jest tradycyjnemu narciarstwu alpejskiemu, z tym że trasa ma około 250 metrów i naszpikowana jest dziesiątkami muld, czyli małych pagórków, na widok których stawy kolanowe zawodników zaczynają się modlić, a najchętniej ogłosiłyby secesję i wyjechały na Hawaje albo gdzie indziej - byle daleko. Żeby nie było zbyt tradycyjnie na trasie dorzucono dwie skocznie, na których zawodnicy muszą wykonać podniebne ewolucje. Wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej punktów, czyli zaliczy najniższy czas przejazdu i najefektowniejsze tricki w powietrzu. Lekcję poglądową przeprowadzi były mistrz świata Pierre-Alexandre Rousseau

Jeśli kogoś w jeździe po muldach najbardziej wkurza to, że nie dość, że trzeba jeździć, to w dodatku po muldach, może ograniczyć się do zabaw na skoczni, czyli zainwestować czas, pieniądzem i zdrowie w skoki akrobatyczne. Tutaj nazwa mówi wszystko. Innymi słowy zawodnicy najeżdżają na rampę, wylatują w powietrze i robią różne czary-mary. W Turynie wyglądało to tak

Najmłodszą olimpijski konkurencją jest skicross , który debiutuje w Vancouver. Jeśli oglądaliście snowcross, to wyobraźcie sobie, że zawodnicy zamiast jednej deski mają dwie, a powinniście ogarniać co to za wynalazek. Innymi słowy jest to, takie narciarstwo alpejskie z tym, że na trasie zjazdu usypano zawodnikom przeszkody, a żeby było jeszcze ciekawiej w każdym biegu startuje jednocześnie kilku (czterech lub sześciu) zawodników bezpośrednio ze sobą rywalizujących. Dzięki temu jest jeszcze efektowniej i jeszcze bardziej prawdopodobne, że ktoś się wyłoży.

Podejrzewam, że nie jesteście weteranami oglądania narciarstwa dowolnego, którzy nie przegapiliby żadnych zawodów nawet jeśli miałoby to spowodować zagładę nuklearną. Jeśli tak, to pokochanie jazdy po muldach już Wam nie grozi, bo konkurencja, zarówno w przypadku kobiet, jak i mężczyzn zakończyła się. Przed nami jednak akrobacje i skicross, czyli moim zdaniem ta efektowniejsza część narciarstwa dowolnego.

Polacy uwielbiają skoki narciarskie, więc akrobacje też powinni polubić. W końcu to takie skoki połączone z cyrkowymi ewolucjami, które każdy kochał w młodości (albo oglądając Batmana). Jeżeli zawsze chcieliście zobaczyć co byłoby, gdyby Adam Małysz w czasie lotu próbował podrapać się nartą za uchem, to akrobacje są sportem dla Was. Skicross z kolei jest jak pościg z ''Blues Brothers'' . Z tym, że zamiast samochodów są narciarze. To, co najważniejsze, czyli zawrotna szybkość i kolizje pozostają bez zmian. No i oglądając go na igrzyskach możecie mieć świadomość, że nikt przed Wami tego nie robił.  Wprawdzie mało prawdopodobne, aby z tego powodu ktoś wpisał Was do Księgi Rekordów Guinnessa albo chociaż do Wikipedii, ale zawsze będziecie mogli poopowiadać o tym wnukom, zamiast faszerować je słodyczami .

Lekcja Geografii Narciarstwo dowolne wymyślono w USA i Amerykanie wykorzystują tę przewagę bezlitośnie kosząc kolejne medale i przed Vancouver mieli ich 10 (po jeździe po muldach mają już 13). Za nimi byli Kanadyjczycy z sześcioma krążkami. W Vancouver dorzucili dwa kolejne - w tym złoto Alexandre Bilodeau, które jest pierwszym najcenniejszym medalem zdobytym przez ekipę Klonowego Liścia na igrzyskach, których jest gospodarzem. Wcześniej, czyli w Montrealu i Calgary, Kanadyjczycy kończyli zmagania bez żadnego olimpijskiego mistrzostwa. Także sześć krążków w narciarstwie dowolnym mieli Norwedzy (i wciąż mają ich tyle samo), którzy zapewne zdobywaliby medale nawet w jedzeniu budyniu, gdyby odbywało się ono na nartach.

Połowę medali dla wikingów zdobyła niestartująca w Vancouver ''muldziarka'' Kari Traa (brąz w Nagano, złoto w Salt Lake City, srebro w Turynie), która serca widzów podbiła nie tylko świetnymi występami na stoku, ale też przed aparatem fotograficznym .

Narciarstwo dowolne sprawiło też, że z medali mogą się cieszyć mieszkańcy krajów, które można by podejrzewać, że nawet nie wiedzą o istnieniu zimowych igrzysk. Najlepszym przykładem jest Australia, która miała dwa złota i brąz, a w Vancouver doczekała się jeszcze srebra. Z kolei złoto zdobyte na muldach w Albertville przez Linę Czeriazową to jedyny w historii zimowych igrzysk medal Uzbekistanu.

Polacy nigdy nie stanęli na podium, ani nawet nie byli tego blisko. Daleko też nie, bo przeglądając wyniki nie znalazłem ani jednego reprezentanta znad Wisły, który w ogóle startował w narciarstwie dowolnym. W tym roku zmieni się to dzięki biorącej udział w skicrossie Karolinie Riemen. Swoją drogą dziwne, że w Polsce narciarstwo dowolne jest tak mało popularne. W końcu jesteśmy do niego stworzeni - jazdę po nierównościach ćwiczymy codziennie na drogach, wykonujemy niesamowite akrobacje za każdym razem, gdy chcemy załatwić coś w urzędzie, a niektórzy osiągnęli mistrzostwo w rozpychaniu się łokciami i szybkim mknięciu do celu.

Andrzej Bazylczuk