Poligon: "Pada, pada śnieżek biały", czyli o okresowych trudnościach i anomaliach

Daleko, daleko, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma morzami... dolinami... wąwozami... rzekami... jeziorami... skrzyżowaniami z drogą podporządkowaną... leży miasto o dziwnej nazwie - Vancouver 2010. Wszyscy mieszkańcy miasta - stali i tymczasowi - patrzą w niebo i modlą się o śnieg, dużo śniegu, bardzo dużo śniegu.

Wiadomo - igrzyska olimpijskie. Gry i zabawy, drużynowe i indywidualne, skoki, jazdy, szusy i curling. Śnieg jest zatem niezbędny, bo choć saneczkarstwo bez śniegu mogłoby zyskać na atrakcyjności, dzięki snopom iskier, krzesanym przez saneczki na betonowym torze, to już łyżwiarstwo figurowe bez odpowiedniego poślizgu nie wyglądałoby najlepiej, a i slalom gigant rozgrywany na zielonych wzgórzach nad kanadyjską Soliną nie budziłby wielkiego zainteresowania. Śnieg ma być i już. Tym bardziej, że im więcej śniegu, tym trasa trudniejsza, a im trudniejsza trasa, tym większe szanse Justyny Kowalczyk.

W kraju na brak śniegu nie możemy narzekać. Znaczy, możemy, ale niczego to nie zmieni - obszary zatoki niżowej w środkowej warstwie troposfery robią swoje, śnieg pada, pada i pada. Drogowcy jak zwykle są zaskoczeni, bo przecież śnieg już był w styczniu i niby dlaczego teraz jest znowu? Dzieci są zaskoczone, bo po raz pierwszy od paru lat Kubuś z Gdańska i Kubuś ze Śląska mają w komórkach takie same zdjęcia z ferii jak Kubuś ze Szczecina i Kubuś z Białej Podlaskiej. Piłkarze są zaskoczeni, bo w zeszłym roku o tej porze łapali śliczną opaleniznę, a teraz nawet do Turcji czy Hiszpanii musieli pozabierać polary, czapki i niewymowne z troczkami. Zaskoczeni są także działacze klubowi, którzy muszą stawić czoła problemowi odśnieżania boisk. Już za dwa tygodnie ruszyć mają rozgrywki ligowe, a prognozy pogody okrutne są nader: ma padać, ma zalegać, w nocy możliwe przymrozki, oszadza... o, Shazza... przepraszam.. o-sa-dza-ją-ca się szadź (''to co, że ze Szwecji?'') , a po przejściu trenujących piłkarzy tworzyć się będzie błoto pośniegowe i inne takie.

- Co robić? - zastanawiają się prezesi. - Podgrzewać - podpowiada dyrektor administracyjny - nie po to wydawaliśmy majątek na podgrzewaną murawę, żeby nam teraz aparatura bezczynnie rdzewiała. - Odśnieżać ręcznie - koryguje księgowy, który w słupkach wyliczył, ile kosztuje włączenie podgrzewania, ile jego utrzymanie w stanie gotowości, a ile praca pełną parą i wyszło mu, że dwutygodniowe podgrzewanie oznacza trzy kolejki bez lewoskrzydłowego i miesiąc bez bramkarza, chyba że pan prezes dołoży ze swoich. - Zaapelować do PZPN o przesunięcie terminu rozpoczęcia rozgrywek - dorzuca pomysł trener, który zdaje sobie sprawę, co usłyszy, gdy na treningu wręczy zawodnikom szufle i pokaże odkąd-dokąd. - Jarek?- piłkarze mają swojego menadżera w ''szybkim wybieraniu''. - Jarek, ratuj! Może być druga liga grecka, może być trzecia cypryjska albo czwarta w Pernambuco, byle było ciepło i bez śniegu.

Niektóre kluby machnęły ręką na koszty i włączyły aparaturę podgrzewającą. Powoli i spokojnie będą sobie ogrzewać murawę, śnieg stopniowo będzie znikał z boiska, resztę usunie pan Władzio z wnukiem, kiedy będą malować linie boczne, a oszczędności zrobi się na zwolnieniach lekarskich i kosztach operacji, których uniknie się dzięki porządnie przygotowanej płycie. Większość klubów zastanawia się jednak, co lepsze, co skuteczniejsze, co tańsze.

Część zdecyduje się pewnie na odśnieżanie metodą ''na Zenka'': ''Rusz się, Zenek - śnieg na dworze! Mówię, wstań, bo będzie gorzej! Zenek, wstań, bo ci przyłożę! Wstań, Zenek, wstań''! Dwa dni przed rozpoczęciem tzw. rundy wiosennej, na boiska ruszą szeregi Zenków w barwach klubowych i zaczną ryć tunele w zmrożonej śniegowej kołderce, boisko otoczą półtorametrowe zaspy, z szatni na ''murawę'' prowadzić będzie długa, głęboka fosa i tylko kamerzyści Canal+ będą mieć uciechę, bo ich stanowiska umieści się w igloo osłaniających od wiatru i opadów. Płyta boiska będzie zmrożona na kość, więc rotacje w składzie po osiemnastej pierwszej kolejce będą spore, ale to z kolei podciągnie się pod ''dawanie szansy młodym perspektywicznym zawodnikom z Młodej Ekstraklasy''. A potem to już przyjdzie wiosna, zaświeci słoneczko i ruszą lody, panowie przysięgli.

Niektóre kluby mają odpowiednie znajomości, więc może się zdarzyć, że na płytę boiska wybiegną zwarte oddziały Wojska Polskiego, Straży Pożarnej czy innych zmechanizowanych odwodów, ewentualnie młodzież okolicznych szkół, skuszona wizją darmowych biletów (za odśnieżenie kwadratu 10m x 10m - bilet na mecz z Odrą Wodzisław, za 25m x 25m - bilet na mecz z Ruchem Chorzów, za kwadrat 50m x 50m - bilet na mecz z Legią/Lechem/Wisłą). Plusem tego ostatniego rozwiązania jest szansa na zapełnienie stadionu, z czym kłopot mają wszystkie kluby, minusem zaś może być entuzjazm młodzieży, która jeśli się rozkręci - może usunąć nie tylko śnieg i murawę, ale i wierzchnią warstwę gleby oraz część aparatury grzewczej.

Bardziej zdesperowane drużyny użyją być może jakiegoś wspomagania. Dawno temu - bodaj przed którymś meczem pucharowym - Legia Warszawa zastosowała tajemniczą substancję, po której boisko zamieniło się w malownicze bajorko, a zapach, jaki owo bajorko wydawało, powodował, że nie tylko drzewa w okolicy umierały stojąc, ale nawet sygnalizatory świetlne skręcały się z obrzydzenia i zamiast zestawu czerwony-żółty-zielony prezentowały światła w jednolitym sinym kolorze. ''Dla ojczyzny ratowania'' trzeba było użyć poborowych, uzbrojonych w wiadra trocinami, zawodnicy starali się nie oddychać, ławki rezerwowych płakały od pierwszej do ostatniej minuty, a kibice po meczu wracali pieszo, żeby pozbyć się dziwnego zapachu (w skrajnych przypadkach jedynym sposobem na pozbycie się go, było pozbycie się kurtki i szalika).

Równie wesoło było przed rewanżowym pojedynkiem pucharu UEFA Wisła Kraków - Lazio Rzym. Aby rozmrozić boisko, gospodarze użyli zestawu ''folia, dmuchawa, dziwny proszek'' i niewiele brakowało, żeby mecz trzeba było przenieść do Płocka (zapewne ze względu na bliskość rafinerii i skuteczność nafty w walce z lodem). Na szczęście mecz udało rozegrać w Krakowie, bo radykalne metody odmrażania przyniosły skutek. A nawet parę skutków, z czego większość ubocznych. Publiczność zgromadzona na stadionie przy ulicy Reymonta nie mogła się oprzeć wrażeniu, że murawa biega razem z zawodnikami, a często nawet jest od nich szybsza i lepiej wyszkolona technicznie. Niektórzy sugerowali budowanie na boisku Wisły grobli i mostów pontonowych, inni - założenie rezerwatu torfowego. Skończyło się na remoncie płyty i założeniu profesjonalnej aparatury podgrzewającej. Dzięki czemu w kolejnych latach na stadionie Wisły mogliśmy oglądać wiosennego bloba w kolorze zgniłego wszystkiego (ale najmniej w kolorze zieleni), falującego w rytm ''Jak długo na Wawelu'' i wydającego podejrzane odgłosy.

Krakowska Wisła nie była tu żadnym wyjątkiem - w ostatnich latach wiosenne problemy z murawami występowały niemal wszędzie. A to ktoś się spóźnił z odśnieżaniem, a to ktoś pospieszył z podgrzewaniem, a to ktoś wajchę ustawił za mocno w prawo i po trzech dniach murawa zaczynała się gotować, a to wreszcie klub ograniczył się jedynie do odśnieżania i co prawda piłkarzy witał na boisku kolor ślicznie zielony, ale bliższe spotkanie z tym kolorem prowadziło do otarć, stłuczeń, odbić, rozbić i kilkunastometrowych ślizgów, zakończonych potrójnym Axlem i podwójną... oj, no podwójnym tym, co się zwykle mówi w takich przypadkach/upadkach...

Ekstraklasowe podejście do utrzymania murawy zapewniało kibicom rozrywkę przez całą rundę wiosenną. W Gdańsku na przykład meczom towarzyszyło rytmiczne chrupanie, gdy zawodnicy przemieszczali się po zamrożonej murawie (miejska legenda głosi, że czasami trawa okazywała się twardsza niż podeszwy butów). Na boisku Cracovii murawa często wyglądała tak, że kibicom przypominał się serial ''Bones'', zatykający nos i odwracający głowę, agent Booth oraz doktor Brennan brodząca po kostki w... w czymś, co robiło ''bueeeeek'' i wypluwało kości kolejnych ofiar. Czasem zdarzało się, że efekty czynności okołotrawiastych objawiały się z opóźnieniem - na przykład nagle na stadionie Lecha albo Legii pojawiały się stada muszek. ''Jak spod ziemi'' - dziwili się działacze, ale kto wie, czy właśnie nie trafiali w sedno. Stadion we Wronkach pomijamy, bo tam akurat muszki i meszki były na etacie, a murawa była śliczna i zadbana i jeśli dochodziło do zniszczeń, to tylko z winy okolicznych dzików. Zaskakująco odporna okazała się także murawa w Wodzisławiu - biegano po niej dwa razy częściej niż po innych, jednak wcale nie raziła na tle pozostałych krajowych boisk.

Przez najbliższe dwa tygodnie modlitwy polskich kibiców będą nieco poplątane: ''I na całe kanadyjskie plemię i pole spuść, dobry Panie, cały śnieg tego świata, tylko się nie pomyl i nas, kibiców piłkarskich, nie doświadczaj, bo my się swoich boisk trzymamy, a klubu swego w prawie bronić jesteśmy, boś Ty je stworzył i nam je przeznaczył''. Miejmy nadzieję, że niebiosa rzeczywiście się nie pomylą i że Justyna Kowalczyk dostanie tyle śniegu, ile tylko zapragnie, a u nas zapanuje wiosna i dyrektorzy klubów będą mogli przestać się martwić o budżet, pieco-godziny i osobo-śniego-kubiki. Miejmy nadzieję, że ligę zaczniemy w terminie, na murawach, które nie będą się ruszać, dymić, skrzypieć, skrzeczeć, szarpać piłkarzy za spodenki itd.

Choć z drugiej strony... czym wtedy będą tłumaczyć się piłkarze? Takie piękne alibi mogłoby się zmarnować: ''W tych warunkach trudno panować nad piłką'', ''wszyscy widzieli, ze na takim boisku nie da się grać'', ''to kwestia boiska - piłka mi odskoczyła/podskoczyła/stanęła/pobiegła/śmiała się ze mnie'', ''zabrakło nam sił po 30 minutach, bo... bo... bo trawa była za miękka i chwytała nas za łydki''. Jak to śpiewał Wiesław Gołas? ''Gdyby nam kiedyś tego zabrakło.... Nie, nie zabraknie''!

PS. Ju-sty-na! Ju-sty-na!

PPS. Leeeeeć, Adaś, leeeeeć!

Andrzej Kałwa

Poligon to rubryka Z czuba.pl w której Andrzej Kałwa pisze o polskiej ligowej rzeczywistości, która jaka jest - każdy widzi, a niektórzy nawet sądzą, że ją rozumieją.