Dlaczego uwielbiam polskich piłkarzy ręcznych

Jeśli przed 2007 rokiem interesowałeś się piłką ręczna, to gratuluję - jesteś w elitarnej mniejszości. Większość z nas (to znaczy ci, którzy nie mieszkają w Kielcach albo Płocku, albo nie są emerytami z Gdańska) musi przyznać, że mieliśmy ten sport w nosie, aż do mistrzostw świata w Niemczech, gdzie niespodziewanie pokonaliśmy gospodarzy w pierwszej rundzie. Ale wystarczyły nam trzy lata, żeby piłkę ręczną pokochać.

Na potrzeby tego tekstu chciałem przyjąć jedną tezę - jesteśmy narodem piłkarskim, i to, niestety, piłkarsko-nożnym. To oznacza, że na cały sport patrzymy przez pryzmat futbolu, który jest dla nas numerem jeden, punktem odniesienia, startu i dojścia w myśleniu o wszystkich dyscyplinach, zwłaszcza tych zespołowych.

Jeśli ktoś tak jak ja urodził się na początku lat osiemdziesiątych, to historia piłki nożnej jest dla niego historią klęski. Dla osób, które pamiętają mundial w Meksyku, meczami-mitami założycielskimi są 0:3 z Anglią i 0:4 z Brazylią. Ale te osoby przynajmniej pamiętają udział Polski w wielkim turnieju. Ja (ani trochę nie pamiętam mistrzostw '86) pod koniec lat XX wieku po prostu pogodziłem się z tym, że do końca świata będziemy bici przez Anglików, Szwedów, Norwegów, Holendrów, Turków, Włochów, Rumunów, Francuzów, a okazjonalnie przez Izrael, Słowację i Azerbejdżan i Japonię.

A jeśli wspomnieć tezę z początku tego artykułu - cały polski sport dla osób takich, jak ja, jest zbudowany na porażce (i żaden Legień, Wroński czy Jędrzejczak, żadni siatkarze nie byli w stanie tego zmienić - uważałem ich zawsze za wspaniałe, ale aberracje. Tak mnie ta piłka nożna skrzywiła).

Gdy zaczął się XXI wiek polska piłka nożna nieco odżyła. Wygraliśmy z Ukrainą i zrobiło się nieco przyjemniej. Ale ja już byłem ukształtowanym kibicem, który nauczył się nie ekscytować chwilowymi sukcesami, bo wiedział, że za rogiem czai się klęska.

Aż tu nagle pojawiła się drużyna uprawiająca sport, który z niczym mi się nie kojarzy. I ta drużyna zaczęła wygrywać. Zdobyła srebrny i brązowy medal na mistrzostwach świata, dzielnie walczyła na Igrzyskach Olimpijskich, a teraz z wielkimi sukcesami gra na Mistrzostwach Europy.

Ta drużyna jest wszystkim, czego nie nauczyła mnie piłka nożna o sporcie:

- Niemcy mówią, że jesteśmy najlepsi na świecie.

- Asystent trenera krzyczy na swojego bądź co bądź szefa "Zamknij mordę".

- Trener w kluczowym momencie meczu pyta zawodników, co chcą grać.

- Zawodnik z rozbitym nosem i sinymi oczami zostaje bohaterem meczu.

- Inny zawodnik ma zakładane sześć szwów i za chwilę wraca na boisko.

- W kluczowym meczu Polacy odrabiają w cztery minuty ogromne straty i doprowadzają do remisu.

- A w jeszcze innym spotkaniu, jeszcze bardziej kluczowym, piłkarz rzuca w ostatniej sekundzie meczu z własnej połowy i piłka wpada do bramki. To my jesteśmy górą.

- Ich miny po porażce naprawdę przekonująco dają do zrozumienie, że lepiej nie wchodzić im w drogę.

- I przede wszystkim: Polacy przebili się do światowej czołówki i w niej zostali. Nie bez powodu używam tu słowa "przebili".

W niezwykle pasjonującym meczu z Czechami, który zapewnił nam awans do strefy medalowej najbardziej zapadł mi w pamięć moment, gdy Piotr Wyszomirski, który zastąpił na kilkanaście minut najlepszego bramkarza mistrzostw Sławomira Szmala, fantastycznie (wiem, że bardzo hiperboliczny ten tekst, ale naprawdę sytuacja jest wyjątkowa) obronił rzut najlepszego strzelca mistrzostw Filipa Jichy. Eksplozja energii, jaka nastąpiła po tej interwencji u Wyszmoirskiego, wbiła mnie w fotel przed telewizorem.

A przecież Wyszomirski - nie umniejszając nic temu bramkarzowi - nie jest kluczowym elementem tej drużyny, którą stworzył Wenta. Na razie gra tylko chwilami, gdy odpoczynku potrzebuje Szmal. Prawda jest jednak taka, że miałbym duże opory przed nazwaniem któregokolwiek zawodnika kluczowym. Bo Bogdan Wenta - tak, niewątpliwie to postać kluczowa - stworzył ekipę, której siła tkwi w kolektywie.

I to jest najważniejsza różnica między piłką ręczną i nożną w naszym polskim wydaniu. W drużynie Wenty - tak to wygląda przez ostatnie trzy lata - każdy poszedłby za drugiego w ogień. To jest energia, która pcha ich do przodu, a mnie - kibica - ciągnie za nimi.

Moja sportowa terapia po latach dziewięćdziesiątych wciąż trwa. Ale w końcu trafiłem na właściwych specjalistów.

Bohdan Pękacki

Do poczytania:

Wenta o meczu z Czechami: My musieliśmy, oni chcieli

Jurasik: Jak tak dalej pójdzie, będziemy mistrzami

Tak kadra Weny zapisuje się w historii