Przed 44. Super Bowl - starcie faworytów, klątwa Favre`a działa

Ci nieliczni, dla których sport w zbrojach to nie turnieje rycerskie a futbol amerykański (w odmianie przede wszystkim... amerykańskiej czyli NFL) wiedzą już niemal wszystko. Super Michy z całą pewnością nie wygrają New York Jets ani Minnesota Vikings, którzy właśnie odpadli w finałach konferencji. Nie wygra jej też 28 innych zespołów. Szanse na najcenniejsze trofeum w Lidze Czołgów mają już tylko Indianapolis Colts i New Orleans Saints, a to oznacza... No właśnie, co to oznacza?

Brett Favre potrafi zrujnować każdy, nawet najbardziej przebiegły plan . Po cichu liczyliśmy na starcie czarnych koni playoffs lub przynajmniej nordyckich odrzutowców postseason, a to się nie udało i szkoda. Konfrontacja New York Jets, którzy w playoffs występowali trochę jako Rage Against The Machine (nie są wirtuozami, ale grają ostro i daleko ich to doprowadziło) z Minnesota Vikings jako The Rolling Stones (starzy ludzie, acz mogą - głównie Favre, rozgrywający do weekendu najlepszy sezon w karierze, mimo aż 40 lat na karku) byłoby czymś spektakularnym.

Niestety poprzedni klub pana ''Pojawiam się i znikam w NFL'' (któremu rok temu Numer Cztery niemal w pojedynkę załatwił wakacje - wczesne, bo bez playoffs) nie dał rady faworyzowanym Coltsom, polegając na polu chwały, bólu i wielkich ochraniaczy 17:30. Obecny klub Favre`a - Minnesota Vikings przekonał się zaś, że faktycznie na Dziadka Bretta ciężko liczyć w najważniejszych meczach. W starciu ze ''Świętymi'' Favre podał na zaledwie jeden touchdown (w poprzednim meczu playoffs z Dallas Cowboys aż na cztery). Do tego dwie rzucane przez niego piłki zostały przejęte przez defensywę Saints (w 17 wcześniejszych meczach tego sezonu taka sytuacja miała miejsce zaledwie siedem razy), a jeden z tych przechwytów w samej końcówce meczu kosztował ''Wikingów'' zwycięstwo.

Ostatecznie skończyło się ich porażką 28:31. Mina Kask Bretta Favre`a mówi zresztą sama za siebie.

Baśń o starym herosie, który po dwóch emeryturach i tylu samo powrotach po raz kolejny wspina się na szczyt została zatem brutalnie przerwana director`s cut i już możemy oglądać napisy końcowe. Antyfani Favre`a nie powinni się cieszyć - mamy dziwne wrażenie, że gdyby udało mu się z Minnesotą zdobyć SB, będąc u szczytu chwały ostatecznie zakończyłby karierę i postanowił zostać na przykład wybitnym bobsleistą. Bądź graczem w darta. Albo naprawdę wybitnym emerytem. A tak zobaczymy go w kolejnym sezonie, gotowego do gry i w trybie ''41 years old mode on'' - zakład?

Przez Favre`a owłosienia twarzowego nie pozbył się też niejaki Emmett Pearson, zapuszczający brodę od 1974, kiedy to przysiągł, że zgoli ją dopiero, gdy Vikings zdobędą mistrzostwo. Cóż, lokalni fryzjerzy pocięli się na tę wiadomość tępą brzytwą.

Kto nie wygrywa w trzech setach, ten przegrywa w pięciu, a kto nie wygrywa w regulaminowym czasie, ten przegrywa w dogrywce. Jak mądre jest to godne największych autorytetów Polskiej Myśli Szkoleniowej stwierdzenie, przekonali się w niedzielę futboliści Wybrzeża Kości Słoniowej i futboliści Vikings. Ci mniej opancerzeni na minutę przed końcem meczu z Algierią wyszli na prowadzenie i tak się cieszyli, że zdekoncentrowani zdołali je stracić, a następnie przegrać po dogrywce . Vikings postanowili tym ze swoich kibiców, którzy PNA nie oglądali, przybliżyć tamten mecz, prezentując ''przedstawienie na motywach''. Na 7 sekund przed końcem ich meczu z Saints było 28:28, a Wikingowie mieli piłkę i dogodną pozycję, by kopnąć jajo między słupy, a rywali na wakacje. Zamiast tego zapomnieli się policzyć, dostali karę za zbyt wielu zawodników na boisku, a stracone w ten sposób pięć jardów Favre postanowił odrobić tak, jak widzieliście przed chwilą, czyli podając do rywala. Ekipa z Minnesoty mając wszystkie atuty i w zasadzie wygrany mecz zdołała więc spaprać co tylko mogła i poległa w dogrywce. Jeśli istnieją ludzie kibicujący jednocześnie Vikings i Wybrzeżu Kości, to pewnie po ostatniej niedzieli chodzą w bluzach w paski, słuchają Tokio Hotel i twierdzą, że nikt ich nie rozumie.

Ktoś zawsze ma gorzej . Vikings dotychczas grali w Super Bowl cztery razy - wszystkie cztery razy przegrali. Jeszcze gorzej mają Jets. Wprawdzie w 1968 wywalczyli mistrzostwo, ale od tego czasu ani razu nie zameldowali się w najważniejszym meczu sezonu. Cztery razy oglądali za to, jak śmigają w nim ich lokalni rywale - New York Giants, którzy w dodatku trzy z czterech prób kończyli w koszulkach z napisem ''NFL Champions''. Jets mogli więc czuć się jak futbolowi Los Angeles Clippers, a gorzej byłoby tylko, gdyby znaleźli sposób, by czuć się jak futbolowy Lerek. W niedzielnym meczu z faworyzowanymi Colts mogli sprawić niespodziankę i po dwóch kwartach prowadzili 17:13. NFL to jednak nie skoki narciarskie i Walter Hofer nie zadecydował o zakończeniu meczu po pierwszej połowie, za to Peyton Manning podjął decyzję o odrabianiu strat, co skończyło się tym, że jego ekipa w drugiej odsłonie zdobyła 17 punktów, nie tracąc z kolei żadnego. Jets znów więc mogą być smutni, a Giants odetchnęli z ulgą wiedząc, że nowojorskie dzieci wciąż będą prosiły Świętego Mikołaja o ich koszulki, a te które dostaną trykoty Jets będą czuć, że zrobiły coś bardzo, bardzo złego

Po raz pierwszy od 16 lat w SB zobaczymy dwa najwyżej rozstawione zespoły po sezonie zasadniczym. Indianapolis Colts zakończyli pierwszą część rozgrywek na miejscu numero uno (z bilansem 14 zwycięstw i dwóch porażek i to po odpuszczeniu ostatnich spotkań), New Orleans Saints byli tuż za nimi (13-3). Nie chcemy przez to powiedzieć, że tegoroczny zestaw drużyn w Super Bowl był przed playoffs oczywisty, czy do przewidzenia. Bo nikt by nie przewidział, że będzie do przewidzenia.

44. Super Bowl wygrają Colts . Bo drużyna, która ma w składzie Manninga nie może tego pojedynku nie wygrać. Peyton I Wielki (czy to nie brzmi jak idealny pseudonim dla aktora porno?) poradziłby sobie nawet mając za partnerów z pola zestaw różnokolorowych wiader. Oczywiści przyjmując, że byłby to wiadra na tyle duże, żeby zatrzymać biegnących na niego rywali.

44. Super Bowl wygrają Saints. Szczerze mówiąc nie mamy na to dużo więcej argumentów niż ten, że wygrają, bo Kim Kardashian . Wydaje nam się jednak, że nie potrzeba im wiele, by w Super Bowl zagrać znacznie lepiej niż w finale konferencji. Wystarczy, że zawodnicy kilka razy przeczytają książkę z zasadami. W meczu z Vikings zaliczyli 9 kar, które kosztowały ich aż 88 jardów (sami dostali za darmo 32 jardy). Innymi słowy - mają co poprawiać. Colts już tego elementu raczej nie ulepszą, bo przeciw Jets mieli tylko jedną karę za pięć jardów. Swoją drogą zarówno Jets, jak i Vikings tracili teren przez zbyt dużą liczbę zawodników na boisku. Wynika z tego, że futbolowi bogowie nie karzą tych, którzy przewinią często, tylko tych, którzy przewinią głupio. Gdyby podobnie było w piłce nożnej, to Sławomir Peszko co mecz obrywałby piorunem.

Znakomite Pro Bowl. Ktoś niezwykle zmyślny (prawdopodobnie ta sama osoba odpowiedzialna za to, że telefon zawsze dzwoni, kiedy człowiek jest w wannie) wpadł na pomysł, by NFL-owy Mecz Gwiazd rozegrać w najbliższą niedzielę czyli na tydzień przed Super Bowl. Dzięki temu na przykład rzeczonego Manninga w nim nie zobaczymy, bo w końcu kto ryzykowałby grę w spotkaniu niemalże pokazowym na chwilę przed najważniejszą konfrontacją sezonu? Dochodzi już do tego, że w obliczu kontuzji Philipa Riversa, Carsona Palmera i Bena Roethlisbergera (kto wie czy po prostu wszyscy oni nie byczą się już na wakacjach) do wyboru jako rozgrywający ekipy konferencji AFC był tylko Vince Young lub Dodge Challenger rocznik 1974 w znakomitym stanie. Ostatecznie niewielką różnicą głosów wygrał Young, który w tym sezonie zaczął tylko 10 z 16 spotkań swoich Tennessee Titans, podając na 10 touchdownów i notując na swoim koncie rywali siedem przechwytów. Oszałamiające statystyki.

Sebastian Janikowski Watch. Bez zmian. Wciąż na wywczasie. Tak samo zresztą jak całe Oakland Raiders.

Andrzej Bazylczuk & Łukasz Miszewski