Pierwsza piątka tygodnia NBA według Z Czuba

Podsumowanie 11. tygodnia obecnego sezonu NBA zaczniemy w Oklahomie w latach 30., a skończymy w Japonii dnia dzisiejszego. Po drodze będziemy też na meczu Clippersów, ale tę część możecie spokojnie pominąć. Oto kolejny odcinek naszego stałego cyklu o lidze, w której Bill Laimbeer zdarzał się i zazwyczaj oznaczało to ''ratuj się kto może''.

New York Knicks

GETTY IMAGES/Nick Laham

Nagrodę za najgłupsze wytłumaczenie porażki w tym sezonie możemy już na początku stycznia przyznać nowojorskim Knicksom. Po 18 punktowym łupniu jakie sprawiła im Oklahoma, zawodnicy Mike'a D'Antoniego opowiedzieli mrożącą krew w żyłach historię o nawiedzonym hotelu, w którym przyszło im spędzić dwie noce. W latach 30. z okna jednego z pokojów miała wyskoczyć młoda pokojówka z małym dzieckiem na rękach. Od tego czasu ludzie zatrzymujący się w Skirvin Hotel w Oklahoma City, byli ponoć świadkami niewyjaśnionych zjawisk. Do tego grona można doliczyć graczy Knicks.

Zdecydowanie w to wierzę. To miejsce jest nawiedzone. To przerażające.

- powiedział Jared Jeffries.

Mówią, że to zdarzyło się na 10 piętrze, a ja byłem jedynym, który dostał pokój na 10. piętrze. Dlatego większość czasu spędziłem w pokoju Nate'a Robinson. Zdecydowanie wierzę, że w tym hotelu są duchy.

- dodał Eddy Curry, który twierdzi, że spał tylko dwie godziny przed meczem. Nie wiem tylko co jest bardziej niedorzeczne - obwinianie za porażkę duchów, czy niewyspanego Eddy'ego Curry'ego. Trafiłem w sieci na opis udokumentowanych zjawisk, jakie widzieli mieszkańcy Skirvin Hotel, w tym być może także Knicksi, oto niektóre z nich:

- Słychać płacz dziecka i krzyki kobiety - Przesuwające się przedmioty - Pojawia się zjawa młodej prostytutki, która rzuca seksualne propozycje męskim mieszkańcom hotelu - Zjawa pokojówki stoi przy oknie z którego wyskoczyła, czasem zaczyna do niego biec i nagle znika - Wózek pokojówki samoistnie porusza się po korytarzach hotelu

Strasznawe, ale dla Knicksów to powinna być kaszka z mleczkiem - przecież od kilku lat obcują oni z duchami ery Isiah Thomasa i własnymi nadnaturalnymi zjawiskami w Madison Square Garden:

- Słychać płacz kibiców i krzyki ''Fire Isiah'' - Przesuwające się kiepskie kontrakty - Duchy Thomasa i Stephona Marbury'ego, które rzucają seksualne propozycje żeńskim pracownikom biura MSG - Zjawa Zacha Randolpha kozłuje na wysokości linii trzech punktów, gubi piłkę, wraca po nią, znów kozłuje, po czym oddaje nieprzygotowany rzut z dystansu... i nagle znika - Pick w drafcie 2010 snuje się samoistnie po korytarzach MSG i pyta o drogę do Salt Lake City

Może oszczędzone w salary cap dolary, zamiast na LeBrona wydać na Ghostbusters?

J.R. Smith (Denver Nuggets)

NBA to jednak takie miejsce, w którym nawet zjawy z zaświatów, bledną jeszcze bardziej w porównaniu z rzeczami, które dzieją się na parkiecie. W ''CKBK Bisajds'' zajmowałem się ostatnio tropieniem najbardziej niewytłumaczalnych akcji w ostatnich 10 latach NBA - po meczu Sacramento - Denver, mamy już pierwszą sprawę do kolejnej odsłony Archiwum XXI za dziesięć lat:

Tyreke Evans nie trafił może piłką do kosza, ale trafił chyba w ślepą plamkę J.R. Smitha. I byłoby to najdziwniejsze wydarzenie tego tygodnia, gdyby nie Scottie Pippen pobity przez karły . Są chwile kiedy piszę rzeczy, które nigdy nie sądziłem, że napiszę. Końcówka poprzedniego zdania jest jedną z nich. Do zobaczenia przy ''Clippersi awansowali do finału NBA''. A co do Scottiego - wyjaśnienie incydentu, które nic nie umniejsza jego WTF-owatości tutaj .

Baron Davis (Los Angeles Clippers)

To co prawda jeszcze nie ''Clippersi awansowali do finału NBA'', ale i tak jest to odważne stejtmę - Clippersi grają ostatnio nieźle, wygrywając nawet 4 mecze z rzędu. Passa została przerwana przez inną drużynę, o której nigdy nie myślałem, że napiszę to co zaraz napiszę - Memphis Grizzlies, którzy wygrali 9 z ostatnich 12 spotkań (w tym również 4 kolejne). Nie dajcie się jednak zwieść - pojedynki Grizzlies - Clippers, to wciąż pojedynki Grizzlies - Clippers, dlatego na pewno wielu fanów było przeszczęśliwych, gdy w jego trakcie zarządzono przymusową ewakuację hali FedEx Forum.

Wszyscy znajdujący się w budynku znaleźli się nagle na mroźnej ulicy w Memphis (poza Clippersami, którzy schowali się w swoim autobusie). Mecz w końcu wznowiono, a przyczyną ewakuacji była pęknięta rura w systemie zraszaczy przeciwpożarowych. Ja tego nie kupuję - kaman, to był mecz Grizzlies - Clippers - ktoś musiał mieć dość i podnieść fałszywy alarm, żeby go przerwać. Klub z Memphis w ramach przeprosin za niedogodności, każdemu kibicowi, który zachował bilet z tego meczu, oferuje darmowe miejscówki na spotkaniu z Minnesotą... Grizzlies - Timberwolves? Przeczuwam kolejną ewakuację.

A co do ''tytułowego'' Barona Davisa - alarmy na bok - w meczu z Memphis zdobył 27 punktów, miał 12 zbiórek, 12 asyst oraz 5 przechwytów i stał się dopiero trzecim graczem w historii, który osiągnął takie statystyki w meczu. Pozostałymi zawodnikami są Magic Johnson (Lakers vs Nuggets, 1981) i Fat Lever (Nuggets vs Bulls, 1988). Johnson i Lever, tak jak Davis, przegrali spotkania, w których mieli wspomniane osiągi.

Hedo Turkoglu (Toronto Raptors)

GETTY IMAGES/Sam Greenwood

Asysta roku so far?

To było tak bardzo ''spod-jaja'', że gdzieś tam Rick Barry funduje Turkowi owację na stojąco.

Mario West (Atlanta Hawks)

Dopiero co zdążyłem zjeść utuczone cielę, które zabiłem z okazji powrotu flat topa , a już kolejny syn marnotrawny powrócił do NBA - the one and only Mario West, prawdopodobnie najgorszy zawodnik NBA ostatnich dwóch lat znowu to zrobił - znowu załapał się do składu Hawks. Na razie na 10 dni, ale trzymam kciuki. Ciężko nie kibicować zawodnikowi, który mimo iż grywał zazwyczaj po kilka sekund w meczu, utrzymywał się dwa sezony w składzie drużyny NBA tylko dzięki ciężkiej pracy i sercu do gry. Dawajcie zatem kolejnego cielaka, śpieszmy się świętować powrót Westa. I skoczcie po słoik ogórków kiszonych. Gdyby NBA była piętrowym budynkiem mieszkalnym, owe ogórki stałyby w piwnicy obok złożonej sztucznej choinki i Mario Westa.

Retro gracz tygodnia: David Benoit

W nowym poddziale ''Pierwszej piątki tygodnia'' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.

Benoit zapamiętałem jako jednego z najbardziej atletycznych graczy tamtych czasów. Żeby nie być gołosłownym, mała próbka z 1993 roku:

To był drugi jego sezon w NBA - Benoit podpisał kontrakt z Jazz w 1991 roku, po tym jak pominięty przez wszystkie drużyny w drafcie 1990 przez rok fruwał nad hiszpańskimi koszami. Po trzech latach w roli całkiem efektywnego zmiennika na skrzydle, Benoit przebił się do pierwszej piątki Jazz - w sezonie 94/95 wystąpił w podstawowym składzie 67 razy (na 71 meczów) notując najlepsze osiągi kariery w punktach (10,4), zbiórkach (5,2), skuteczności z pola (48,6%) i linii osobistych (84,1%). Rok później ze słonych jezior Utah wypłynął na bagna New Jersey, aby po 53 meczach przenieść się do Orlando. Tam zastał go lockout, który sprawił, że David postanowił sprawdzić, czy nie ma go przypadkiem w Izraelu. Okazało się, że był i grał w Maccabi Tel-Aviv. Do NBA wrócił w sezonie 2000/01, ponownie podpisując kontrakt z Utah Jazz. W 49 meczach grał średnio po 9 minut, rzucając po 3,6 punkta na mecz w sezonie, który był jego ostatnim. Jednak jeśli myślicie, że na tym kończy się jego historia, to jesteście w błędzie.

Benoit miał 32 lata gdy pożegnał się z NBA, nie zamierzał jednak żegnać się z koszykówką. Zaliczył przygodę z chińskim basketem, po czym osiadł w Japonii jako gracz Saitama Broncos. I jak osiadł, tak siedzi tam do dziś - w 2007 roku zakończył karierę zawodniczą i został trenerem Broncos. Po dwóch średnich sezonach jego podopiecznych, dostał propozycję objęcia Kyoto Hannaryz - nowopowstałego klubu, który miał zadebiutować jesienią 2009. Benoit coachem Hannaryz jest do dziś, a przy okazji w całą tą japońską zabawę wciągnął innego retro gracza - Mahmouda ''Tik'' Abdul-Raufa. Niestety dla legitymujących się w połowie stycznia bilansem 8-15 Hannaryz, Abdul-Rauf wypadł z gry na miesiąc z powodu kontuzji.

Jak więc widzimy David Benoit wciąż walczy, niemal równie zaciekle jak za najlepszych lat walczył z grawitacją, aby nie być tak całkiem ''retro'' i nie używa do tego agresywnych karłów.

kostrzu

Copyright © Agora SA