Nie będzie Curtisa Josepha, nie będzie niczego

Ciężko było przeżyć emeryturę Michaela Jordana i rozpad Faith No More. Oraz kolejną emeryturę Jordana. Teraz do tego bagażu nieszczęść dochodzi kolejne - łyżwy na kołku odwiesił ostatecznie Curtis ''Cujo'' Joseph, człowiek, bez którego NHL nie będzie już taka sama.

Z kolegą Bazylem jesteśmy znani ze swojego uniżonego uwielbienia dla najbardziej szczerbatej i najbardziej bodiczkowej z lig świata, a jeszcze bliżej się temu przyglądając - dla występujących w niej bramkarzy. 42-letni Cujo, który w NHL spędził 19 sezonów był w niej, przynajmniej dla nas, od zawsze. I, co więcej, był efektownie.

Nie miał Joseph szczęścia w karierze, a jego główny pech polegał na tym, że w swoim pokoleniu trafił na zastęp bramkarzy wybitnych - Martina Brodeura, Patricka Roya, Eda Belfoura i Dominika Haska. Trzech pierwszych wyprzedza Cujo na liście największej liczby zwycięstw osiągniętej przez bramkarza w historii ligi (czwarty Joseph ma ich na swoim koncie 454). Cujo zawsze, mimo niepodważalnych umiejętności, był w cieniu tej czwórki, która sprawiała wrażenie, jakby nawet w podstawówce zabierała mu kanapki.

Choć był bramkarzem wybitnym ani razu nie zdobył Vezina Trophy (nagrody dla najlepszego bramkarza sezonu), w roku 1999 przegrywając tylko z Haskiem, a rok później z Olafem Kolzigiem. Mimo że zgarnął złoty medal olimpijski z Kanadą w Salt Lake City, nie wspomina dobrze tego turnieju - w bramce pojawił się tylko w pierwszym, przegranym 2:5 spotkaniu ze Szwecją, w pozostałych meczach ''Klony'' do medalu ciągnął Martin Brodeur. Zagrał też zaledwie trzykrotnie w Meczu Gwiazd (93/94, 98/99, 99/00) - w normalnych czasach i normalnych okolicznościach, dla bramkarza jego klasy All-Star Games powinny zdarzać się między śniadaniem a lunchem.

Dodatkowo pierwszą połowę swojej kariery spędził w drużynach, które lekarze określiliby mianem ''nierokujących'' bądź raczej rokujących - na szybką śmierć (w playoffach), po czym przepisaliby antydepresanty ich kibicom. Sześć lat w St. Louis Blues (gdzie sprawiał wrażenie, że jest jedną z niewielu osób, które widziały wcześniej krążek) i trzy lata w Edmonton Oilers (gdzie praktycznie BYŁ drużyną - rozważano nawet zmianę nazwy zespołu na ''Cujo i jego wesoła ferajna'') sprawiły, że ma na swoim koncie aż 352 porażki. A także, że jako jedyny z pierwszej czwórki bramkarzy z największą liczbą zwycięstw nie uniósł nigdy nad głowę Pucharu Stanleya. Na PC się nie liczy. Nawet do Detroit Red Wings Joseph trafił akurat wtedy (2002-2004), gdy w tryby maszynki do wygrywania w playoffs ktoś najwyraźniej włożył krążek hokejowy. A z pozostałymi zespołami (Toronto, Phoenix, Calgary) miał mniej więcej takie szanse na Stanley Cup jak Paul Stanley .

19 lat, 943 spotkania, 54 005 minut, 2516 wpuszczonych bramek, 51 meczów z czystym kontem. Ale Josepha zapamiętamy głównie jako posiadacza fenomenalnych masek związanych (tak jak pseudonim) z książką Stephena Kinga ''Cujo'' o psie, co to się ludziom nie kłaniał, bo był zajęty ich zabijaniem .

Ale przede wszystkim z efektownej gry

Wszystkiego najlepszego na nowej dro... gołoledzi życia, Cujo.

ŁM

Copyright © Agora SA