10 milionów punktów NBA

Jak pospieszył poinformować blog Pick and roll - najbardziej picknrollowy blog po tej stronie Atlantyku, NBA może dzięki Benowi Gordonowi świętować swoje dziesięciomilionopu... 10-miliono... swój punkt nr 10 000 000. Co się zdarzyło w Wielkiej Lidze Wielkich Ludzi w czasie tych milionów ''oczek''? Za co ją kochamy? I co wciąż tam ''happens''?

Nie wszyscy na Z Czuba.pl jesteśmy Spirem lub Kostrzem , a już na pewno nie jednym i drugim naraz i nie uważamy, że NBA to najlepsze co Michael Jordan Bóg dał światu. Z całą pewnością jest czymś, do czego miewamy od czasu do czasu jakiś przebłysk słabości. Gdyby nie zaoceaniczna liga kosza nasze życie byłoby bowiem znacznie uboższe. Co zatem w ciągu tych 10 milionów punktów dała nam NBA?

Michael Jordan - nieważne czy jesteś czarny, biały, żółty czy beżowy , nieważne jaką religię wyznajesz bądź nie, nieważne czy uważasz, że ''FIFA'' jest lepsza od ''Pro Evolution Soccer'' - i tak wiesz, że Król był tylko jeden. I, jak to Król, o inicjałach ''MJ'' (i nie, nie chodzi o Mariusza Jopa).

Michaela można było nie lubić, ale nie można było go nie szanować. To tak jakby nie szanować Układu Słonecznego - trzeba po prostu uznać jego wielkość.

Głos Dikembe Mutombo - za każdym razem, gdy Mutombo składa komuś świąteczne życzenia, gdzieś na Pacyfiku tonie kolejny tankowiec.

Po tym jak po raz pierwszy to usłyszeliśmy, część z nas przez kolejny tydzień sypiała przy zapalonym świetle, z włączonym Iron Maiden i pluszowym Nelsonem Mandelą pod pachą.

100 punktów Wilta Chamberlaina - 2 marca 1962 roku Philadelphia Warriors pokonała New York Knicks 169-147, a równe 100 punktów (1/100 000 całego dorobku NBA) dla zwycięzców rzucił ś.p. Wilt ''Szczudło'' Chamberlain.

Po zakończeniu tego sezonu drużynę z Pensylwanii przeniesiono za karę do Golden State. Wymyślono także coś takiego jak ''obrona'', więc rekord Chamberlaina trzyma się dziarsko do dziś. I może trzymać się na wieki. No chyba, że Tracy McGrady stanie kiedyś przed przed lustrem i trzy razy powie ''Boogeyman'' ''Chce mi się''.

Spudd Webb (170 cm), Muggsy Bogues (160 cm), Nate Robinson (175 cm) - czyli chodzące, biegające, podające, rzucające i, co dziwniejsze, dunkujące dowody na to, że wbrew pozorom mały też może.

Dzięki nim przez chwilę wierzyliśmy, że nawet niski biały (jak, hmm, no cóż, każdy z nas) mógłby podbić NBA. Na szczęście potem odkryliśmy samokrytyczne spojrzenie i poświęciliśmy się demolowaniu przeciwników w ''NBA Live'' zamiast na parkietach. Niestety na przykład taki Rusty LaRue uwierzył zbyt mocno.

Cornrows - gdyby nie NBA, szeroki świat nie odkryłby nigdy, że coś takiego można nosić na głowie

Wcześniej, zanim jeszcze powstała NBA, a tatuaże i napady z bronią w ręku były wyłącznie domeną włoskiej i irlandzkiej mafii, słowo ''cornrows'' oznaczało bowiem raczej coś takiego

Fryzury Dennisa Rodmana - a jeśli już przy fryzurach jesteśmy, to nie mogło zabraknąć człowieka, który swoją głową zawstydziłby Picassa.

Slam dunki - gdyby nie NBA ludzkość mogłaby nigdy o nich nie usłyszeć i do dziś większość z nas żyłaby nieświadoma tego, że w każdej chwili ktoś może zapakować nad nami piłkę do kosza. To właśnie slam dunki są solą, tabasco i curry koszykówki. A jak koszykówki, to i NBA.

Spodenki Johna Stocktona - jeśli kiedykolwiek na ulicy przejdzie koło Was coś bardzo krótkiego i bardzo obcisłego możecie być pewni, że to ideał minispódniczki bądź spodenki Johna Stocktona wyszły sobie na spacer.

Ten widok ukształtował nasze rozumienie mody męskiej na długie lata. Niestety.

''Kosmiczny mecz'' - nie jest to najlepszy film, jaki w życiu widzieliśmy. Nie jest też najgorszy, najbardziej efektowny wizualnie, najbardziej meganfoxowaty , ani nic z tych rzeczy. Ale kojarzy nam się z bezpieczeństwem dzieciństwa - sami wiecie, zapach wakacji, wywiadówki, szkolne dyskoteki i ''Kosmiczny mecz''. Niekoniecznie w tej kolejności.

Cezary Trybański - nie było nigdy w Polsce ''Cezaromanii'' (nie licząc zlotów fanów Asterixa), ale to też dlatego, że i samego Czarka za dużo w NBA nie było. Zostawił po sobie jednak ślad. I to lepszy niż 1000 słów i 3000 zbiórek.

Marcin Gortat - mieć Polaka w finałach NBA a nie mieć Polaka w finałach NBA, to już dwóch Polaków w finałach NBA czyli jakieś 426 centymetrów różnicy. Gdyby nie było NBA, nie byłoby też jej finałów i nie zagrałby w nich ''Polski Młot''. A my pół roku temu mielibyśmy znacznie mniej emocji.

Droga NBA, dziękujemy. I prosimy o jeszcze.

miszeffsky