Co drużyny z Ligi Mistrzów powinny dostać na gwiazdkę

Święta tuż za pasem. A jak święta to i prezenty. Część z nas z podarkami dla bliskich już się uporała, więc teraz może pomóc Świętemu Mikołajowi zdecydować, co pod choinką powinny znaleźć drużyny, które na wiosnę będą walczyć w 1/8 Ligi Mistrzów. Mamy bowiem wrażenie, że chyba wiemy co by się każdej z nich przydało.

Vfb Stuttgart - pieluchomajtki

Najlepszym wyjściem byłaby operacja powiększenia piłkarzom pęcherzy, a przynajmniej części z nich . To chyba jest jednak nierealne, podobnie jak to, że UEFA pozwoli Niemcom postawić w bramce pisuar. Najrozsądniejszym wyjściem są więc pieluchomajtki. Wprawdzie w meczu z Unireą Lehmann miał dość czasu, by opuścić bramkę i skoczyć za ustronną bandę, ale wątpimy by w spotkaniach z Barceloną także mógł spokojnie oddalić się na chwilę. A czy potrzeba znów nie zaatakuje znienacka nie wiadomo.

Barcelona - Lobo

Co można dać zespołowi, który ma wszystko? My stawiamy na komiksy z Lobo. Części piłkarzy przydałby się bowiem charakter ostatniego Czernianina, który zawsze musi pokazać, kto jest ważniakiem. To powinno sprawić, że drużyna Guardioli uniknie takich wpadek jak choćby ta z Rubinem, a kolejnych rywali będzie roznosić niczym Real Saragossa . A następnie gwałcić ich żony i wyżerać wszystko z lodówki.

Olympiacos Pireus - wiatrówki

Grecy w tej edycji Ligi Mistrzów zdobyli zaledwie cztery gole - to zdecydowanie najgorszy wynik spośród wszystkich drużyn, które awansowały i jeden z najsłabszych w ogóle. Może dzięki wiatrówkom Michał Żewłakow i jego koledzy nauczyliby się strzelać, bo na razie sprawiają wrażenie, jakby w zeszłe święta dostali dzieła wybrane Mickiewicza i utknęli na pierwszym wersie ''Reduty Ordona'' . W 1/8 zmierzą się z dysponującym najlepszą obroną tej edycji Ligi Mistrzów Bordeaux i jeśli nie zamienią się w bandę Panów Nowickich , to w konfrontacji tej maja nikłe szanse.

Bordeaux - Super Niania

Jako się rzekło - Francuzi to najlepsza obrona tej edycji Ligi Mistrzów, która w sześciu meczach straciła tylko dwa gole. Do pełni obrazu rewelacji tegorocznych rozgrywek trzeba dorzucić, że Bordeaux fazę grupową zakończyło z najlepszym dorobkiem punktowym i jako jedyne, obok Chelsea, nie zaznało porażki. Trochę się boimy, że zawodnicy Laurent Blanca mogą już poczuć się królami świata i uwierzyć, że ich Titanic jest niezatapialny. Dlatego przydałoby się im trochę dyscypliny i ktoś, kto nie pozwoli, by choćby na chwilę pomyśleli o czymś innym niż nadchodzący mecz. Nic lepszego od karnego jeżyka w tej materii nie wymyślimy.

Inter - książeczki do nabożeństwa

Wprawdzie od lat Inter ma skład zdolny zdobyć wszystko, włącznie ze wschodnim wybrzeżem USA, ale w praktyce owo wszystko ogranicza się do włoskiego podwórka. Wprawdzie fajnie w ciągu pięciu lat wywalczyć cztery mistrzostwa i dwa razy puchar, ale kibice niebiesko-czarnych od ponad 40 wiosen tęsknie spoglądają w kierunku najcenniejszego z europejskich klubowych trofeów. Tam zaś ich ulubieńcy wyjątkowo sobie nie radzą - od wprowadzenia fazy pucharowej w 1992 Interowi nigdy nie udało się wyeliminować dwóch przeciwników, a i przejście pierwszego często okazywał się zbyt wielkim wyzwaniem. Mają rewelacyjnych piłkarzy i teoretycznie świetnego trenera, ale czegoś wciąż brakuje. Obstawiamy, że chodzi o boską pomoc i aby ją uzyskać piłkarze powinni się dużo modlić. Najwięcej czasu na modłach powinien zaś spędzać Jose Mourinho. Podejrzewamy bowiem, że jeśli odpadnie ze swoją byłą drużyną, to ze złości wybuchnie mu głowa. A potem poskłada się z powrotem i wybuchnie jeszcze raz.

Chelsea - Pierwsza Liga, Sezon Rezerwowych, Slap Shot itp.

Chelsea to taki Inter, tylko bardziej. Wprawdzie w Lidze Mistrzów zachodziła wyżej, ale im wyżej się wdrapywała, tym boleśniej spadała na ziemię. Lekarstwo, aby się podnieść zazwyczaj znajdywano jedno - transfery. Dzięki temu The Blues utopili w piłkarzach sumy wystarczające na rozwiązanie problemów kilku afrykańskich państw i pewnie kupowaliby dalej, gdyby nie zakaz transferów. Naszym zdaniem pod niebieską choinką powinien znaleźć się pakiet filmów, które zawodnicy, a zwłaszcza władze klubu oglądaliby przez całe święta zamiast ''Kevina samego w domu'' i ''Szklanej pułapki''. Dzięki temu odkryliby, że na boisku wygrywa się nie tylko pieniędzmi i można zajść wysoko bez gwiazd. Obawiamy się tylko, że Roman Abramowicz w czasie seansu popłakałby się i ze łzami w oczach, mamrocząc ''Jak to bez gwiazd...'', kazał wysłać filmowym klubom kilkumilionową zapomogę, by mogły kupić sobie kilku czołowych graczy.

Bayern - Disneyland

W ciągu kilku lat w Monachium zbudowano niemal galaktyczny skład z zawodnikami, których w swoich składach chętnie widziałyby większe i bogatsze kluby. Teraz gwiazdy te zdecydowały się powiedzieć Schluss, auf Wiedersehen i jeszcze kilka słów, których nauczyły się po niemiecku, i którymi będą chciały wyrazić, że chcą zrobić Drang nach Westen. Piersi bawarskich dziewcząt i piwo zapewne już nie wystarczą, by zatrzymać w Bayernie Toniego i Ribery'ego, więc władze klubu muszą przekonać ich inaczej. Może gdyby obok Allinaz Arena zbudować Disneyland i pod choinkę z bombkami z golonki podrzucić do niego klucze, udało by się ich jeszcze na trochę zatrzymać.

Fiorentina - płyta Tokio Hotel

W tym sezonie Fiorentina miała zająć się podbijaniem Ligi Europejskiej, tylko ktoś zapomniał powiedzieć o tym Florentczykom, gdyż fazę grupową przeszli jak burza, która błyskawicami raziła między innymi dwukrotnie Liverpool sprawiając, że resztki włosów Rafaela Beniteza wypadały w rekordowym tempie, a te które nie wypadały, posiwiały. Bayern z pewnością jest więc w zasięgu Włochów, ale po tym, jak monachijczycy okazali się surową rózgą dla Juventusu, wiadomo, że łatwo nie będzie. Podejrzewamy, że sprezentowanie płyt Tokio Hotel i zmuszenie do słuchania ich powinno wzbudzić w piłkarzach Violi odrobinę germanofobii potrzebną do pokonania Niemców. Niestety, mogą być skutki uboczne. Gracze Fiorentiny mogą tak bardzo znienawidzić rywali, że najpierw zniszczą wszystko co niemieckie, a potem w ogóle wszystko, co na n albo zostaną emo i podetną sobie żyły własnymi skarpetkami.

CSKA Moskwa - słowniki

Naszym zdaniem piłkarze CSKA powinni pod choinką znaleźć zestaw słowników i rozmówek rosyjsko-gruzińsko-bośniacko-serbsko-czesko-chilijsko-brazylijsko-litwesko-nigeryjsko-nigerskich. Może wtedy przedstawiciele dziesięciu nacji, które naliczyliśmy wśród zawodników CSKA zaczęliby się lepiej dogadywać. Dzięki temu pewnie lepiej rozumieliby się na boisku i nie tracili tylu bramek. Obecnie tracą ich bowiem multum - 10 goli to zdecydowanie najwięcej spośród drużyn, które walczą jeszcze w Lidze Mistrzów.

Sevilla - leki psychotoniczne

Fot. Anna Lewanska / Agencja Wyborcza.pl

Manolo Jimenez narzeka, że jego drużynie brak jest koncentracji i przez to gubi punkty z niżej notowanymi rywalami. Poprawiające ją specyfiki powinny rozwiązać ten problem. Z tym, że pewnie powinna być ich cała ciężarówka, bo Sevilla ma przed sobą dwumecz z CSKA, w lidze Real i Barca uciekają jej coraz bardziej, a w 1/8 Pucharu Króla czeka ją bój z Blaugraną. Koncentracja więc na pewno jest wskazana, może jednak najlepiej tylko na jednych ze wspomnianych rozgrywek?

Lyon - wehikuł czasu

Olympique w ostatnich latach dwukrotnie trafiał na Real Madryt - w sezonach 2005/06 i 2006/07 lądował z nim w grupie. W obu przypadkach u siebie wygrywał, a na Santiago Bernabeu notował bramkowe remisy. Spośród wszystkich przyszłych wynalazków Francuzom najbardziej przydałoby się więc coś, co pozwoliłoby im ściągnąć któreś z tamtych wyników. Jeśli dostaliby wehikuł czasu, to z rozpędu Mikołaj mógłby im podrzucić od razu teleport, którym przerzuciliby Benzemę z powrotem do ich składu, predatorowy kamuflaż, dzięki któremu Kaka byłby niewidzialny dla kolegów, neuralizator, który użyty na Cristiano sprawiłby, że ten zapomniałby jak się robi zwody i Wielki Zderzacz Hadronów. Nie do końca wiemy do czego użyliby tego ostatniego, ale na pewno by im się przydał.

Real Madryt - rózga

W Madrycie znów zgromadzono galaktyczny skład, który według niektórych ma przebić trochę niespełnionych galacticos z Beckhamem, Figo, Ronaldo i Zidanem. Po raz kolejny odezwały się też imperialistyczne dążenia i zespół zapewne niedługo zażąda uznania jako państwo i dostępu do morza. Na razie chce jednak podbić świat piłkarsko. Z doświadczenia wiemy jednak, że często lepiej przydaje się do tego jedna gwiazda niż cała konstelacja, której każda część chce pokazać, że świeci najjaśniej. Może więc w Madrycie przydałaby się rózga, która pokazałaby piłkarzom, że jeśli nie będą w tym roku grzeczni to mogą zapomnieć o wypasionych prezentach. W madryckiej definicji ''grzeczności'' mieściłoby się jednak nie tylko sprzątanie w pokoju i przeprowadzanie staruszek przez jezdnię, ale też zdobycie mistrzostwa i solidna gra w Lidze Mistrzów. Jeśli nie chcecie być tak okrutni, to możecie podrzucić na Bernabeu komplet odcinków MacGyvera. Znając transferowe zapędy Realu niedługo pewnie będą musieli odkrywać jak zrobić obronę z czterech napastników, siedmiu ofensywnych pomocników i ketchupu.

Porto - klocki Lego

Portugalczycy od zawsze prezentują efektowny futbol, ale ze skutecznością bywa różnie. Może gdyby przed meczem pobawili się klockami, to odechciałoby im się zabaw piłką i skupiliby się na pakowaniu jej do bramki przeciwnika. Oczywiście o ile wcześniej Hulk i Radamel Falcao nie potłukliby się o to, kto ma przyczepić ostatni klocek do zamku.

Arsenal - World of Warcraft

Ekipę prowadzoną przez Arsena Wengera można opisać jako zbiór bardzo utalentowanych zawodników i Nicklasa Bendtnera. Ich problem to jednak brak doświadczenia, a w WoW mogliby go trochę zdobyć i awansować na kolejne poziomy. Może nawet znaleźliby jakieś ciekawe artefakty typu buty +2 przeciw bramkarzom, spodenki +3 do ochrony przed spalonymi oraz koszulka +5 do ochrony przed smokami. To ostatnie na Estadio do Dragao może być całkiem przydatne.

AC Milan - żywopłot

Od dawna jeśli nie miało się pomysłu na prezent dla zawodników Milanu można było spokojnie kupić im zapas geriavitu i być pewnym, że trzon zespołu, który karierę zaczynał, gdy piłki były jeszcze sześciokątne i robione z kamienia na pewno się ucieszy. Tym razem Rossoneri są jak Rycerze Mówiący Ni , z tym, że nie chcą żywopłotu. Oni go rozpaczliwie potrzebują, muszą bowiem postawić w bramce coś, co sprawi, że piłki przestaną do niej wpadać. Teoretycznie Milan ma w składzie pięciu bramkarzy, ale podejrzewamy, że oddałby wszystkich za jednego, którego radosna twórczość nie kazałaby wątpić w to po której stronie jest i czy wie na czym polega bronienie. Może w końcu uda im się kogoś takiego ściągnąć, ale na razie muszą zadowolić się żywopłotem i Didą.

Manchester United - dr House

Czerwone Diabły mają ekipę, która jeśli jest zdrowa i w pełni sił, to potrafiłaby wygrać z każdym wszędzie - nawet z Detroit Red Wings w Joe Louis Arena. Gdy jednak sypie się obrona, to potrafi przegrać na przykład 3:0 z Fulham. Zespołowi przydałby się więc dr House i to bynajmniej nie w limitowanej edycji na blu-ray, tylko żywy facet potrafiący szybko zdiagnozować problem i wyleczyć zawodnika, a jeśli trzeba, to skleić mu złamanie plasteliną. Dodatkowo powiedziałby zawodnikowi kilka słów, dzięki którym ten przypomniałby sobie, że jest tylko piłkarzem, a nie Jackiem Gmochem i nie pełni funkcji boga. Jeśli dr House będzie nieosiągalny, to zawsze można podrzucić United pod choinkę karton gum do żucia. Wprawdzie na boisku się nie przyda, ale sir Alex na pewno się ucieszy.

Bazyl