Rekordowi Chicago Bulls vs jeszcze nie rekordowi Los Angeles Lakers

''Jeziorowcy'' wygrali swoich ostatnich 10 spotkań w NBA i mają jak na razie bilans 17-3. Mądre głowy mówią, że spółka z ograniczoną odpowiedzialnością prezesa Kobego Bryanta jest w stanie pobić nawet pamiętny rekord Chicago Bulls z sezonu 1995/1996 czyli 72 zwycięstwa i tylko 10 porażek. Centalne Biuro Analiz koszykarskich i innych Z Czuba.pl postanowiło sprawdzić czy ekipa Phila Jacksona Anno NBA 2009-2010 ma taki sam/większy/mniejszy potencjał niż ekipa Phila Jacksona z roku 8 PLJ (Przed LeBronem Jamesem).

Ron Harper vs Derek Fisher

Starcie o tyle ciekawe, że obaj dwukrotnie sięgali z Lakersami po tytuł - w sezonie 1999-2000 i 2000-2001. Podczas tej pierwszej kampanii początkowo razem wybiegali w pierwszej piątce, ale nie zawdzięczali tego szczęśliwej koniunkcji planet tylko kontuzji Kobego Bryanta. Gdy Człowiek Nazwany Po Steku doszedł już do siebie po urazie i dowiedzeniu się, że Jordan był tylko jeden, górą był 36-letni Harper - finalnie startował 78 z 80 spotkań. Również w playoffs D-Fish pierwszą piątkę oglądał tylko na plakatach, w szatni i, obserwując z ławki rezerwowych, na boisku.

Następny sezon należał już jednak do 27-letniego Fishera. Znaczy należałby, gdyby nie uraz stopy, który pozwolił mu wystąpić zaledwie w 20 meczach. Wszystkie z nich zaczynał jednak w wyjściowym składzie, acz należy też zauważyć, że Ron Harper miał już wtedy lat 37 i jedną nogą stał nad koszykarską trumną. To znaczy emeryturą. My mimo wszystko stawiamy jednak na point guarda Chicago - w barwach Cleveland i Clippersów dał się poznać jako niezły snajper i gdybyśmy mieli komuś powierzyć jeden rzut z wyskoku, od którego zależałoby nasze życie byłby to właśnie... Reggie Miller. A potem Chris Mullin. Ale z pewnością Harper znalazłby się w pierwszej 50 zawodników tego zestawienia, choć i Fisher niewątpliwie ma talent do buzzer beaterów.

1:0 Bulls

Michael Jordan vs Kobe Bryant

Najfajniejszy dzieciak w historii całego podwórka i młody wannabe, który pod jego nieobecność trzęsie piaskownicą. Michael w rekordowym sezonie miał 32 lata, po raz ósmy został najlepszym strzelcem ligi, po raz czwarty MVP sezonu i również po raz czwarty MVP finałów. Kobe jest rok młodszy od ówczesnego Jordana i o lata świetlne dojrzalszy od swojego dawnego, złego Mini-Me. Gra tak, że w jego wypadku lepiej się już chyba nie da.

Jest tylko jeden problem - gdy na parkietach królował jeszcze MJ nikomu nawet by nie przyszło do głowy zastanawianie się, kto jest najlepszym zawodnikiem ligi (inaczej uderzyłby go dunk grom z jasnego nieba). Spory czy lepszy jest Kobe, LeBron czy daleki kuzyn Dwayne`a Wade`a można by z kolei prowadzić godzinami. Niestety zatem Kobemu musi wystarczyć w przypadku tej rywalizacji zaledwie niewiele wyższy numer koszulki.

2:0 Bulls

Scottie Pippen vs Ron Artest

Wierny padawan Michaela i człowiek od zadań wszelakich kontra mroczny Lord Sith NBA i człowiek od jednego zadania specjalnego - zrobienia z defensywy Lakers czegoś, co nie byłoby pośmiewiskiem w większości galaktyk. Tej większości, która odbiera ESPN. Na razie Ronowi się to udaje, nie oszukujmy się jednak, Scotty`emu u boku Michaela udawało się wszystko. WSZYSTKO. Jedyne, z czym mógłby mieć problemy to ucieczka przed spotkanym w ciemnym zaułku Artestem.

3:0 Bulls

Dennis Rodman vs Pau Gasol

''Robak'' na boisku zbierał, zbierał i jeszcze raz zbierał. Hiszpan zbiera, rzuca i zaskakująco dobrze jak na tak wysokiego białego podaje, co oznacza, że duchy Larry`ego Birda i Arvydasa Sabonisa znalazły wreszcie ukojenie. Jakoś nie potrafimy sobie wyobrazić Rodmana wygrywającego w pojedynkę mecz (no chyba, że razem z Van Dammem ), a gdyby drużynie nie szło, raczej postawiłby wszystkim drinka niż kilka razy gładko wszedł pod kosz. W tej materii Gasol ma miażdżącą przewagę. Rodman prawie wyrównuje jednak tym, że spał z Madonną (wiecie, tą z lat 90.) i Carmen Electrą (wiecie, tą ze ''Słonecznego Patrolu''). Prawie wyrównuje.

3:1 Bulls

Luc Longley vs Andrew Bynum

Longley grał głównie dlatego, że dla Bulls demolowanie przeciwników z Robinsonem, Ewingiem czy Olajuwonem w składzie byłoby jak granie w ''Tetris'' na kodach. A także dlatego, że za każdym razem, gdy wściekły Phil Jakckson odwracał się i patrzył na ławkę rezerwowych, widział na niej Billa Wenningtona. Oczywiście Australijczyk miewał swoje momenty - zwłaszcza gdy odbierał pierścienie mistrzowskie. W swoim ''Clark Kent job'' czyli poza Chicago Bulls był jednak takim samym człowiekiem jak większość czytelników Z Czuba czyli drewnianym, mocno średnim podkoszowo białasem. Tyle, że wyższym i lepiej zarabiającym.

Bynum z kole to młody zdolny, który gdyby w wieku lat ośmiu trafił do zespołu Phila Jacksona i grał u boku Pippena, Jordana i spółki, prawdopodobnie pomógłby ''Bykom'' wywindować ten rekord do 78 zwycięstw.

3:2 Bulls

Randy Brown, Jud Buechler, Jason Caffey, James Edwards, Jack Haley, Steve Kerr, Toni Kukoc, John Salley, Bill Wennington, Dickie Simpkins vs Lamar Odom, Adam Morrison, Luke Walton, Josh Powell, Shannon Brown, Jordan Farmar, Sasha Vujacić, Didier Ilunga-Mbenga

AP/Elise Amendola

Toni Kukoć i Steve Kerr z jednej strony, Lamar Odom i Sasha Vujacić z drugiej.  Naszym zdnaiem całkowicie sprawiedliwy remis.

4:3 Bulls

Bulls z sezonu 1995-1996 teoretycznie zatem nieznacznie silniejsi niż Lakers z sezonu 2009-2010. Czy to jednak oznacza, że rekord jest niezagrożony? W żadnym razie. Zmieniły się czasy, zmieniły się ''dżordany'', takich drużyn jak starzy Bullsi już nie ma, a NBA to liga, w której ''amazing happens''. Także stay tuned.

A tutaj znajdziecie znakomity tekst z cyklu ''Fruwając pod koszem'' o tym, jak wyglądałby finał NBA pomiędzy Chicago Bulls ze swojego rekordowego sezonu a Lakersami z roku 2001.