Pięć mgnień Ligi Mistrzów

W zapadającej w sen zimowy Lidze Mistrzów potęgi awansują, Polacy odpadają. Ale też niekiedy potęgi odpadają, a Polacy... A nie, Polacy nadal odpadają. I nawet reforma Platiniego im nie pomaga, choć to akurat nie zaskoczenie biorąc pod uwagę, że reforma Platiniego w zasadzie nie pomogła nikomu.

1. Awans. Powiedzmy to szybko i zajmijmy się kwestiami bardziej ogólnymi. Rzutem na taśmę awans wywalczyły Barcelona, Inter, VfB Stuttgart i Olympiakos Pireus. Obecność w gronie walczących do końca Barcelony i Interu jest pewnym zaskoczeniem, ale nie na miarę obecności Beckenbauera biorąc pod uwagę, jak w decydującej batalii przyszły im zwycięstwa.

2. Potęgi. O dziwo, wiele z nich musiało walczyć do końca. Barcelona, Real, Milan, Inter, Bayern, Juventus - takie firmy przed ostatnią kolejką cały czas musiały drżeć o awans, przy czym wiadomo było, że jedna z nich (Juventus albo Bayern) odpadnie na pewno. Liverpool o nic drżeć nie musiał, bo pożegnał się z rozgrywkami już w poprzedniej kolejce.

W odróżnieniu od poprzednich lat, kiedy potęgi bez większego wysiłku brały co chciały i prawdziwą rywalizację zaczynały dopiero wiosną, tym razem musiały się sprężyć już teraz. I okazało się, że nie zawsze musi im się udawać. Kiedy ostatni raz mieliśmy edycję, w której tak łatwo odpadają dwa takie kluby jak Juventus i Liverpool?

3. Reforma Platiniego. Ktoś mógłby mylnie sądzić, że to za jej sprawą mieliśmy emocje do końca. Nic podobnego - Rubin Kazań, Dynamo Kijów, Unirea Urziceni, czyli teoretyczni kopciuszkowie grający do końca o awans wcale nie znaleźli się w fazie grupowej dzięki reformie. Nawet bez reformy mistrzowie Rosji, Ukrainy i Rumunii z automatu graliby w fazie grupowej, bo sobie to po prostu wywalczyli na boisku.

Prawda jest taka, że reforma Platiniego na scenie Ligi Mistrzów wymieniła jedynie halabardników trzecich na halabardników siedemnastych. Bo tak chyba można określić wyczyny Debreczyna (zero punktów) i Maccabi Hajfa (zero punktów, zero bramek), czyli największych beneficjentów reformy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni żeby wymyślić, jak na ich miejscu zagraliby mistrzowie Polski. Oczywiście zakładając, że nie odpadliby wcześniej z mistrzami Estonii.

4. Polacy. To dobra okazja, żeby wspomnieć o Polakach w tej edycji Ligi Mistrzów. Byli. I to w zasadzie wszystko, co można na ich temat powiedzieć. Największe wyczyny polskich piłkarzy to strzelenie bramki Chelsea na Stamford Brige (Marcin Żewłakow) oraz bycie na boisku przez więcej niż połowę meczu w drużynie, która pokonała na Camp Nou Barcelonę (Murawski). Żaden z nich już nic większego nie osiągnie, bo obaj pożegnali się z rozgrywkami. Została nam, dość tradycyjnie - grupa rezerwowych bramkarzy (Kuszczak, Dudek, Fabiański) i jeden jedyny piłkarz z pola (Michał Żewłakow), dla którego już samo wyjście z grupy jest sukcesem.

5. Faworyci. W zeszłym sezonie wszystko zmierzało do nieuchronnego końca. Broniący tytułu Manchester United parł do przodu jak czołg, może niespiesznie, ale i niepowstrzymanie, imponując najpierw pancerzem, a dopiero potem siłą ognia. Czyli dokładnie odwrotnie niż rozszalała rozpędzona Barcelona, zmiatająca przeciwnika za przeciwnikiem z łatwością nie widzianą od... Od krótkiego początkowego epizodu ery madryckich galacticos? Od dream teamu Johana Cruyffa? Holenderskiego Milanu Arrigo Sacchiego?

W tym sezonie póki co faworytów mamy głównie urzędowych. Barcelona mimo wszystko wygląda chwilami, jakby się popsuła, choć w zasadzie nikt dokładnie nie wie, co konkretnie się w niej popsuło, w związku z czym nie wiadomo, jak to naprawić. Real z kolei cały czas jeszcze nie może o sobie powiedzieć, że jest drużyną skończoną. Jego pojedynki z potęgami (Milan, Barcelona) kończyły się źle, choć i to trzeba przyznać, że czas działa na ich korzyść, biorąc pod uwagę o ile lepszy zespół zobaczyliśmy w Gran Derbi. Inni? Cóż, wiadomo, ani Chelsea ani Man Utd lekceważyć nie można, Inter z Arenalem może i można, ale bezpieczniej jest tego nie robić... Co ma tę zaletę, że daje nadzieję na jeszcze niejedną porcję emocji. I tego dobrze się trzymać biorąc pod uwagę ile sobie teraz na nie poczekamy.

Piotr Mikołajczyk