Nie każdy może być Messim

Leo Messi dostał Złotą Piłkę, o czym przeczytać możecie na Sport.pl, Normalnym Portalu Sportowym. Z Czuba.pl czyli Inny Serwis Sportowy zamiast przedstawiać Wam statystyki, osiągnięcia i historię przygody Argentyńczyka z futbolem ma dla Was z kolei opowieść zupełnie inną. Opowieść o dwóch takich, co Messim nie są, choć też grają w piłkę. I czasami widują Leo na rodzinnych obiadkach.

Wszyscy wiedzą, że Messi wielkim piłkarzem jest, gra w Barcelonie i ma posturę pancernika kieszonkowego . Niewielu z kolei zdaje sobie sprawę, że ma też dwóch kuzynów, którzy choć w życiu mogli robić wszystko od A jak Androidy do Z jak Zakupy również postanowili zostać piłkarzami. W młodości Leo i Emanuel oraz Maxi Biancucchi, bo to o nich mowa, zapewne razem bawili się G.I. Joe i grali w piłkę, choć już wtedy przyszła gwiazda Barcelony zapewne robiła z nich dwuosobową defensywę Getafe. To jednak nie dało im do myślenia by przerzucić się na przykład na stolarstwo. Tak samo jak to, że kiedy w wieku lat 13 Leo (rocznik 87) wyjeżdżał do słynnej akademii La Masia , zarówno Manu (88) jak i Maxi (84) o ''dużym'' futbolu mogli sobie co najwyżej pomarzyć.

Ten drugi rok później pojawił się w składzie argentyńskiego San Lorenzo, jednak na boisko wchodził tylko na chwilę przed tym zanim budził się z uśmiechem na twarzy i zdając sobie sprawę z tego, że to był tylko piękny sen. Następne blisko sześć lat spędził na zwiedzaniu niemal połowowy paragwajskich klubów piłkarskich (Libertad, General Caballero, Tacuary, Fernando de la Mora, Sportivo Luqueno), osiągając statystyki, które zarówno jego trenerów jak i pewnie jego samego, zwłaszcza jak na napastnika, nie powalały na kolana - 61 spotkań i 13 bramek. Kiedy jego kuzyn wygrywał po raz pierwszy Ligę Mistrzów, Maxi cieszył się z kolejnego zwycięskiego spotkania w paragwajskiej drugiej lidze.

W 2007 uśmiechnął się wreszcie do niego los - sięgnęła po niego najpopularniejsza drużyna w Brazylii (nie, nie reprezentacja) - Flamengo. Tam jednak wybitnie wiele się nie zmieniło - Biancucchi starszy występował wprawdzie w kontynentalnych pucharach - Copa Sudamericana (wbiegł na boisko raz) i Copa Libertadores (cóż... raz), jednak w swoim trzecim sezonie w czarno-czerwonych barwach, wciąż może się pochwalić zaledwie pięcioma strzelonymi w lidze bramkami. Oraz tym, że jest o pięć centymetrów (164) niższy od swojego znanego na całym świecie kuzyna.

O ile jednak Maxi jakimś piłkarzem jest, o tyle o rok młodszym od Leo Emanuelu ciężko to powiedzieć. Głównie dlatego, że tego po prostu za bardzo jeszcze nie wiadomo. Jak na razie od 2008 roku zaliczył on jakieś ogony, Oktoberfesty i cztery występy w pierwszym zespole drużyny z Monachium. Tak, Bayernu, jasne. Oczywiście, że TSV 1860. I wciąż jedynym, czym się może pochwalić jest... no cóż, jego kuzyn.

Jak na razie saga o dzieciach gorszego Messiego wciąż trwa. Jak się Biancucchi numer jeden i numer dwa zapatrują na sukcesy swojego kuzyna, o tym źródła milczą. Co my byśmy zrobili, gdyby to nasi kuzyni prowadzili na przykład najpopularniejszy inny serwis sportowy na świecie, a my byli autorami Z Bosni.pl - Innego Serwisu Bałkańskiego? Nie powiemy.