Pięć mgnień Ligi Mistrzów

Wygląda na to, że Liverpool skończył się na Kill'em All. Coraz mniejszej odwagi potrzeba, żeby powiedzieć, że na Kill'em All skończyła się także Barcelona. Oczywiście Metallica również skończyła się na Kill'em All, ale że nie gra w Lidze Mistrzów - dziś nie będziemy się nią zajmować.

1. Rafa Benitez. Środowy mecz strasznie mocno przypominał gwóźdź. Idealny do trumny Rafy Beniteza na Anfield Road. Co z tego, że Liverpool był przez cały mecz lepszy? Co z tego, że miał więcej okazji, że strzelił ładną bramkę, a rywale farfocla? Co z tego w końcu, że Liverpool był zdziesiątkowany kontuzjami, że kilku kontuzjowanych (Torres, Agger, Ngog) musiało pojawić się w środę na boisku? Liverpool po czterech meczach ma cztery punkty, o pięć mniej niż druga w tabeli grupy Fiorentina. Włochom wystarczy, że za trzy tygodnie pokonają u siebie Lyon, który ma już awans w kieszeni... Niestety, Liverpoolowi tym razem może nie pomóc nawet powtórka sprzed dwóch lat, kiedy miał po trzech kolejkach jeden punkt i potrafił jakoś awansować rozbijając na wyjeździe Porto 4:1, Marsylię 4:0 i Beesiktas u siebie 8:0.

2. Pulp Fiction. Spotkanie Rubina z Barceloną wyglądało identycznie jak pierwszy mecz na Camp Nou. Barcelona atakowała, strzelała i przez cały mecz wydawało się, że po prostu musi wpaść. Już za moment. Już w następnej akcji. A jednak piłka trafiała w słupek, leciała tuż nad poprzeczką albo w bramkarza. Do siatki nie wpadła. Vincent Vega powiedziałby zapewne, że to przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności. Jules Winnfield powiedziałby, że to cud. Ja powiem tylko tyle, że sytuacja Barcelony zrobiła się pretty fuckin' far from ok i sama jest sobie winna. Jeśli za trzy tygodnie nie wygra u siebie z Interem, może się okazać, że straciła swoje przywileje w Lidze Mistrzów.

3. Inter. W odróżnieniu od Barcelony, potrafił się uratować. Jego wyjazd do Kijowa wyglądał jak zły (a właściwie dobry) bliźniak meczu w Kazaniu. Pechowo stracona bramka. Nieustanne ataki Interu, w których wydawało się, że już zaraz, już za chwilę wpadnie. I w końcu wpadło, nawet dwa razy, dzięki czemu Inter wskoczył na pierwsze miejsce w swojej grupie. Może być w związku z tym spokojny, prawda? Nie. Może dlatego, że w środę Inter odniósł dopiero pierwsze zwycięstwo w ten edycji Ligi Mistrzów.

4. Awans. Zapewniły go sobie Lyon i Sevilla, Arsenalu praktycznie nic już przed nim nie uratuje, podobnie jak Fiorentiny. Liverpoolowi z kolei nic już prawdopodobnie nie pomoże. Dwa miesiące temu wyobrażenie sobie Interu i Barcelony zajmujących trzecie i czwarte miejsce i żegnających się z Ligą Mistrzów wymagałoby wyobraźni zdolnej zawstydzić Philipa K. Dicka. Dziś wymaga tylko przyjrzenia się tabeli i rozkładowi meczów. Ale to i tak nic - na dwie kolejki przed końcem Unirea Urziceni zajmuje drugie miejsce w swojej grupie. Za trzy tygodnie gra u siebie z Sevillą, która, jako się rzekło, już awansowała, a na zakończenie jedzie do Stuttgartu. I jak tu nie przypomnieć sobie w tej chwili jej trenera Dana Petrescu i tego, jak Bogusław Cupiał (piłkarze?) zwalniał go z Wisły?

5. Nuda. Za trzy tygodnie Interem gra na wyjeździe z Barceloną i na kogo wypadnie, na tego bęc. Liverpool gra mecz ostatniej, ale to naprawdę ostatenieńkiej szansy, który zresztą i tak nic mu może nie dać. Milan, Real i Juventus wcale jeszcze nie są pewne awansu. Znaczy - będzie się dziać jeszcze.

Piotr Mikołajczyk