Pięć mgnień meczu Milan - Real. To znaczy Ligi Mistrzów

Znamy kilka odpowiedzi dotyczących Realu i nie znamy kilku dotyczących Milanu. Znamy też pierwszych jednoósmofinalistów i znamy pierwszych tych, którzy nimi nie zostaną. Czyli w Lidze Mistrzów wszystko swoim torem.

1. Cała reszta. Tak, we wtorek odbyła się cała kolejka Ligi Mistrzów, ale są takie mecze, które zasługują na to, żeby je omówić bardziej i szerzej. Dlatego szybko zajmijmy się całą resztą - awansowały już Bordeaux, Chelsea i Porto. Manchester wziął sobie do serca moje narzekanie z poprzedniej kolejki i zorganizował nam sześciobramkowy thriller. Przegrywał już 1:3, ostatecznie jednak zremisował i awansował również. Bayern natomiast przegrywając po raz drugi z Bordeaux niemal na pewno zakończył swoją przygodę z Ligą Mistrzów. Mając to wszystko z głowy - zajmijmy się życiem i wszechświatem.

2. Manuel Pellegrini. W ten sposób posady nie uratuje. Real w ostatnich pięciu meczach wygrał tylko raz, w dwumeczu z Milanem zdobył zaledwie punkt. Florentino Perez twierdzi, że go nie wyrzuci, ale przy pierwszej kadencji również twierdził, a potem zwalniał. I być może akurat w tej kwestii będzie miał rację. Bo wprawdzie nie jest winą Pellegriniego kontuzja Ronaldo, nie jest nią fakt, że prezes z dyrektorem sportowym posprzedawali mu piłkarzy, których chciał zatrzymać, że prezes ochrzania go za stosowanie rotacji w składzie, czyli próbę rozkładania sił gwiazd tak, żeby starczyło ich na cały sezon. Ale jeśli trener ma takich piłkarzy jak Pellegrini, a jego taktyczna myśl przewodnia w meczu na San Siro ewidentnie brzmi ''lutujcie ile wlezie, może ta fujara Dida coś przepuści'', to, z całym szacunkiem, do takiej taktyki naprawdę nie potrzeba trenera.

3. Galacticos-szmalacticos. O ile kupowanie najlepszych możliwych piłkarzy jest elementem budowania wielkiej drużyny, o tyle ani się na nim nie zaczyna ani nie kończy. Tak długo, jak długo Florentino Perez tego nie zrozumie i nadal będzie lekceważył prośby i zalecenia trenerów oraz musztrował ich za próby, cóż, trenowania drużyny, tak długo koniec końców zamiast wielkiego zespołu będzie miał stado bezgłowych kurczaków biegających po boisku bez ładu i składu.

4. Milan. No tak, faktycznie, też grał w tym meczu. Grał, cóż, jak za dawnych lat. Nesta świetnie dyrygował obroną, Pirlo znów wyglądał jak król stałego fragmentu gry i suzeren długiego podania, Ronaldinho wkręcał obrońców Realu w murawę, a podaniami potrafił zaskoczyć nawet własnych kolegów. Ba, chciało się nawet Clarence'owi Seedorfowi, czyli najbardziej zblazowanemu człowiekowi po tej stronie Entombeta. Ok, Milan udowodnił, że potrafi się zmobilizować na wielki mecz, ale jego problemy od tego nie znikną. Co będzie jak kontuzji dozna Ronaldinho? A Pato? Jakie są dowody na to, że Leonardo jest dobrym trenerem? Kto z czterech bramkarzy Milanu jest tym pierwszym? A napastnikiem? Czym kupienie Klaasa Jana Huntelaara różni się od wyrzucenia 15 milionów euro z mostu do wody? Na te wszystkie pytania (i jeszcze kilka innych) Milan będzie musiał znaleźć przekonujące odpowiedzi, zanim powiem, że jego kryzys minął.

5. Był gol, czy nie było , oto jest pytanie. Dotyczące oczywiście bramki Pato. Król Salomon zapewne odpowiedziałby tak: istnieją sędziowie, którzy by tego nie gwizdnęli, ale zaprawdę, powiadam wam, istnieją też sędziowie, którzy nie gwizdnęliby karnego dla Milanu, więc koniec końców może nie ma się co żołądkować.

Piotr Mikołajczyk