Na bezdrożach, czyli podsumowanie Grand Prix Japonii

Grand Prix Japonii okazało się mistrzem suspensu. Mogliśmy poznać mistrzów świata w obu kategoriach, ale nie poznaliśmy. Mogliśmy zobaczyć prawdziwą moc nowego lepszego BMW Sauber, ale na wyniki, przynajmniej jeśli chodzi o Kubicę również będzie trzeba poczekać.

W malinach - Robert Kubica

Pech w kwalifikacjach, pech w wyścigu. Polak narzekał po kwalifikacjach, że przez wypadki na torze nie był w stanie przejechać ani jednego szybkiego kółka. Po karach dla innych kierowców awansował wprawdzie z 13. miejsca na 9., ale patrząc na prędkość w wyścigu - w normalnych warunkach wywalczyłby prawdopodobnie jeszcze lepsze miejsce. W wyścigu pech zaatakował podczas drugiej serii pit stopów, kiedy rozpędzony Kubica na cztery okrążenia utknął - najpierw za wyraźnie wolniejszym Raikkonenem, a potem za jeszcze wolniejszym Heidfeldem. Po pierwszej serii pit stopów Polak wyprzedził Kovalainena, po drugiej mógł liczyć na wyprzedzenie Buttona. Nie wiem, czy by mu się to udało, ale cztery stracone za wolniejszymi bolidami okrążenia na pewno nie pomogły.

Na równinie - Jenson Button

Button, jak to ma w zwyczaju od kilku wyścigów, pojechał swoje. Bez ryzyka, bez brawury, byle zaliczyć jakieś punkty. Zdobył jeden, co może nie robi wielkiego wrażenia, ale z punktu widzenia Brytyjczyka ważniejsze jest to, że upilnował Rubensa Barrichello, który zdobył tylko o jeden punkt więcej. Do końca już tylko dwa wyścigi - Button ewidentnie liczy na to, że przysłowie okaże się mądrością narodów. Konkretnie przysłowie mówiące, że ziarnko do ziarnka, a zbierze się mistrzostwo świata kierowców. Chociaż sam nie wiem, na co Button bardziej zasługuje - czy na mistrzostwo w ramach nagrody za genialne wyniki w pierwszej połowie sezonu, czy może jednak porażki w ramach kary za bezduszne ciułanie punktów w drugiej.

Na podjeździe - emocje

Mimo wszystko, czekają nas prawdopodobnie aż do końca. To dobrze, bo w połowie sezonu zanosiło się na rychły ich koniec. I źle, bo będą to emocje co najwyżej letnie. Stosowana przez Buttona taktyka pilnowania przewagi cały czas się sprawdza - Brytyjczyk ma 14 punktów więcej niż Barrichello i nawet świetny wyścig Vettela niewiele zmienił, poza tym, że Niemiec cały czas się liczy. Traci jednak do Buttona aż 16 punktów i choć oczywiście da się tyle odrobić w ciągu dwóch wyścigów - wątpię, żeby lider klasyfikacji generalnej dał się wyślizgać. Sześć punktów w dwóch wyścigach - tyle wystarczy mu do mistrzostwa. Jedno trzecie miejsce albo dwa szóste. Znając jego upodobania, będą to dwa szóste.

W ciemnicy - medale

Tu warto wspomnieć o poronionym pomyśle z przyznawaniem kierowcom medali, który miałby rzekomo być odtrutką na to, co robi w tej chwili Button. Rzeczywiście, gdyby przyznawano medale, Button nie walczyłby w tej chwili o pojedyncze punkty. Nie walczyłby o nic, bo mistrzem świata zostałby już po GP Singapuru, a my moglibyśmy się co najwyżej pasjonować pojedynkiem Vettela i Barrichello o drugie miejsce.

O pół kroku od szczytu - Brawn GP

Brawn GP o dziwo nie został jeszcze mistrzem świata konstruktorów. Do tytułu brakuje mu pół punktu. Owszem, byłoby śmiesznie, gdyby Brawn przegrał z Red Bullem o pół punktu, ale powiedzmy sobie szczerze - mamy nowego mistrza świata konstruktorów, w którym najfajniejsze jest to, że nie jest Ferrari ani McLarenem. W ostatnich dwunastu latach tylko dwukrotnie zdarzyło się, żeby ktoś (Renault) przełamał ich hegemonię.

W lesie - Mark Webber

1, 2, 4, 33, 45. To nie zwycięskie numery w żadnej loterii, ale numery okrążeń, na których kierowca Red Bulla, największy pechowiec wyścigu, musiał zjeżdżać do boksu. Jeśli dodać do tego start z alei serwisowej i fakt, że już po pierwszym pit stopie został zdublowany, mamy idealny obraz zmarnowanego wysiłku. Jedyne, co można podziwiać, to upór, dzięki któremu Webber w ogóle dojechał do mety.

W dolinie ciemności - Timo Glock

Niemiec przeżył mrożące krew w żyłach chwile, kiedy podczas kwalifikacji stracił panowanie nad uszkodzonym bolidem i wbił się z impetem w bandy. Na szczęście nic się nie stało, skończyło się tylko na rozciętej nodze i już w niedzielę Glock był na torze, choć w wyścigu nie wystartował. Dzięki Bogu, bo w pierwszej chwili jego wypadek wyglądał naprawdę paskudnie.

Piotr Mikołajczyk