To w zasadzie moja wina. Kiedy przeczytałem, że do PZPN zgłosili się zagraniczni trenerzy, w tym jedno nazwisko, które nawet prezesa Latę skłoniło do rozważań - zatraciłem na chwilę kontakt z rzeczywistością i naprawdę się ucieszyłem. Przeszło mi już następnego dnia, kiedy dowiedziałem się co to za nazwisko.
Jestem w stanie wymyślić nawet niemało argumentów przemawiających za Grantem. Przez osiem miesięcy prowadzenia Chelsea zobaczył i dowiedział się o funkcjonowaniu współczesnej wielkiej piłki nożnej więcej, niż jakikolwiek żyjący polski trener dowie się przez całe życie. Przez osiem miesięcy prowadzenia Chelsea Grant mógł nie zostawić kamienia na kamieniu, a jednak nic nie popsuł i mimo wszystko był o krok od mistrzostwa Anglii i o jedno pośliźnięcie się Johna Terry'ego od zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Jest z pewnością lepszym kandydatem na selekcjonera reprezentacji Polski niż Stefan Majewski (z drugiej strony - klawiatura, na której piszę te słowa również), możliwe nawet, że jest lepszym kandydatem niż Paweł Janas, Henryk Kasperczak czy Franciszek Smuda.
Ale... (To jest ten moment, w którym za każdym razem trafiał mnie szlag.)
Mówimy o facecie, w którego trenerskim CV jest Chelsea i nic więcej. Izraelskie kluby i prowadzenie reprezentacji Izraela mnie nie przekonują, że mam do czynienia z fachowcem, któremu można powierzyć kadrę przed najważniejszą imprezą w historii polskiej piłki.
Mówimy o facecie, który w tej Chelsea znalazł się tylko dlatego, że zaprzyjaźnił się z Romanem Abramowiczem. Jego zadania, jako dyrektora sportowego sprowadzały się do rozmawiania po rosyjsku z Andrijem Szewczenką, dzięki czemu Ukrainiec miał się lepiej poczuć w klubie i w Londynie.
Mówimy o facecie, który został zatrudniony jako trener, bo był przeciwieństwem Mourinho i na pewno nie wyemancypowałby się spod skrzydeł Abramowicza tak jak Portugalczyk. Już choćby dlatego, że miał minimalne szanse na załapanie kontaktu z uwielbiającymi Mourinho zawodnikami. Rzeczywiście, nie załapał.
Jeśli przypominamy sobie Chelsea za czasów Granta i liczymy na to, że takie same efekty osiągałby z reprezentacją Polski, to warto pamiętać, że w reprezentacji Polski nie ma Johna Terry'ego i Franka Lamparda, którzy zarządzą odpowiednio ciężki trening, wybiorą skład, ustalą taktykę, a w trakcie meczu przeprowadzą zmiany. A jak trener będzie się wtrącał, to się go ochrzani. Publicznie.
Może nie jest to idealny model funkcjonowania klubu, ale działał. Prawdopodobnie także dzięki Grantowi, który się nie obrażał, który mimo jawnych oznak lekceważenia (piłkarze organizowali w szatni narady drużyny, na które go nie wpuszczali) nie poszedł na wojnę, ale z pokorą wszystko znosił. Sęk w tym, że jak już powiedziałem - Terry'ego ani Lamparda w reprezentacji Polski nie mamy. Znacznie bardziej prawdopodobna niż taka emancypacja w imię wyników w polskiej kadrze byłaby epidemia lwowskiej grypy.
Dlatego Avram Grant nadaje się co najwyżej na listek figowy. Proszę bardzo, oto trener zza granicy, finalista Ligi Mistrzów, wicemistrz Anglii, trenował Chelsea, więc czego jeszcze chcecie, poem panom uczciwie. Wygląda na mokry sen działacza PZPN. Żadną miarą nie wygląda na człowieka, który mógłby zbawić polską reprezentację. Żadną miarą nie można go porównać z innymi bezrobotnymi (lub wkrótce bezrobotnymi) trenerami, na których PZPN prawdopodobnie byłoby stać, jak Luciano Spaletti, Slaven Bilić czy Roberto Mancini. Nie wiadomo, czy któryś z nich zgodziłby się pracować w Polsce, ale nie podjęcie z nimi nawet prób negocjacji zakrawa na sabotaż.
Piotr Mikołajczyk