Na bezdrożach, czyli podsumowanie Grand Prix Włoch

Na pożegnanie Europy kilka rzeczy się wyjaśniło. Lewis Hamilton ostatecznie stracił szanse na obronę tytułu mistrzowskiego, a uczynił to w wyjątkowo spektakularny sposób. Brawn GP w zasadzie zapewnił sobie oba mistrzostwa, co wcale nie oznacza, że skończyły się emocje. Robert Kubica wystartował bardzo szybko, jeszcze szybciej jednak został pokonany przez oporną materię. Znaczy, działo się.

W malinach: punktowa passa Kubicy

Do tej pory Kubica w GP Włoch startował trzykrotnie. Zawsze zdobywał punkty, dwukrotnie był na podium. Wszystko wskazywało na to, że i tym razem uda się passę utrzymać. Mimo dopiero 13. pola startowego do 10. okrążenia wszystko szło świetnie. Kubica po starcie awansował o dwie pozycje, zaraz potem po wypadku Webera (któremu delikatnie pomógł) o kolejną. Później jeszcze odważnym manewrem wyprzedził Vettela i był 9. W tym momencie punkty wydawały się niemal pewne, biorąc pod uwagę fakt, że Polak zamierzał pojechać na jeden pit stop. Potem jednak w ciągu sześciu okrążeń wszystko się posypało. Najpierw przymusowy zjazd do boksu na wymianę uszkodzonego nosa przesunął Kubicę na przedostatnie miejsce, a na 16. okrążeniu dzieła zniszczenia dokonał sam bolid, który odmówił posłuszeństwa. Pech co się zowie biorąc pod uwagę...

Na górce: BMW Sauber

...wynik Nicka Heidfelda, który z 15. miejsca na starcie awansował na siódme. Wystarczyło mocno zatankować bolid, nie popełniać błędów i jechać swoje. Wynik Kubicy ze sporym prawdopodobieństwem byłby lepszy. Swoją drogą to ciekawe - wystarczyło tylko, żeby niemiecki koncern ogłosił wycofanie się z Formuły 1, a jego wyniki z miejsca zaczęły się poprawiać. Kierowcy zaczęli regularnie punktować i nie wyglądają już jak ubodzy krewni przy wszystkich z wyjątkiem Toro Rosso. Co równie ciekawe, BMW Sauber ze znacznie większym entuzjazmem pracuje teraz nad poprawą samochodu niż w pierwszych czterech wyścigach, kiedy nie zmieniono dokumentnie nic. No, ale cóż, wtedy przecież BMW, co robiło? Możesz przypomnieć, Mario?

- Walczyło o mistrzostwo świata w obu klasyfikacjach.

- A, faktycznie.

W ciemnicy: Lewis Hamilton

Brytyjczyk już na pewno nie obroni tytułu mistrza świata. Jasne, to było wiadomo od dawna, ale matematyczne nawet szanse stracił właśnie teraz w wyjątkowo widowiskowy sposób. Jechał po pewne podium, ale to było dla niego za mało. Na ostatnich okrążeniach rozpaczliwie gonił Jensona Buttona licząc na moc KERS. Sęk w tym, że już co najmniej dwa-trzy okrążenia przed metą jasne było, że nie da rady. Hamilton jednak nie odpuścił, na przedostatnim zakręcie przeszarżował i rozbił samochód oddając w ten sposób miejsce na podium w ręce Kimiego Raikkonena z Ferrari. Trudno o lepsze podsumowanie tego sezonu w wykonaniu brytyjskiej potęgi.

Na szczycie: Brawn GP

Brawny dominowały w pierwszej połowie sezonu, potem przyszła jednak bardzo poważna zadyszka. Do tego stopnia, że niemal pewne tytuły w obu klasyfikacjach stały się zagrożone. Nie, nie przez was, Mario. Przez Red Bulla. Po podwójnym zwycięstwie we Włoszech wygląda jednak na to, że nikt już nie będzie w stanie zagrozić brytyjskiej stajni. Tylko katastrofa odebrałaby im tytuł konstruktorów biorąc pod uwagę, że na cztery wyścigi przed końcem ich przewaga nad Red Bullem wynosi 40,5 punktu. Kierowcy Brawna rozstrzygną też między sobą kwestię tytułu indywidualnego - trzeci w klasyfikacji Sebastian Vettel traci już do lidera 26 punktów. Co nie znaczy, że skończyły nam się emocje, bo...

Na ostrym podjeździe: Rubens Barrichello

...goniący Buttona Barrichello szaleje. Wygrał dwa z trzech ostatnich wyścigów i zmniejszył stratę do kolegi z zespołu do 14 punktów. Owszem, to nadal sporo, ale to Brazylijczyk w ostatnich wyścigach jeździł zdecydowanie lepiej. Button po piorunującym początku zmienił się w nudnego ciułacza punktów, tymczasem to Barrichello jeździ tak, jak mistrzowi świata przystoi. Cztery wyścigi to niezbyt wiele, jeśli jednak weteranowi uda się utrzymać formę, jego szanse na zdetronizowanie kolegi wyglądają całkiem realnie. Co byłoby świetnym uwieńczeniem tego fascynującego, ale i dziwacznego sezonu.

Piotr Mikołajczyk