Kiedy symulacja faulu idzie o krok dalej

Jednym z głównych zarzutów stawianych piłkarzom jest ''nurkowanie''. Rugbyści są w takiej dyskusji przykładem sportowych twardzieli, którzy zamiast tracić czas na pokładaniu się na boisku, grają nawet z zębem rywala w czole. Prawda jest jednak taka, że rugbysta czasem też symuluje uraz. Ale przewracanie się jest dla mięczaków - prawdziwy twardziel używa w takim przypadku sztucznej krwi.

Tom Williams, walijski rugbysta Harlequin FC, ekipy grającej w Guinness Premiership został kilka dni temu zawieszony na 12 miesięcy, a jego klub ukarany grzywną w wysokości 215 tysięcy funtów za incydent, do którego doszło w poprzednim sezonie podczas meczu European Rugby Cup z Leinster. W tamtym spotkaniu Williams zszedł z boiska na pięć minut przed końcem z zakrwawioną twarzą. Zgodnie z przepisami w przypadku kontuzji jednego z graczy, drużyna może na 10 minut wystawić dowolnego innego, nawet tego, który był wcześniej zmieniany. W tym przypadku umożliwiło to pojawienie się na boisku Nicka Evansa, specjalisty od kopnięć. Właściwy moment od 28 sekundy:

Wszystkich, którzy są wrażliwi na widok krwi uspokajamy - okazało się, że była fałszywa. Zejście Williamsa, który na dodatek schodząc z boiska porozumiewawczo mrugnął do sztabu trenerskiego, wzbudziło natychmiast podejrzenia. Nikt nie widział żadnego zderzenia, a powrót na boisko Evansa był bardzo sensowny z taktycznego punktu widzenia i możliwy tylko w przypadku kontuzji. Wszczęto więc śledztwo, które wykazało, że cała scenka to ściema, na dodatek przy pomocy technik z kiepskich horrorów.

Na tym jednak nie koniec kontrowersji. Oskarżone w tej sprawie były cztery osoby. Oprócz Williamsa byli to dyrektor Harlequins Dean Richards oraz dwoje członków ekipy medycznej - fizjoterapeuta Steph Brennan i doktor Wendy Chapman. I choć ciężko uwierzyć, że Williams samemu to wszystko zaaranżował, pozostałych uznano za niewinnych, podczas gdy samemu rugbyście wlepiono roczne zawieszenie. Zwrócił na to uwagę m.in. oburzony werdyktem ERC związek zawodowych rugbystów.

Klub i zawodnik mogą się jeszcze od decyzji odwołać, ale sprawa sądowa mało nas w tym wszystkim interesuje. Najważniejsze jest to, że to najbardziej fantazyjne symulowanie faulu o jakim słyszeliśmy. Ale nie żeby nie dało się go przebić. Zawsze można zainscenizować wypadek po staromodnym pościgu samochodowym, wojnę gangów albo atak robotów z kosmosu potrafiących zmieniać kształty. A potem puszczać te mecze w kinach w wakacje. Ludziom się spodoba. Zapytajcie Michaela Baya.