Finały Pucharu Stanleya czas zacząć!

Jak co roku czekają nas finały Pucharu Stanleya i wewnątrzredakcyjne kłótnie (''- Hokej fajny! - Niefajny! - Fajny! - Niefajny!''). Jak co roku też (a przynajmniej drugi rok z rzędu) zmierzą się w nich Detroit Red Wings i Pittsburgh Penguins, co powoduje, że z kolei ta część Zczuba od okrzyków ''Fajny!'' toczy swoją małą prywatną wojnę (''- Detroit! - Pittsburgh! - Detroit! - Pittsburgh! - New York Knicks! - ZAMKNIJ SIĘ!). Tym razem jednak zamiast tłuc się kastetami po głowach i klawiaturach postanowiliśmy przekonać Was do kibicowania naszym ukochanym drużynom.

Podejrzewamy, że oprócz sportu interesujecie się także innymi rzeczami (czytania o sporcie w to nie wliczamy), takimi jak na przykład kino. Dlatego zamiast zarzucenia Was stosem niepotrzebnych nikomu statystyk postanowiliśmy przedstawić Wam obie drużyny w konwencji filmowej. I tylko od Was zależy czy w zaczynającym się w sobotę pojedynku kibicować będziecie ''Potężnym Pingiwnom'' czy brodatym Jedi z Detroit.

Pittsburgh, czyli amerykańskie (ewentualnie kanadyjskie) kino familijne:

Pewna drużyna, nazwijmy ją, dajmy na to, ''Potężne Pingwiny'' ma rewelacyjną ekipę. Niestety jedną z jej gwiazd, ale nie z tych największych (powiedzmy tego, co w Nankatsu wyglądał jak Misaki, ale nim nie był) ponosi ambicja. Gwiazda (w tej roli Marian Hossa -12 bramek i 14 asyst w 20 meczach ubiegłorocznych playoffs) odchodzi na rzecz wielkich rywali z sąsiedztwa czyli na rzecz... Detroit Red Wings, uznając że tylko z nimi może zdobyć Puchar Stanleya. Do drużyny z MoTown zabiera też swojego wiernego, ale garbatego i nie do końca utalentowanego kolegę, który tak naprawdę bardziej niż hokejem interesuje się malarstwem i układaniem mapy Montany z plastrów miodu - rezerwowego bramkarza Ty Conklina (Tobey Maguire). Cała ekipa się sypie. Głównemu bohaterowi, supernapadziorowi ''Pingwinów'', a w wolnych chwilach miłemu chłopakowi z sąsiedztwa Sidneyowi Crosby`emu (dziewczyny chcą z nim być, chłopcy chcą być nim lub z nim, matki chcą, żeby ich córki i synowie z nim byli) umiera żółw.

Z Pittsburgha odchodzi też twardziel o szczęce Dolpha Lundgrena (w tej roli szczęka Dolpha Lundgrena) Jarkko Ruutu, a także inny twardziel, starszy niż plamy na Słońcu Gary Roberts, gwiazdka (tu Hannah Montana) Ryan Malone (w jego roli Ryan Malone) i Adam Hall, przy czym cała ostatnia trójka do Tampa Bay Lightning. Tampa ma ambicję zostać nowymi ''Pingwinami'', ale zostaje zupełnie nowym Piastem Gliwice i zajmuje przedostatnie miejsce w lidze. Wyprzedzając tylko grających gorzej od wiader ravioli New York Islanders.

''Pingwiny'' są w rozsypce i pałętają się zaledwie gdzieś w okolicach ostatniego miejsca pozwalającego im awansować do playoffs. Zły, stary i zgorzkniały szkoleniowiec Michel Therrien (Tim Roth) dostaje zatem kopa z łyżwy i może sobie wpisać w CV ''luty 2009 - do teraz: bezrobotny''. Na jego miejsce przychodzi Dan Bylsma (oczywiście nie kto inny jak Emilio Estevez), młody trener - kumpel (38 lat - najmłodszy w całej lidze; oczywiście najmłodszy trener nie kumpel), sam jeszcze do niedawna zawodnik. Do tego z doświadczeniem zaledwie jednego niepełnego trenerskiego sezonu w filii Pittsburgha Wilkes-Barre/Scranton Penguins, nazywającej się jak mydłkowaty absolwent Yale w kraciastym pulowerku (George W. Bush).

Nikt nie wie, jak Bylsma to robi, ale przy pomocy sprowadzonych na prędce byłych mistrzów Chrisa ''Wygrałem Puchar Stanleya z Anaheim Ducks'' Kunitza i Billa ''Mam 38 lat i wygrałem wszystkie trofea świata'' Guerina zwycięża w 18 z ostatnich 25 spotkań i ''Pingwiny'' spokojnie wchodzą do playoffs. Tam Guerin rozgrywa najlepsze mecze posezonowe w swojej karierze, mimo że gra już czasów wojny punickiej, a Kunitz w drodze do finałów Pucharu Stanleya zalicza aż 11 kluczowych podań.

Na zupełnie nowy poziom gry (możliwe, że na kodach) wchodzą też pingwinie ''Młode strzelby'' - ''Dobry'' Sidney Crosby (do finałów 14 bramek i 14 asyst w 17 meczach) i ''Brzydki'' (Jewgienij Małkin - 12 bramek, 16 asyst). ''Zły'' czyli popełniający jeszcze w ubiegłym roku fatalne błędy bramkarz Marc-Andre Fleury broni na tyle pewnie, że przestaje być ''Złym'' i zaczyna zasługiwać na przydomek ''Budka dróżnika''. A po podcięciu skrzydeł Philadelphia Flyers (4:2), rozprawieniu się z Washington Capitals po capitalnym pojedynku (4:3) i przeleceniu się po Carolina Hurricanes jak tornado (4:0) w finale ponownie czekają już na ''Pingwiny'' większe i starsze chłopaki z Detroit. Do tego mające jako jedyne na całym podwórku zarost... Żółw Crosby`ego, który wydawał się martwy już od paru miesięcy i kilku scen podnosi po raz ostatni głowę i mówi ''Zrób to dla mnie, Sid''. Gdzieś w Magnitogorsku mama pakuje Małkinowi kanapki, a Emilio Estevez (ale nie w Magnitogorsku) tłumaczy, że naprawdę jest bratem Charliego Sheena.

Detroit, czyli dawno, dawno temu w odległej galaktyce

A konkretnie w zeszłym roku na lodowiskach NHL. Eskadra zwana ''Czerwonymi Skrzydłami'' zdołała zniszczyć Gwiazdę Śmierci. Darth Pingwin (nie mylić z Barem Pingwin, którego dziś nie będzie - sorry) jednak powrócił - jeszcze groźniejszy, potężniejszy i bardziej pingwini niż poprzednio i znów będzie chciał zdobyć władzę nad światem, a przynajmniej Pucharem Stanleya.

To, że Red Wings będą znów liczyć się w walce o hokejowego świętego Graala było bardziej przewidywalne niż komedie z Adamem Sandlerem. Od początku szli bowiem jak burza, ale tym razem nie byli najskuteczniejszą drużyną sezonu zasadniczego, co trochę zdjęło z nich piętno faworytów. Fakt, że w playoffs odprawili Columbus, Anaheim i Chicago i są już na ostatniej prostej do obrony galaktyki i tytułu w dużej mierze jest zasługą pochodzącego z odległej planety Vetlanda Johana Franzena (Harrison Ford). Przed zamknięciem okna transferowego mówiło się, że Szwed jest na wylocie. Kiedy jednak jedną nogą był jeszcze w klubie, a drugą już na pokładzie Sokoła Millenium, trzecią podpisał nowy kontrakt. I znów rozgrywa świetne playoffs i jest najskuteczniejszym graczem zespołu - w 16 meczach zaliczył 10 goli, 9 asyst i kilkanaście zestrzelonych Tie Fighterów.

To jak potoczą się losy wszechświata w dużej mierze będzie zależało od tego czy w pełni sił będą bohaterowie, którzy z powodu kontuzji w rywalizacji z Chicago pełnili głównie rolę świetnie opłacanych kibiców. Mistrza Nicklasa Obi-Lidstroma (Ewan McGregor) zastąpił stary jak Robert Horry Mistrz Yoda Chelios (Piramida Cheopsa), który wbrew swym 47 tysiącom lat wciąż dziarsko śmiga na łyżwach i nie wygląda jakby miał ni z tego ni z owego przenieść się na drugą stronę Mocy. Rolę międzygwiezdnego bohatera - Luke'a Dacwalkera świetnie podzielili między siebie spec od wymachiwania kijem świetlnym Henrik Zetterberg (brat bliźniak Ewana McGregora), owłosiony Dan Clearybaka (Kuzyn Coś) oraz cała grupa młodszych Jedi na czele z Filppulą, Hudlerem i zaledwie 22-letnim Helmem (Megan Fox, Jessica Alba i Hayden Panettiere- to nasz film i możemy sobie obsadzać kogo nam się żywnie podoba).

Trudno przecenić także rolę nawróconego na jasną stronę Mocy Lando Hossesiana (Daniel Olbrychski), który w zeszłym sezonie budował potęgę Gwiazdy Śmierci, a teraz będzie starał się ją zniszczyć oraz nierozłącznego niczym R2D2 i C3PO duetu Maltby-Draper, którzy wspólnie zapuszczają brody już na 13. playoffs z rzędu. Aby pokonać zło, które od ostatniego starcia sporo się nauczyło zdrowi i w pełni sił Obi-Lidstrom i Dacwalker mogą się jednak okazać niezbędni.

Podobnie jak niezbędna będzie obrona, która będzie musiała wspierać się na wyżyny swych umiejętności, by odpierać ataki floty wroga. Stojący w bramce Chris Osgood zaliczył bardzo przeciętny sezon regularny, w którym puszczał średnio 3.09 gol na mecz a strzały rywali swymi świetlnym parkanami odbijał ze skutecznością 89 procent, więc gdyby krążki były strzałami z miotaczy byłby już nie tyle bramkarzem, co bardzo podziurawionym bramkarzem. Gdy jednak ruszyły playoffs znów gra kosmicznie i podniósł swe statystyki do odpowiednio 2.06 i 92 proc. Niklas Kronwall, którego forma na początku sezonu pojawiała się na kartonach z mlekiem i w programie ''Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie'' znów prezentuje się solidnie i strąca kolejne niszczyciele rywali. Także reszta defensywy jak dotąd gra pewnie i jest szansa, że będzie mógł ją zagrać Wielki Mur Chiński (no przynajmniej tę jej część, której nie gra Ewan McGregor ani Piramida Cheopsa).

O tym, że Darth Pingwin nawet pod wodzą Emilio Esteveza może nie przetrwać Powrotu Czerwonoskrzydłych Jedi świadczy też fakt, że Wings w swojej hali czują się chyba lepiej niż kiedykolwiek - z dziewięciu dotychczasowym meczów playoffs w Joe Louis Arena, gdzie czuwa nad nimi brodaty Al Ośmiornica (Artur Żmijewski) wygrali aż osiem, a jedyną porażkę ponieśli dopiero po trzech dogrywkach. Znów rozpoczynają serię we własnej hali, więc do obrony tytułu wystarczy im komplet zwycięstw przed własną publicznością. W dodatku wydają się nie mniej głodni tryumfu niż w poprzedniej odsłonie. Pokazali to między innymi gdy w ciągu 4 min z małym hakiem zdołali ze stanu 3:0 wyciągnąć na 3:3. Wprawdzie mecz nr 3. przeciw Blackhawks ostatecznie przegrali po dogrywce, ale udowodnili, że prędzej uwierzą w Ewoki niż to, że jest strata, której odrobić się nie da.

O ile więc eskadrze Czerwonych Skrzydeł nie przytrafi się jakiś Jar-Jar, jest spora szansa, że i tym razem Pingwinia Gwiazda Śmierci zostanie zniszczona i świat będzie bezpieczny. Zwłaszcza, że Wings mają w tych playoffs doświadczenie z odstrzeliwaniem drobiu - ich ofiarami padły już Kaczory i Jastrzębie.

bazyl&miszeffsky