Czy zobaczymy jeszcze Polaków w hokejowej elicie?

Zakończyły się mistrzostwa świata elity, podczas których mieliśmy szansę oglądać 400 najlepszych hokeistów świata z 16 najlepszych drużyn globu, zesłanych na Ziemię, by nieść ludziom pokój. Nieco wcześniej mogliśmy emocjonować się spotkaniami najle...eee...po prostu hokeistów grających na MŚ Dywizji I w Toruniu. Choć dużo się mówiło o tym, że Polacy u siebie zawalczą o awans do do grupy najlepszych, jak zwykle okazało się, że pogłoski o śmierci polskiego hokeja są przesadzone, ale tylko nieznacznie. Dziś serwis Zczuba.pl, zebrawszy już puste butelki i swoje przemyślenia z obu imprez, postara się odpowiedzieć na nurtujące ludzkość od wieków, a przynajmniej od siedmiu lat pytanie: Why does it always rain on me? Czy Polacy za naszych żyć zagrają jeszcze w elicie?

Łukasz (Miszeffsky/Przepraszam, to miejsce jest zajęte/taki jeden z brodą) uważa, że jak najbardziej, bo, ponieważ, azaliż:

- Po 70 latach udało się w zeszłym roku awansować do elity Węgrom, mimo że wciąż największą gwiazdą Madziarów jest serialowy Alf . Nasi bracia mogą co prawda pochwalić się, w przeciwieństwie do nas, zawodnikami draftowanymi do NHL, ale tak naprawdę Amerykanie wybierają młode węgierskie talenty chyba tylko po to, żeby z wielkiego doła wnie spadła nad Balatonem produkcja leczo. Bramkarz kadry Levente Szuper znalazł się kiedyś wprawdzie w składzie Calgary Flames na 9 spotkań, nie wyjechał jednak nigdy na lód. Wybrany w 2002 przez Dallas Stars skrzydłowy Janos Vas wciąż z kolei zapuszcza przy telefonie brodę w oczekiwaniu na to, że wezwą go do Teksasu po coś więcej niż tylko, żeby wręczyć mu reklamówkę z gadżetami. Bez swojego kapitana, Gabora Ocskaya, który miesiąc przed mistrzostwami zmarł na atak serca, Węgrzy zaprezentowali się w Szwajcarii całkiem przyzwoicie i choć oczywiście wrócili do Dywizji I zaznaczyli swoją obecność na lodowiskach świata. Czemu Polacy też by tak nie mogli?

- Tak, zauważyłem, że Wiesław Jobczyk i Henryk Gruth od lat grają już tylko na konsolach, złota era polskiego hokeja to czasy, kiedy jeszcze można było zobaczyć śmigającego na rolkach po Krupówkach rycerza Giewonta , niedawno jeszcze grający w NHL Krzysztof Oliwa wcielił się w rolę Superniani , a Mariusz Czerkawski zajmuje się głównie tym, że po prostu jest. Ale w 40-milionowym kraju musi w końcu urodzić się kolejny rodzimy Thomas Vanek , Olaf Kolzig , Martin Gerber czy inny talent, którego nie zabiją warszawskie korki, nędzna infrastruktura oraz to, że nikt się u nas nie przejmuje hokejem, bo wszyscy wolą uaaaaam-uaaaaaam-uaaaaaam w wykonaniu Roberta Kubicy. To się musi zdarzyć - statystyka nie kłamie. Czasem tylko robi sobie jaja - tak jak w przypadku pojawienia się nowych gwiazd polskich futbolu, na które czekamy jak.

- Jeszcze w 2002 roku na mistrzostwach w Szwecji Polacy rywalizowali z najlepszymi. Co prawda w pierwszej rundzie starcia z tradycyjnie mocną Finlandią, złotą generacją słowackiego hokeja (mistrzami świata z tego roku) oraz Ukrainą zakończyły się dla nich kilkudziesięcioma siniakami i bilansem bramkowym 0:18, ale już w ''grupie spadkowej'' biało-czerwoni zajęli drugie miejsce na cztery ekipy i gdyby nie to, że spaść nie mogła Japonia, która uplasowała się o dwie lokaty za nimi, w gronie najlepszych by pozostali. Super Mario wspomagał naszych tylko w drugiej fazie turnieju, Oliwa nigdy nie był superstrzelcem, więc reszta repry musiała sobie jakoś radzić. A nie sądzę, żeby przez te kilkadziesiąt miesięcy jakie dzielą ich od ostatniego występu w elicie Polacy zapomnieli o tym, jak się gra w hokeja i cały swój talent inwestowali w domowym zaciszu na grę w domino.

- A dlaczego by mieli nie zagrać?

Bazyl uważa, że jeszcze wiele wody upłynie, gdyż:

- Nie można myśleć o sukcesach, jeśli okazuje się, że największym zagrożeniem dla naszych kadrowiczów są oni sami. Nie ważne czy zawinił Krzysztof Oliwa czy Marcin Kolusz i S-ka, ważne, że doszło do sytuacji, w której facet współpracujący z kadrą bił grających w niej zawodników. To zaś oznacza, że atmosfera w reprezentacji prędzej pozwoliłaby polskim hokeistom zbudować ze słoików po Ketchupie Włocławek prom komiczny i polecieć na Księżyc niż zgrany zespół mogący walczyć o elitę.

- Podczas gdy inne reprezentacje niedobór talentów niwelują szukając wzmocnień poza swoimi granicami, w PZHL nie ma nawet nikogo, kto zajmowałby się wyszukiwaniem hokeistów o polskich korzeniach mogących zagrać dla biało-czerwonych. Nie można popadać w skrajność i wzorem Włochów hurtowo powoływać każdego, kto urodził się w Quebecu czy Ontario i wie co to pizza (no w naszym co to Wembley '73), ale jeden czy trzech dobrze wyselekcjonowanych graczy z pewnością by nie zaszkodziło.

- W polskiej kadrze na toruńskim turnieju wszyscy, poza Adamem Borzęckim grającym w niemieckiej drugiej lidze, to zawodnicy ligi polskiej. A umówmy się - nasza liga europejską lodową potęgą nie jest. Oznacza to, że niestety i zawodników nie mamy specjalnie szałowych. Wprawdzie jest nadzieja w postaci kilku młodych graczy, ale nawet jeśli będą się dobrze rozwijać, to pełnię umiejętności pokażą dopiero za jakiś czas. Czas spędzony na kolejnych rozczarowaniach w Dywizji I.

- Mówienie o tym, że Polacy mogą być jak Węgrzy to tylko pobożne życzenia. Fakt, że na Węgrzech i w Polsce hokeistów jest niewielu, a kadry zbudowane są na graczach z lokalnej ligi. Z tym, że Madziarzy mają kilku zawodników, którzy o NHL się chociaż otarli, siedząc na ławkach, farmach czy będąc wybranymi w drafcie, czyli osiągając rzeczy, które obecnym biało-czerwonym raczej nie grożą. Zawsze lepiej czekać na telefon z NHL niż kontakty z tą ligąograniczać do grania w NHL 2004.

- Jeszcze a propos Węgrów - gdy po 70 latach niespodziewanie wrócili do elity byli bohaterami. W Szwajcarii robili za chłopców do bicia - przegrali wszystkie sześć spotkań i uzyskali fatalny bilans bramkowy 6-29. Pytanie czy zbieranie cięgów przyczyniło się raczej do doskonalenia przez nich hokejowego rzemiosła czy wzrostu poziomu frustracji.

bazyl & miszeffsky