Na lodowiska NHL kostuchy chodzą parami

Kilka miesięcy temu pisaliśmy o matce i córce, zmarłych w odstępie dwóch dekad, w tych samych okolicznościach, podczas dopingowania Chicago Blackhawks. A teraz napiszemy o śmierci dwóch hokeistów, zmarłych w odstępie dwóch godzin, podczas gry na lodowisku San Jose Sharks.

Sharks Ice to oficjalne lodowisko treningowe drużyny NHL z San Jose, ale również arena zmagań drużyn amatorskich, składających się z okolicznych fanów hokeja. To właśnie w tym miejscu i podczas takich zawodów doszło do tragicznej ironii losu. W ciągu dwóch godzin zmarło dwóch hokeistów.

Brian Kobata właśnie strzelił bramkę dla swojego teamu, Mug Shots, w meczu przeciwko Drużynie A, gdy koledzy z zespołu i żona siedząca na trybunach zauważyli na jego twarzy grymas, po którym upadł na lód. Dwóch partnerów z drużyny próbowało ratować 38-letniego Kobatę sztucznym oddychaniem i za pomocą defibrylatora. Gdy przyjechała karetka, wciąż jeszcze żył, ale próby reanimacyjne nie powiodły się.

W meczu następującym po tej tragicznej sytuacji, Kelly Calabro prowadził swoją drużynę, Beer, do zwycięstwa nad The Shenanigans, ale również nie dotrwał do końca spotkania. 41-latek nagle upadł na plecy, stracił przytomność, a próbujący go reanimować koledzy, nie podołali zadaniu.

Jak powiedział dyrektor centrum sportowego, Ken Arnold, to była strasznie niefortunna i tragiczna sytuacja, bo do tej pory wzywanie ambulansu na ich obiekt było konieczne średnio raz na 18 miesięcy, więc ten zbieg okoliczności był kompletnym zaskoczeniem. 

Przypadek? Klątwa? A może jeszcze coś innego? Nie mamy pojęcia, jak do tej sytuacji się odnieść. W tak tragicznych okolicznościach, hokeistom Sharks życzymy utrzymania koncentracji (aktualnie liderują całej NHL), a kierownictwu obiektu sprawniejszego systemu szybkiego reagowania. Jak szybkiego? Najlepiej przewidującego przyszłość.