Odszedł z klubu i domaga się premii za lojalność

Zawsze nam się wydawało, że jeśli ktoś zarabia tyle, co piłkarze Premiership, nie musi chwytać się głupich sposobów na dorobienie do pensji. Jermaine Defoe udowadnia nam, że jesteśmy naiwni.

Rok temu Jermaine Defoe, zmęczony ugniataniem ławki rezerwowych Tottenhamu przeniósł się do Portsmouth. Serca kibiców zdobył szybko, bo już w pierwszym meczu strzelił gola, który dał drużynie remis z Chelsea. W ciągu roku zagrał w 30 meczach i strzelił 14 bramek, co skłoniło Tottenham do odkupienia go z powrotem. I tu zaczyna się robić śmiesznie.

Defoe podpisał kontrakt na 4,5 roku. Umowa zawierała klauzulę lojalności, według której za każdy sezon spędzony w klubie zawodnik miał otrzymać dodatkowe 200 tys. funtów. Łatwo obliczyć, że gdyby wypełnił kontrakt, zarobiłby jeszcze 700 tys. Defoe uważa, że powinien je dostać i tak.

Jak to uzasadnia? To proste, drogi Watsonie. Klub go sprzedał, a przecież nie musiał. Skoro tak, to powinien mu wypłacić pełną premię tak, jakby zawodnik spędził w klubie 4,5 roku, a nie tylko rok. W końcu Defoe (tak przynajmniej teraz twierdzi) z rozkoszą wypełniłby kontrakt, gdyby tylko mu to umożliwiono, a skoro tak, to klub powinien zapłacić.

Co ciekawe, zaraz po przybyciu do Londynu zawodnik stwierdził, że bardzo cieszy się z powrotu i tak naprawdę, nigdy w ogóle nie chciał odchodzić. Dodatkowo już na początku stycznia prezes Portsmouth oświadczył, że wprawdzie nie chce sprzedawać swojej gwiazdy, ale sam Defoe naciska na transfer.

Właściwie i tak jesteśmy pod wrażeniem skromności napastnika. W końcu mógł zażądać od klubu nie tylko wypłaty pełnej premii za lojalność, ale także wszystkich należnych mu pensji do końca kontraktu. Ot, choćby uzasadniając, że przecież nader chętnie by na nie uczciwie zapracował na boisku, ale zły klub go sprzedał i mu to uniemożliwił.

Jako bonus: Defoe opowiada o tym, jak bardzo jest szczęśliwy, że wrócił do Tottenhamu i jak bardzo nie chciał z niego odchodzić.