Ja tu jeszcze wrócę, czyli sportowa farsa roku

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Tym bardziej, jeśli nagle okazuje się, że przemieszcza się ona o 700 kilometrów. Tę zasadę złamał ostatnio Brett ''Wróciłem z emerytury'' Favre. Jedna z największych legend NFL olała klątwę Maddena i nas i postanowiła jeszcze raz pobiegać z jajowatą piłką. Z tym, że w innej drużynie niż przez ostatnie 16 lat. Oto krótki i, choć zaledwie dwójka z Was interesuje się futbolem amerykańskim, niezwykle życiowy poradnik, jak z postaci uwielbianej zostać kolesiem, którego wszyscy mają serdecznie dość.

Zacznijmy od początku - w marcu, ku rozpaczy kibiców Green Bay Packers, po 16 sezonach i wygranym 11 lat temu Super Bowl Favre zakończył karierę. Był smutek, wspomnienia i więcej łez niż potrzeba do średniej wielkości powodzi . Jedynym, który się cieszył był Aaron Rodgers, 24-letni rozgrywający, który od trzech lat z ławki obserwował poczynania kolegów i raczej występował w charakterze wieszaka na futbolowy strój niż quarterbacka. Tym bardziej, że Favre to nie tylko jeden najlepszych zawodników w historii NFL, ale i jeden z najbardziej pancernych - od września 1992 roku nie opuścił żadnego meczu, Rodgers nigdy nie wyszedł więc w podstawowym składzie drużyny.

Z Brettem wciąż w składzie teamu z Wisconsin, miałby na to takie same szanse jak na sukcesję w Pałacu Buckingham, a my z żalu umieścilibyśmy go honorowo na tej liście . Wraz z odejściem legendarnego numeru 4, wszystko miało się zmienić i biedny Aaron był bliski pokazania światu, że jest czymś więcej niż widzem z najlepszym miejscem na stadionie. Ze swych snów o potędze szybko jednak zaczął budzić się zlany potem i z mokrym prześcieradłem, bo Favre ogłosił światu, że tak w sumie to by sobie jeszcze po boisku pohasał. Próbowała go od tego odwieść EA Sports, umieszczając go na okładce swej obłożonej klątwą gry. Favre okazał się na to nieczuły i kolejne spekulacje o jego comebacku zdominowały zaoceaniczne serwisy sportowe niczym Pudzian zawody strongmanów.

Na zarząd Packersów, niekoniecznie zachwycony powrotem prawie 40-letniego weterana, który niemal na pewno grałby za zasługi nawet i bez ręki, padł blady strach . Włodarze klubu zaczęli dawać dyskretne znaki, że nie do końca chcą powrotu swojej legendy, Favre równie dyskretnie udawał, że ich nie zauważa. Zaczął też przebąkiwać o możliwości transferu do Minnesoty, Nowego Jorku czy Tampy. Połowa kibiców Green Bay była zachwycona jego ewentualnym powrotem, druga połowa, wciąż pamiętając płacze i lamenty na pożegnalnej konferencji prasowej, zniesmaczona tym, że następuje on po zaledwie 5 miesiącach.

Klub z Wisconsin był już tak zdeterminowany, że nie chcąc Favre`a w składzie swoim, ani innych drużyn (w końcu taki weteran znający na wylot swój team mógłby być dla niego niebezpieczny w bezpośrednim starciu), zaoferował mu 20 milionów dolarów płatne w ciągu 10 lat, byle tylko quarterback na emeryturze pozostał. Cała saga i kontraktowe przepychanki trwały dobry miesiąc. Niewzruszony słabym entuzjazmem Packersów i ich żenującą propozycją, Brett wypełnił papiery uprawniające go do powrotu do ligi i pojawił się na treningach Green Bay. Aaron Rodgers ciął się poduszką, a wśród kibiców zapanowała konsternacja. Nie mniejsza niż gdy okazało się, że Brett przechodzi jednak do New York Jets. Połowa Stanów i mały wycinek pozaamerykańskiego świata interesującego się NFL nie może uwierzyć, że zobaczy Favre`a w koszulce innego klubu niż Green Bay Packers. My nie możemy uwierzyć, że ktoś odrzucił możliwość zarobienia 20 milionów zielonych za nie robienie zupełnie niczego. Oraz w to, że ludzie tak łatwo, z bliżej niesprecyzowanych powodów depczą swoją legendę. Choć zawsze chcieliśmy zobaczyć jak ktoś rozpada się ze starości na boisku.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.