Z cyklu "Nieznani, a szkoda": Bernard Hopkins

Nigdy nie spodziewaliśmy się, że w tym cyklu przyjdzie nam pisać o kimś tak (zdawało nam się) znanym. Zawsze myśleliśmy, że każdy śmiertelnik wie kim jest jedna z największych legend nowożytnego boksu - Bernard Hopkins. Z tego przeświadczenia brutalnie wyrwali nas nasi, wydawałoby się sportowo kumaci, znajomi, którzy z rozbrajającą szczerością przyznali, że albo naszego małego bohatera nie znają, albo nie wiedzą nic o jego burzliwej, bądź co bądź, przeszłości. Co gorsza odkryliśmy, że takich osób może być więcej. Oto więc przed Wami lekarstwo na hopkinsową ignorancję.

Małe bernardziątko wywalczyło sobie drogę na świat 15 stycznia roku 1965. Nasz bohater, jeszcze całkiem dosłownie mały, bez zarostu, pasów mistrzowskich i zabójczego prawego prostego, dorastał w Philadelphii, czyli w mieście, gdzie według filmu "Rocky", 20 lat wcześniej na świat przyszedł sam Rocky. Jako nastolatek Bernie zmagał się z hormonami i lokalną policją, przyłączając się do kolejnych młodzieżowych gangów . Kiedy był w jedenastej klasie, 17-letni Hopkins zrobił co tylko mógł najgłupszego (nie, nie zaczął kibicować Bayernowi Monachium), czyli nie dość, że popełnił rozbój, to jeszcze dał się na nim złapać. Wcześniej trochę boksował i nawet wiązał z oklepywaniem swoich bliźnich pewne nadzieje, więc wyrok musiał dla niego zabrzmieć jak... wyrok - 18 lat pozbawienia wolności. W więzieniu Bernie zrobił wiele niepotrzebnych rzeczy, takich jak dyplom szkoły średniej i konwersja na islam. Tym, co jednak wciąż wychodziło mu najlepiej było obijanie paszczęk i defasonowanie fizysów innych ludzi - trzy razy został nawet więziennym mistrzem kraju w wadze średniej. Nie wiadomo, czy ze względu na wzorowe zachowanie, czy z obawy przed żelaznymi pięściami Hopkinsa wypuszczono na zwolnienie warunkowe w pierwszym, dozwolonym z prawnego punktu widzenia momencie - w roku 1988. Więzienie Bernie opuścił jako nowo narodzony człowiek, pragnący się odciąć od swojej mrocznej przeszłości . Nawet dziś, po latach wciąż wspiera finansowo i nie tylko finansowo wszelkie programy pomocy dzieciakom z filadelfijskich gett. Jest też twarzą miejskiej kampanii zwalczania narkotykowych i alkoholowych uzależnień wśród młodzieży.

Zaraz po wyjściu Hopkins przysiągł sobie, że do więzienia już nie nigdy nie wróci. Aby tego dokonać musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie. Oczywiście zamiast zostać sprzedawcą butów , Hopkins wybrał ciężką i usłaną rozbitymi łukami brwiowymi karierę boksera. Zgodnie z tym, co mu natura dała zaciągnął się w szeregi zawodników w wadze półciężkiej. Swoją pierwszą walkę, 11 października 1988 roku przegrał z nieznanym Clintonem Mitchellem. Nie będziemy się jednak na jego temat rozpisywać, bo mimo, że zawodnik ten był i wciąż pozostaje nieznany, to jakoś nam go nie szkoda. Mimo porażki Bernard zwrócił na siebie uwagę trenera Bouie Fishera, który wziął go pod swoje skrzydła. Po 16 miesiącach czujnego treningu pod okiem nowego coacha, Hopkins wrócił na ring już jako pięściarz wagi średniej.

Między rokiem 1990 a 1992 nasz mały bohater ciężko tyrał pięściami i łokciami, przebijając się niczym mała ciemnoskóra lokomotywa przez rankingi bokserskie. Stoczył w tym czasie 20 razy i za każdym razem zwyciężał. W pełni zapracował też na swój ringowy przydomek - "Kat" (The Executioner). Żeby było efektowniej do walki pokazując przeciwnikowi, że go zdekapituje. Statystyki pokazują, że nie żartował - aż 15 ze wspomnianych 20 walk wygrywał bowiem przez nokaut, z czego 11 razy posyłał rywala na deski już w pierwszej rundzie.

Kiedy jednak miał szansę po raz pierwszy wspiąć się na bokserski szczyt i sięgnąć po wakujący mistrzowski tytuł federacji IBF 22 maja 1993 roku, na jego drodze stanęła ściana. Ściana dla niepoznaki nazywała się Roy Jones Jr. (najlepszy pięściarz lat 90. według magazynu "Ring") i Hopkins przegrał z nią na punkty. Rok później Jones przeszedł do wyższej kategorii wagowej i średni pas IBF znów był do wzięcia. Kolejną szansę, by po niego sięgnąć dostali Hopkins i Ekwadorczyk Segundo Mercado. Nazwisko tego drugiego nieustannie śmieszy nas, gdyż w portugalskim i hiszpańskim znaczy dosłownie "Drugi rynek" (tak twierdzi ten z nas, który otarł się o Półwysep Iberyjski, a drugi mu wierzy). Faktycznie hopkinsowy rywal był trochę z lewego obiegu, bo mimo iż w pierwszym pojedynku posłał Hopkinsa dwa razy na dechy, to pozwolił Amerykaninowi zremisować. W rewanżu zaś nasz dzielny Bernie załatwił lewusa już w siódmej rundzie, sięgając wreszcie po wymarzony tytuł. Najwidoczniej bardzo się do niego przyzwyczaił, gdyż do 2000 roku bronił go 12 razy, czasem w dramatycznych okolicznościach, jak w czasie swojej drugiej walki z Antwunem Echolsem. Padając ofiarą zapaśniczego chwytu, Bernardinho uszkodził sobie w szóstej rundzie ramię. Sędzia stwierdził, że faul kwalifikuje się do dyskwalifikacji Echolsa i tym samym przyznania zwycięstwa Hopkinsowi. Ten jednak stwierdził, że chce walczyć dalej i nie dość, że wytrwał z bólem, to jeszcze zmasakrował przeciwnika używając niemal wyłącznie lewej ręki. Cała walka zakończyła się przez techniczny nokaut pretendenta w rundzie numer 10.

Był więc Hopkins nieposkromionym mistrzem świata, lecz stuknęło mu już 35 lat i powoli wszyscy zaczynali go wysyłać na sportową emeryturę. Tymczasem Bernard miał trochę inne zdanie. W kwietniu 2001 dorzucił bowiem do kolekcji pas federacji WBC, pokonując jednogłośnie na punkty Keitha Holmesa*. Do niekwestionowanego mistrzostwa świata w wadze średniej brakowało mu więc tylko tytułu WBA, którego posiadaczem był niepokonany Portorykańczyk - Felix "Tito" Trinidad. Ich wyznaczony na 29 wrzesień 2001 pojedynek poprzedzało ciągłe podgrzewanie atmosfery i obrażanie się obu pięściarzy. Szczytem była zaś sytuacja, gdy Hopkins znieważył portorykańską flagę. W końcu jednak obaj stanęli w ringu w Madison Square Garden. Pojedynek trwał 12 rund i skończył się tak:

Bernard Hopkins był więc pierwszym od 1987 supermegaturboprzemistrzem wagi średniej. Swych trzech pasów skutecznie bronił sześciokrotnie i jego walki były równie przewidywalne jak wyniki skoków narciarskich z Małyszem w optymalnej formie. Do jednego z najciekawszych pojedynków doszło w 2004, gdy na przeciwko Kata stanął Oscar de la Hoya noszący pas prestiżowej federacji WBO. W walkę wpakowano miliony dolarów i odpowiednio nagłośniono. Wszyscy fani pięściarstwa ostrzyli sobie więc zęby na ten pojedynek. Zakontraktowana na 12 rund walka potrwała tylko 9 i skończyła się w najgorszy z możliwych dla Złotego Chłopca sposób. To, że został pokonany nie było wielką niespodzianką, jednak nie dość, że pierwszy raz w karierze przegrał przez knockout, to padł po ciosie na korpus , konkretne idealnym uderzeniu pod prawy łokieć - wprost na wątrobę. Komentatorzy nazwali później tę sytuację "siekaną wątróbką w sosie a`la Hopkins". Po walce Bernrd wyglądał więc tak i miał w kolekcji więcej pasów niż Nelli i Jan Rokita kapeluszy. Żeby było ciekawiej jeszcze przed końcem 2004 obaj pięściarze zjednoczyli siły i Bernard został stanął na czele oddziału na Wschodnie Wybrzeże, należącego do Oscara Golden Boy Promotions. Ostatnią skuteczną obronę swej pasowej kolekcji Bernard zanotował na początku 2005 roku pokonując Howarda Eastmana.

Kolejnym rywalem czterdziestoletniego już Kata był niepokonany 26-latek Jermain Taylor. Walka trwała 12 rund i przed ogłoszeniem werdyktu żaden z zawodniku nie mógł być pewien swego. Dwóch z trzech sędziów uznało, że zwyciężyła młodość Hopkins został pozbawiony obciążenia w postaci mistrzowskich tytułów - zdaniem wielu ekspertów niesłusznie. Musiało więc dojść do rewanżu. Drugi odcinek miniserialu "Hopkins przegrywa z Taylorem" można było obejrzeć jeszcze przed końcem 2005. Tym razem werdykt był jednogłośny - znów na korzyść Jermaina i znów wywołał wiele kontrowersji. Po tej porażce wszyscy twierdzili, że Hopkins powinien odwiesić rękawice na kołku, nadrobić zaległości w "Modzie na Sukces", a w wolnych chwilach wyszukiwać młode talenty dla de la hoyowej firmy.

Były skazaniec po raz kolejny pokazał jednak, że na emeryturę się nie wybiera i na ring wrócił już po pół roku. Tym razem w wadze półciężkiej skrzyżował rękawice z pogromcą Roya Jonesa Juniora - Antonio Tarverem. Stawka w porównaniu z tym, o co wcześniej walczyli obaj bokserzy, nie była imponująca. Stanowiły ją niewiele znaczący pas IBO i równie marny, chociaż przyznawany przez fajnie się nazywającą federację - NBA. Publiczności dane było obejrzenie przypuszczalnie najbardziej jednostronnego pojedynku od czasu walki Brewster - Gołota. Różnicą było to, że pojedynek trwał pełne 12 rund, przez które Hopkins niemiłosiernie obijał rywala, by zdecydowanie zwyciężyć na sędziowskich kartach. Jak sam przyznał, w pojedynku z Tarverem chodziło o to, aby sprawdzić się w walce z trudnym przeciwnikiem. Podobnie było z ostatnią jak dotąd walką dziarskiego 42-latka. W lipcu 2007 mierzył się z byłym mistrzem, mającym na rozkładzie między innymi Shane'a Mosley'a i Trinidada - Winky'm Wrightem, który jak ostatnio odkryliśmy, ma na imię Ronald. Także i tym razem sędziowie nie mieli problemu i znów jednogłośnie zwyciężył Hopkins.

Kto będzie kolejnym rywalem bokserskiego dziadka, którego zdenerwować bardzo byśmy nie chcieli, nie wiadomo. Wśród kandydatów najczęściej pada nazwisko ulubionego boksera jednego z nas - niepokonanego Walijczyka, posiadającego pasy WBC, WBA i WBO w wadze super średniej - Joe Calzaghe'go. Czy do konfrontacji tych dwóch żywych legend boksu dojdzie - zobaczmy.

Jeśli przebrnęliście przez powyższy tekst, możecie się czuć bernardowo uświadomieni. I nie piszcie proszę, że Hopkins jest powszechnie znany, bo jak się sami boleśnie przekonaliśmy - nie jest. Choć zdecydowanie być powinien.

* Ciekawostka a la Andrzej Kostyra - jednym z sędziów tej walki był Tom Kaczmarek, ale nie wiemy co z tego wynika.