Czarne kwiaty, białe korzenie: Opowieść o odwadze i przetrwaniu.

W NBA jest aktualnie 30 teamów. W ciągu jednego sezonu przewija się przez te drużyny około 500 zawodników, większość z nich to czarni heteroseksualiści. Chcemy opowiedzieć inną historię, choć o czarnych heteroseksualistach też. Konkretnie: będzie o grupie koszykarzy, których los skazał na specyficzną diasporę między dwoma fajnymi miastami Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Prawdopodobieństwo przeniesienia się zawodnika Houston Rockets do New York Knicks wynosi 1:29. Biorąc pod uwagę, że wymiany pomiędzy dwoma konkretnymi klubami zachodzą średnio co 5 lat, prawdopodobieństwo to maleje do 1:145. Niby można dotrzeć do celu pośrednio, wcześniej zaliczając na przykład występy w 28 innych drużynach, ale w każdej ekipie jest około 15 zawodników, wobec czego szanse na ów transfer spadają do minimum. Jest rzeczą dla nas zagadkową i jednocześnie bardzo miłą, że liczby kłamią. W ciągu ostatniej dekady między naszymi ulubionymi zespołami NBA dochodziło do tak częstych transferów, że z byłych i obecnych zawodników i członków sztabu trenerskiego, mających za sobą występy w Rockets i Knicks, dałoby się stworzyć nową drużynę, drużynę dzielnych mężczyzn, drużynę z bajki, drużynę z wioski smerfów na przykład, ze Smerfetką włącznie. Zaczynamy:

Dikembe Mutombo (Papa Smerf) - Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy to się zaczęło. Podczas jego sportowej kariery zmarło i urodziło się kilka miliardów ludzi, kilkuset smerfów, pare tysięcy aligatorów amerykańskich. Powstało także kilka nowych systemów politycznych, nowe supermarkety, biblioteki, muzea, kilka niezłych płyt, jeden kicz. Dikembe wciąż nadzoruje wioskę smerfów i grosi im palcem, gdy są niegrzeczne. Jego matuzalemowa wiedza i pieniądze zarobione na sztuczkach magicznych (m.in. w Houston i New Yorku) sprawiają, że smerfom żyje się lepiej. Pociechy z rodzinnego Kongo dzięki Papie posiadają kilka nowoczesnych szpitali, parę szkół i domki drewniane.

Jeff van Gundy (Ważniak) - Aktualny trener Rockets nigdy nie trzymał języka za zębami, za co obrywał zarówno od Gargamela (komisarz NBA, David Stern), jak i od innych smerfów. Gdy w Nowym Jorku go przestali lubić, przez jakiś czas komentował mecze dla TNT, ale tam też nie zagrzał miejsca. Zawsze uważał, że najlepszym atakiem jest obrona, a w studiu, ze swą niewyparzoną gębą, nie czuł się bezpiecznie. Jakiś czas temu dostał rekordową karę 100 tysięcy dolarów za brzydkie zachowanie w stosunku do koszykarskich wyroczni. Mówi się, że będzie odpracowywał tę sumkę zbierając w Norwegii smerfo-jagody.

Moochie Norris (Śpioch) - Jak myślicie? Jaka przypadłość może wyeliminować Śpiocha z gry w sezonie zasadniczym NBA? Tak właśnie, bezsenność. Wprawdzie zdarzyło mu się to, gdy grał w Seattle Supersonics, ale broniąc barw Rockets i Knicks również cierpiał na podobne schorzenia. A gdy już zapadał w sen, świat dla niego przestawał istnieć, tracił głowę, o czym nawet nagrano fajną piosenkę , a później budził się z taką fryzurą:

Maurice Taylor (Osiłek) - Na hebanowcu rosnącym nieopodal jego domu, w biednej dzielnicy wioski smerfów, mały Maurycy wyrył kiedyś scyzorykiem frazę "kocham kulturystykie" i po chwili zastanowienia dopisał "i matkie". Wyrósł na niezwykle silnego smerfa, takiego co drwa narąbie i wody przyniesie, a i piłkę zbierze i przepchnie rywala pod koszem. Podczas kariery wykonał już 1069 pchnięć, przejął kilka odtwarzaczy mp3 i zebrał 180 gorących oklasków.

Clarence Weatherspoon (Pracuś) - Podkoszowa złota rączka. Choć jest wiele wyższych i silniejszych smerfów, to Clarence zawsze radził sobie świetnie dzięki wrodzonemu sprytowi i wytężonej pracy w domu i na treningach. Uczyniło go to smerfastycznym zbierającym, który mimo ułomności, potrafił odnaleźć się w świecie podkoszowych Pasibrzuchów.

Othella Harrington (Harmoniusz) - W innym, lepszym świecie, mógł w afekcie mordować białe Desdemony, jednak nasz Otello urodził się jako chorowity nadwrażliwiec, któremu wszystko grało. Przez pewien czas nie rozstawał się z trąbką. Jako rezerwowy Knickerbocker często wprawiał w zakłopotanie swoich partnerów z wyjściowej piątki, którzy tracili piłkę próbując podać do Harringtona. Myśleli, że Othella gra z nimi, a to echo grało...

Steve Francis (Smerfetka) - Tak jak Izolda, czeka na swego Tristana, którego złe moce porwały z wioski smerfów. Żeby historia skończyła się happyendem, do drużyny New York Knicks musi przybyć Cutino Mobley, rzucający obrońca, którego Smerfetka pokochała grając przed laty u jego boku w Houston Rockets. Bez niego nasza amazonka jest smutna, a w męskiej lidze nie daje rady.

Glen Rice (Laluś) - nie jest rodziną Condolizze, ma z nią tyle wspólnego, co każdy inny metroseksualny Afroamerykanin: wydepilowaną klatkę piersiową i szal z lisa na zimową porę. Jako zapalony narcyz, zwykł przeglądać się we wszystkim, co błyszczy: lustro napoju energetyzującego, pole trzech sekund, oczy Cristiny Fernandez - pięknej prezenterski NBA TV.

Kelvin Cato (Poeta) - Zapisał na swoim koncie niezliczoną ilość bloków i dolarów amerykańskich, zapisał także karty dwóch książek dla dzieci. Debiutował opowieścią "H.O.O.P." (Help Out Other People), której kontynuacją był "T.E.A.M.W.O.R.K." (nawet nie próbujemy zgadywać). Ma ponoć w planach literacki remake powieści Henryka Sienkiewicza "W. P.U.S.T.Y.N.I. I. W. P.U.S.Z.C.Z.Y.".

Vin Baker (Smerf Smok) - Cóż można powiedzieć Podobno nie ma takiego frazeologizmu: "pić jak smok". Jednak nie od dzisiaj wiadomo, że Vin wymyka się wszelakim konwencjom. W tym tygodniu nasz bohater pił paprykówkę, czego następstwem było zianie ogniem...

Zawodników, którzy grali zarówno w Houston, jak i w Nowym Jorku miało być tylu, by uzbierać z tego wioskę smerfów. Właśnie sobie uświadomiliśmy, że to smerfy nam się skończyły. A mamy jeszcze w zanadrzu takie perełki, jak Mark Jackson (pastor, przywiązujący do sznurówek obrączkę ślubną z miłości do żony), Pat Ewing (kultowy center Knicks, który ostatnio szkolił środkowych w Rockets), Shandon Anderson, Charlie Ward i biała nadzieja biało-czerwonych, Maciek Lampe, który u nas również grzeje ławę. Cóż. Musi chyba poczekać na felieton o 101 dalmatyńczykach.

Czarne na białym

"Materazzi przebacza Zidane'owi" - taka oto wiadomość pojawiła się w tym tygodniu w serwisach sportowych. My także naturalnie spieszymy ją odnotować. Cieszymy się, że chłopcy nie mają już do siebie żalu, że ich gorące głowy i owłosione klatki piersiowe zapomniały o sprawie. Włoski obrońca mówi: "Już mu przebaczyłem, nie mam nic do niego. Drzwi mojego domu są dla niego zawsze otwarte." Niby wszystko pięknie, ale radzimy Materazziemu to ostatnie zdanie przemyśleć...

Amerykańska liga zawodowa piłki koszykowej straciła co prawda barwnego Vina Bakera, ale ligowe życie nie uznaje nudy. Bulwarowy portal internetowy MediaTakeOut donosi, że jeden z prominentnych koszykarzy New Jersey Nets wyjawił swoim najbliższym, że jest gejem. Źródło nie podaje szczegółów zasłaniając się obawą przed pozwaniem na drogę sądową, twierdzi jednak, że jest to Afroamerykanin, bywał w przeszłości widywany z pięknymi kobietami (raczej skośnookimi), a jego dobrym znajomym jest Tyson Beckford . Zabawiliśmy się w detektywów i wszystko wskazuje na to, że smerfetką w drużynie New Jersey jest Richard Jefferson. Jeden z autorów felietonu jest fanem New York Knicks (odwiecznych rywali Nets "zza miedzy") i według niego Richard powinien się również przyznać do niemieckiej babci i dziecka spłodzonego z Anetą K.

Rozgrywane w Szwecji Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej kobiet stały się areną, nie tylko ogromnych emocji sportowych, ale i eksplozji uczuć międzyludzkich, niespodziewanie nawiązujących do poprzedniego ustępu. Gro Hammerseng, kapitan reprezentacji Norwegii, która pokonała w piątek drużynę polską 32:21, zadedykowała to spotkanie poważnie kontuzjowanej w poprzednim meczu Katji Nyberg: "Po nieprzespanej nocy i wielogodzinnym płaczu grałam ze złamanym sercem. Katja to moja partnerka życiowa i jej kontuzja sprawiła mi wielki ból psychiczny. Dlatego też starałam się dać z siebie wszystko. Dla Katji i drużyny". Fani New Jersey Nets powinni życzyć jak najgorzej mężczyźnie życia Richarda Jeffersona.

Tymczasem w Eurolidze koszykarzy drużyna Marcina Gortata RheinEnergie Koeln, przegrała z Olympiakosem Pireus 81:88. Polak rozegrał jednak znakomite zawody, zaliczając 17 punktów, 5 zbiórek i 3 bloki. Parę dni później, w meczu ligi niemieckiej z Bayer Giants Leverkusen (wygranym 82:77) uzyskał 12 pkt, miał 9 zbiórek, 4 bloki i asystę. To kolejne świetne mecze Gortata w tym sezonie i coraz śmielej mówi się o jego szansach na grę w NBA. Przypominamy, że w 2005 roku został wybrany w drafcie przez "Magików" z Orlando i w tym roku był blisko podpisania kontraktu po dobrych występach w lidze letniej. Mamy nadzieję, że Marcinowi uda się w przyszłym sezonie zakotwiczyć w Orlando. Polska potrzebuje nowego "Magika" .

Alkohol i kobiety wymienia Kimi Raikkonen jako główne zagrożenia dla kariery Roberta Kubicy. Śmiesznie to brzmi, znany z hulaszczego trybu życia, następca Michaela Schumachera w teamie Ferrari, nie jest najlepszym przykładem męczennika kariery sportowej. Po tym jak zapytany o Polskę wymienił nasze najważniejsze symbole narodowe (Małysz, Dudek, Kuszczak, Jędrzejczak), pomijając jedynie JP2 i oscypka, dodał: "Jestem także zapalonym kibicem skoków narciarskich. Sześć lat temu nawet sam oddałem jeden skok, na skoczni K-35". Nie zdradził ile razy w czasie lotu lądował w pitstopie, czy skakał w slickach, ani czy zamierza dać swojemu synowi na imię Sokrates .

Komu kwiat a komu korzeń?

"Gdybym nie został piłkarzem, być może zająłbym się malowaniem. Być może jeszcze kiedyś zostanę malarzem, bo nadal uwielbiam rysować." - wyjawił dziennikarzom David Beckham. Nie wiemy jak Wy, ale my nie możemy już się doczekać zakończenia kariery boskiego Becksa. Możliwość obejrzenia jego obrazów byłaby czymś niesamowitym - zostałby zapewne malarzem o najbardziej podkręconym pociągnięciu pędzlem w historii. Na zachętę wręczamy słonecznika, a nawet cały pęk.

"Nauczyłem się gotować w wieku 17 lat, kiedy mieszkałem sam w Manchesterze. Przez 5 lat sam dla siebie gotowałem. Teraz uwielbiam gotować dla mojej rodziny i przyjaciół, więc byłbym zachwycony, gdyby w tym roku pod choinką znalazło się kilka garnków albo patelnia" - wyznał innym dziennikarzom ten sam David Beckham. Widać, nie musimy martwić się o emeryturę pomocnika Realu Madryt. Jeśli nie wyjdzie mu z malarstwem, obsadzamy go w roli Roberta Makłowicza (albo, od biedy, w roli Pascala Po-prostu-gotuj'a). David gotowałby na stadionach piłkarskich całego świata, a gotowe danie posyłałby z firmową precyzją w pole karne, wprost na głowy wygłodniałych napastników. Chcąc się przyczynić do skompletowania kucharskiego ekwipunku, serwujemy Beckhamowi pietruszkę, marchewkę i zestaw przypraw korzennych.

***************************

Teksty "Czarne kwiaty, białe korzenie" spółki spiro&kostrzu co poniedziałek w serwisie, a więcej w tym klimacie na sokratesljoekelsoey.blox.pl