Siedmiu włoskich piłkarzy, za którymi tęsknię

Nigdy nie byłem wielkim fanem Włochów. Wprost przeciwnie - tak się jakoś składa, że zwykle kibicuję ich przeciwnikom. Za kilkoma postaciami z błękitnej reprezentacji tęsknię jednak niczym licealista za pierwszym dniem wiosny.

Franco Baresi

Tak jak dzieci uspokaja muzyka Mozarta i takie nakręcane pozytywki przykręcane do łóżeczka, tak mnie uspokajał widok Franco Baresiego. Człowiek, który w Milanie występował przez niemal dwie dekady, a pewnym punktem Squadra Azzura był przez lat dwanaście. I to właśnie on pomylił się podczas wykonywania jedenastki w finale MŚ 1994...

Daniele Massaro

''Mamma mia Massaro!'' - ten okrzyk włoskiego komentatora podczas MŚ 1994 wrył mi się w pamięć bardziej niż tabliczka mnożenia. Zdawało mi się wówczas, że ten snajper to fundament kadry, dziennikarski pieszczoch i człowiek, bez którego ani rusz. Massaro właśnie strzelił bramkę Meksykowi, a to, że w innych sytuacjach fatalnie pudłował - cóż, życie. Później dopiero okazało się, że wszystko co najlepsze w swej karierze Massaro ma już za sobą. W kolejnym sezonie w AC Milan zdobył już tylko trzy gole i pożegnał się z klubem, by zwiedzać Azję.

I co dzisiaj ma krzyczeć włoski komentator? ''Mamma mia Cassano''? Słabe.

Gianfranco Zola

168 centymetrów wzrostu. Uśmiechnięta twarz żaby Kermita. I fenomenalna technika. W reprezentacji kompletnie niespełniony. Posiadacz jednej z najbardziej absurdalnych czerwonych kartek w historii mistrzostw świata i bohater jednego z bardziej poruszających aktów żalu po jej otrzymaniu.

Szkoda, że dziś nie zagra. Mógłby przebiegać niemieckim defensorom między nogami.

Fabrizio Ravanelli

Dziś kolor jego włosów na nikim nie zrobiłby wrażenia, ale w burych początkach lat dziewięćdziesiątych siwosrebrny połysk jego czupryny sprawiał, że kojarzył go każdy chłopak z podwórka. W kadrze Włoch Ravanelli jest równie niespełniony jak Zola i zastęp innych świetnych napastników. Na osłodę zostaje uwielbienie w ojczyźnie i zastrzeżona ksywka ''Srebrny Lis''.

Gianluca Pagliuca

Arogant i kobieciarz, zawsze pewny siebie król Bolonii. Między słupkami stawiał się zwykle z odpowiednią dozą brylantyny na włosach i z połyskującym łańcuszkiem na piersiach. Ujął mnie, gdy całował słupek, który uchronił go przed stratą gola w finałowym meczu z Brazylią podczas MŚ 1994. Pagliuca był lekiem na niepewną obsadę bramki Włochów, choć nie brakowało mu oponentów. Polską sympatię do niego wzmacnia również to, że nie przeszkodził on Legii w 1991 roku w wyeliminowaniu Sampdorii Genua.

Angelo Di Livio

embed

Tup, tup, tup. Gdy podczas meczów Włochów dało się słyszeć delikatny tętent na boku włoskiej pomocy, to był to z pewnością tupot małych stópek Angelo Di Livio. Tyleż nieefektowny, co efektywny. Jego praca ginęła gdzieś w tłumie ufryzowanych głów jego kolegów. Mały żołnierz i wielki zadziora.

Stefano Fiore

Wzdychała do niego połowa moich koleżanek z klasy, a i ja nie ukrywam, że byłem pod wpływem jego dynamiki i umiejętności technicznych. Fiore dryblował jak młody bóg i uderzał jak Hefajstos. Gol z Belgią na EURO 2000 - palce lizać.

Fiore pokazał się w Parmie, błyszczał w Udinese, a w Lazio był już gwiazdą. Potem przeszedł do Valencii i... jak wiemy to nie był dobry krok. Chętnie popatrzyłbym jak dzisiaj radzi sobie z Niemcami.

Przemysław Nosal

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU