Co wkurza przed Euro

Po latach oczekiwania w końcu jesteśmy tuż przed Euro. Niecierpliwie czekam na rozpoczęcie największej piłkarskiej imprezy na polskich ziemiach od czasu meczu Jagiellonii Władysławowo z Bayernem Jungingen w 1410 roku, ale jest kilka rzeczy, które to czekanie od jakiegoś czasu skutecznie uprzykrzają.

Epidemia remontów

Jednym z największych plusów Euro jest niewątpliwie infrastruktura. Nowe drogi, dworce czy wyremontowane ronda pozostaną jeszcze długo po mistrzostwach i będą służyć wszystkim, nie tylko kibicom. Tyle tylko, że mam dziwne wrażenie, że odpowiedzialni za nie ludzie jakiś czas temu zorientowali się, iż o czymś zapomnieli i tym czymś okazały się remonty w miastach. W efekcie wszystkie duże roboty zaczęto praktycznie naraz i zamiast utrudniać ludziom życie po trochu, postanowiono całość zrobić jednocześnie, skutecznie paraliżując komunikację. Dzięki temu na przykład w Poznaniu przejechanie z jednego końca miasta na drugi zajmowało około tygodnia, a korki, jakie się tworzyły widziane były z kosmosu i zawstydziły nawet Nowy Jork. Nie mówiąc już o tym, że rozkopane miasta wyglądały jak po bombardowaniu i jeśli ktoś akurat chciał kręcić ekranizację ''Rzeźni numer pięć'' albo ''Fallouta'', to mógł zaoszczędzić krocie na scenografii, organizując plan w którymś z miast-organizatorów.

Marudy

Kiedy ogłoszono przyznanie Euro Polsce i Ukrainie, swoją reakcję wyraziłem słowami, które nie nadają się do publikowania przed 22:00, a w języku komiksów wyglądałyby mniej więcej tak

fot. Z Czubafot. Z Czuba fot. Z Czuba

Ale po chwili doszedłem do siebie, uznając że skoro już nawarzyliśmy sobie tego piwa, to teraz trzeba postarać się, żeby jak najbardziej nam smakowało, gdy będziemy je pili. Tymczasem niektórzy uparli się, żeby dolewać do niego dziegciu a może nawet soku, uznając, że krytykowanie Euro jest alternatywne, a więc paradoksalnie modne i trzeba na nie psioczyć w każdy możliwy sposób, przedstawiając je jako drastyczny koniec świata, jaki znamy. Według nich wszystkie inwestycje są bez sensu, nic nie będzie działać, piłka nożna to narzędzie szatana, a w ogóle to czeka nas najazd zdeprawowanych kiboli, którzy będą burzyć domy i pożerać ich mieszkańców. A tak przecież (chyba) nie będzie. W końcu niejedno państwo organizowało już Mistrzostwa Europy i jakoś nadal stoi. I ten nieszczęsny wypadek z Atlantydą na Euro 8500 p.n.e. o niczym nie świadczy.

Wymuszony Euroszał

Jedną z rzeczy, które najskuteczniej obrzydzają mi święta jest ich wszechobecność zaczynająca się przeszło miesiąc wcześniej. I coś takiego mamy przy okazji Euro, ale pomnożone przez co najmniej 2012. Od wielu tygodni mistrzostwa wychodzą z każdego zakamarka, czają się za każdym rogiem i wyskakują spod każdego dywanu. Praktycznie każda reklama w telewizji, radiu, gazecie czy na billboardach nawiązuje do Euro, a jeśli nie może tego robić wprost, to przynajmniej ma elementy piłkarskie. W sklepach pojawiły się zaś takie twory jak ''kiełbasa piłkarska'', ''futbolowe ciasteczka'', a jakby dobrze poszukać, to pewnie znajdą się nawet ''podpaski kibica''. Wszystko to sprawia, że człowiek może mieć dosyć Euro już przed pierwszym gwizdkiem.

Andrzej Bazylczuk

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU