Komu kibicować w finałach Pucharu Stanleya?

Wiemy już wszystko, a raczej prawie wszystko. Czyli mówiąc językiem zrozumiałym dla laików - znamy już finalistów Pucharu Stanleya. Skład serii decydującej o najważniejszym klubowym trofeum w hokeju, która rozpocznie się w nocy ze środy na czwartek jest totalnym zaskoczeniem, albowiem zmierzą się w niej Los Angeles Kings i New Jersey Devils.

Pokaż jak kibicujesz i wygraj nagrodę - weź udział w konkursie

Łukasz: Dlaczego będę kibicował Devils?

Lubię New Jersey Devils. Co bierze się chyba z faktu, że trochę im też współczuję. W 1995, 2000 i 2003 zdobywali Puchar Stanleya, ale i tak mają problemy z wypełnieniem hali i cały czas krążą dowcipy o treści ''Apelujmy do wszystkich fanów New Jersey Devils. Wszystkich trzech fanów New Jersey Devils''. Kiedyś nawet doznałem szoku, kiedy mieszkańcy New Jersey tłumaczyli mi, że zamiast na ''Diabły'' jeżdżą na mecze Islanders, bo to przecież ''nowojorska drużyna ze wspaniałego Nowego Jorku''. Szkoda tylko, że od lat beznadziejna, z sypiącą się halą i fatalnie zarządzana, w przeciwieństwie do niemal co roku groźnej ekipy z ich własnego stanu.

Poza tym dobrze życzę Martinowi Brodeurowi. Ma już 40 lat i miliardy rekordów na swoim koncie. Został wybrany przez Devils w drafcie 22 lata temu i od tego czasu pozostaje im wierny, co w NHL jest taką rzadkością jak Sławomir Peszko na premierze operowej. W tym sezonie wszyscy spodziewali się, że w playoffs rozsypie się ze starości (''wszystkich'' upewniło w tym to, że podczas serii z Panthers musiał zostać ściągnięty z lodowiska), ale ostatecznie poprowadził swój zespół do wielkiego finału we wspaniałym stylu. Marty to jest gość.

Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało Los Angeles Kings, jak sama nazwa wskazuje, są z wielkiej metropolii Los Angeles. New Jersey to z kolei obiekt żartów w całych Stanach jako jedna z największych dziur, do jakich może trafić człowiek. Siedziba Devils znajduje się w Newark, które ma zaledwie ponad 200 000 mieszkańców. Sami Kingsi z kolei, po wyeliminowaniu we wspaniałym stylu kolejno numeru 1 na Zachodzie (Vancouver Canucks, 4:1), numeru 2 (St. Louis Blues, 4:0) oraz numeru 3 (Phoenix Coyotes, 4:1) stali się niespodziewanie faworytami do zdobycia Pucharu Wszystkich Pucharów. A Z Czuba, jak wiadomo, z racji bycia Z Czuba kibicuje tym mniejszym, słabszym i niedocenianym.

Andrzej: Dlaczego będę kibicował Kings

LA KingsLA Kings fot. Internet

Jeżeli jakiś reżyser chciałby nakręcić film o zespole, który przez lata nie może niczego osiągnąć, to wystarczy, żeby zapoznał się z historią Los Angeles Kings. Hokejowa ekipa z LA jest jedyną obok St. Louis Blues drużyną, która w NHL gra już 45 lat, a nigdy nie sięgnęła po mistrzostwo. Wszystkie znaki na niebie, ziemi, a przede wszystkim na lodzie wskazywały, że teraz będzie podobnie, ale Kings pokazali wszystko, co w sporcie jest najpiękniejsze. Zespół, który wszedł do playoffs z ostatniego miejsca w Konferencji Zachodniej wysłał na wakacje najlepszych w sezonie zasadniczym Vancouver Canucks, potem bez żadnej porażki odprawił rozstawionych z numerem dwa Blues, a drogę do finału zakończył eliminując ''trójkę'' w postaci Phoenix Coyotes. Wszystko to przy wręcz nieprawdopodobnym bilansie 12-2. Tak, zespół, który w sezonie zasadniczym wygrał ledwie 40 z 82 gier, przez playoffs idzie jak skrzyżowanie kucyka Stevena Seagala z półobrotem Chucka Norrisa i zamyślonej miny Michaela Dudikoffa.

Michael DudikoffMichael Dudikoff fot. Internet

Dzięki temu dostał się tam, gdzie był tylko raz, kiedy w 1993 do finału prowadziła go grupa graczy będących dziś legendami hokeja jak niesamowity Wayne Gretzky, najlepiej punktujący lewoskrzydłowy w historii NHL Luc Robitaille, fińska maszyna do poniżania przeciwników Jari Kurri, jeden z najlepszych obrońców jacy śmigali po zaoceanicznych taflach Paul Coffey czy zaczynający wówczas karierę Czech Robert Lang. Wtedy wypchani gwiazdami Kings byli jednymi z faworytów do mistrzostwa (finał przegrali z Montreal Canadiens), dzisiaj nikt nie spodziewał się, że zajdą tak daleko. W zasadzie to nie spodziewano się, że zajdą gdziekolwiek. Trudno więc nie ściskać kciuków za drużynę, która przed każdym meczem skazywana była na porażkę, a po każdej ostatniej syrenie wprawiała wszystkich w zdumienie, a swoich fanów w ekstazę.

No i Los Angeles Kings to obok Anaheim Ducks jedyna drużyna, którą wspólnie z Łukaszem, jako przedstawiciele Z Czuba, mieliśmy okazję oglądać na żywo. Udało nam się wtedy pogadać ze wspomnianym Lucem Robitaillem i zobaczyć, że Anze Kopitar jest nie tylko jednym z najśmieszniej wyglądających ludzi świata, ale też niesamowitym hokeistą, którego nazwisko świetnie wyglądałoby wygrawerowane na Pucharze Stanleya.

Andrzej Bazylczuk&Łukasz Miszewski

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU

Puchar Stanleya zdobędą...
Copyright © Agora SA