Przypomnijmy, jak miało być pięknie. Wielkie indyjskie koncerny rzuciły kasą, więc do tego ludnego kraju zaczęli ściągać piłkarscy emeryci. Każdy ze startujących klubów mógł sobie na aukcji kupić niewolnika trenera i flagowego zawodnika. Tym sposobem zlicytowano Hernana Crespo (Barasat Euro Musketeers), Fabio Cannavaro (Bengal Tuskers), Robbiego Fowlera (Kolkata Camelians), Roberta Piresa (Manchester Howrah), Jay-Jay Okochę (Durgapur Vox Champions) oraz Juana Pablo Sorina (Haldia Heroes).
Start rozgrywek zaplanowano na 25 lutego. Kiedy jednak zbliżyła się godzina zero szefowie ligi orzekli, że... nie są jeszcze gotowi. Dokładniej - stadiony nie są jeszcze gotowe. Kierownik całego przedsięwzięcia, Dharamdutt Pandey, powiedział wówczas:
Brzmi znajomo?
Otwarcie rozgrywek przesunięto więc o miesiąc. Bengalskie Premier League Soccer miało wystartować 24 marca. Czyli jutro. Wiemy jednak, że jutro również ono się nie zacznie. Dharamdutcie Pandeyu, co ty na to?
Brzmi znajomo?
Wniosek? Nie ma boisk, nie ma telewizji, nie ma niczego wojsko na ulicach . Są tylko podstarzali zawodnicy. I Dharamdutt Pandey, którego widzę jako kolejnego rzecznika prasowego PZPN. Przypomina się żart z brodą o rolniku, który wyjeżdża kombajnem na żniwa na swoje pole, po czym bije się w czoło i wyje: "Kurde, zapomniałem zasiać!".
Zobacz także wcześniejsze teksty o lidze indyjskiej:
Ile warci są dla Hindusów piłkarscy emeryci?
Przemysław Nosal