Iker Casillas/Joe Hart (niepotrzebne skreślić) padają na ziemię trzymając się za głowy. Na boisko wpada zaalarmowany sztab medyczny i zaczyna myć bramkarzom włosy, ci uśmiechają się błogo, a wszystkim dookoła robi się bardzo nieswojo.
Dobra, posuńcie się chłopcy, Emil Hegle Svendsen pokaże wam jak się reklamuje szampon przeciwłupieżowy.
Był taki czas, że Fernando Torres, motywowany przecież jak najszlachetniej, nie odmawiał żadnemu wujkowi/sąsiadowi/koledze szwagra, udziału w niskobudżetowym spocie reklamującym, dla przykładu, salon fryzjerski albo szkołę tresury psów. Wychodził, mówił "Hola, soy Fernando Torres", a potem było już jak na kanale "Mango Telezakupy" w porze najniższej oglądalności.
Stoisz sobie spokojnie w supermarkecie, wsypujesz cukierki do torebki, gdy WTEM, napadają na ciebie wyżelowani, odziani w garniaki rodem z sequela Men-In-Not-So-Black, norwescy piłkarze i zaczynają rapowaną śpiewogrę z zapędzaniem na stoisko z owocami, co ma cię przekonać, że rzeczone owoce są spoko.
Ratunku, zabierzcie nas stąd.
Tak, wiemy, przepraszamy, już nie dacie rady tego odzobaczyć, a tym bardziej odsłyszeć - "czupa czups ty wsiegda samnoj, czupa czups wsiegda bieru s saboj", i tak na zapętleniu, do końca życia.
Tak, zgadza się, generalnie reklama ta polega na tym, że poszczególni piłkarze Manchesteru United robią "gulp, gulp, gulp", a potem mówią coś po japońsku.
Jorge kocha Luisa, ale Luis porwany namiętnością zaprasza do domu Antonia. Pijany szałem zazdrości Jorge wpada do mieszkania, gdzie okazuje się, że Antonio jest tak naprawdę przybranym bratem mlecznej siostry Javiera Hernandeza, który wychodzi ze zdjęcia na ścianie, żeby obwieścić Luisowi, że ojciec tej matki kochał całe życie jego szwagierkę, Jorge nie ma więc powodów do zazdrości o Fifę 14. Czy jakoś tak.
Cheerleaderki z Trójmiasta, dżolerowate gesty, profesjonalny biczfejs - tak, jesteśmy pewni, że "Giorgi" to marka dla prawdziwych mężczyzn.
Doceniamy dystans po słynnej wtopie z wybuchem na konferencji prasowej i "trenowaniem po szopach", ale zły rap jest zły i nic tego nie zmieni.
Generalnie plot jest taki, że zmysłowa muzyka, długonoga blondynka, romantyczny spacer i facet, który po tym wszystkim wącha kabanosy w samochodzie.
To jest już taki klasyk, że aż szkoda nam go umieszczać w tym zestawieniu, ale też przecież to zestawienie absolutnie nie może się obejść bez takiego klasyka. Zwłaszcza, że jak na klasyk przystało, był też sequel, który, co nie jest znowu taką prawidłowością, był jeszcze lepszy od oryginału, w dużej mierze za sprawą oscarowej kreacji człowieka-imbryka.
Król grodzeń jest tylko jeden.