Kuba Przygoński: wykorzystaliśmy już chyba limit szczęścia

Na długim, ponad 500-kilometrowym odcinku specjalnym 12. etapu rajdu Dakar Kuba Przygoński i Tom Colsoul (Mini) uzyskali ósmy czas i w klasyfikacji generalnej utrzymali szóstą pozycję.

Czwartkowa próba miała stanowić drugą część ekstremalnego etapu maratońskiego dla motocyklistów i zawodników na quadach. Jednak z powodu trudnych warunków panujących na zaplanowanej trasie organizatorzy początkowo skrócili odcinek specjalny, a po konsultacjach z zawodnikami postanowili go całkowicie anulować.

Zgodnie z planem rywalizowały za to załogi samochodowe, które po serwisie i noclegu w Chilecito oraz 270 km dojazdówki wystartowały na bardzo długi, bo liczący 523 km OS. Kluczem do przetrwania dnia i uniknięcia potencjalnych problemów było precyzyjne trzymanie się wskazań roadbooka. Wszyscy uczestnicy rajdu Dakar spotkali się na biwaku w San Juan, skąd w piątek wystartują do przedostatniego etapu

- Wykorzystaliśmy już chyba limit szczęścia, przewidziany na tegoroczny Dakar. Mieliśmy wielką przygodę - na szutrowej drodze, przy 180 km/h na godzinę pojawił się nagle zakręt 90 stopni, nie byliśmy w stanie wyhamować samochodu i całe szczęście i spadliśmy z około 5 metrów. Trochę straciliśmy, ale najtrudniej było nam wrócić na trasę. Na szczęście to się udało - mówił Kuba Przygoński po 12. etapie Rajdu Dakar.

Polak dojechał na ósmej pozycji i utrzymał szóstą lokatę w klasyfikacji generalnej rajdu.

Po emocjonującym pojedynku etap wygrał Katarczyk Nasser Al-Attiyah (Toyota), odnosząc trzecie zwycięstwo w tym roku i 28. w swojej karierze. Francuz Stephane Peterhansel (Peugeot) był drugi i stracił 2 minuty. Trzeci ze stratą 4,5 minuty dojechał pochodzący z RPA Giniel de Villiers (Toyota).

- Po dwunastu dniach ścigania wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni i szczególnie odczuwamy niedobór snu. Zostały nam jednak tylko dwa dni i musimy to przetrwać, a zwłaszcza jutrzejszy, ponad 900-kilometrowy etap, na którym może się dużo wydarzyć - dodał Przygoński.

W piątek na zawodników czeka przedostatnia próba z metą w Cordobie. Może się wydawać, że to już prawie koniec, ale uczestnicy muszą zachować czujność, bo na tym etapie rajdu można łatwo zaprzepaścić wysiłek z dwóch ostatnich tygodni. Po pokonaniu wydm w okolicach San Juan zawodnicy wjadą na tereny pokryte uciążliwym i znienawidzonym fesz feszem. Ta zmielona skała o konsystencji mąki wzbija się w powietrze przy najmniejszym ruchu, ogranicza widoczność do zera oraz wdziera się do wnętrza pojazdów i pod gogle. W tych trudnych warunkach motocykliści pokonają 424 km, a samochody 369 km odcinka specjalnego. Wszystkich czeka długi dzień i do pokonania ponad 900 km łącznie z dojazdówkami.