Jakub Przygoński: Dakar to taki rajd, w którym nie celuje się w miejsce

- Będziemy szukać granicy osiągów, ale oczywiście w taki sposób, by samochodu nie uszkodzić. Na pewno moim celem jest, żeby być wyżej niż to siódme miejsce - mówi Jakub Przygoński, jedyny polski kierowca w Rajdzie Dakar. Impreza zaczęła się w sobotę 6 stycznia w Limie.

Michał Owczarek: Odliczasz godziny to startu?

Jakub Przygoński: Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby presję od siebie oddalać i jak najmniej dni żyć w tym startowym stresie. Nie odliczam godzin, czy dni. Wiem, że Dakar się zbliża, ale rozmyślanie o nim nie jest konieczne. Koncentruję się na działaniu.

A organizm już sam z przyzwyczajenia daje znać, że to ten czas? W końcu to Twój dziewiąty start w Dakarze.

- Pod skórą to już faktycznie ten Dakar czuję. Tych startów już trochę za mną jest. Organizm wie, co go czeka w styczniu i się do tego przygotowuje. Cieszy mnie to, że tuż przed startem Dakaru są święta Bożego Narodzenia. To dobry moment, żeby się wyciszyć, pobyć z najbliższymi. To na mnie świetnie działa.

Coś w przygotowaniach do tego startu zmieniłeś w porównaniu z poprzednimi latami?

- W tym roku największą zmianą było to, że zrobiliśmy bardzo dużo kilometrów testowych autem, którym będziemy startować. To zawsze jest ważne i potrzebne. Starty w Pucharze Świata na pewno dały nam prędkość i doświadczenie. Startowałem też w rajdach płaskich, dzięki czemu nauczyłem się robić opis rajdowy, bo niektóre odcinki na Dakarze są niemalże identyczne jak w rajdach WRC. O wiele więcej pracy włożyłem też w przygotowanie fizyczne. Czuję się dużo silniejszy. Wiele godzin spędziłem również w symulatorze, co jest teraz niezbędne.

Rok 2017 był dla Ciebie udany: siódme miejsce na Dakarze, drugie miejsce w mistrzostwach świata w cross-country, mistrzostwo Polski w drifcie. To buduje pewność siebie przed kolejnym startem w Ameryce Południowej?

- Ten sezon był po prostu super! Jestem z niego naprawdę zadowolony, bo przybyło mi kilka naprawdę dobrych startów, wszystko układało się po naszej myśli i mamy na koncie wręcz perfekcyjny sezon. Na pewno dzięki temu czuję się o wiele pewniej. Przed rokiem myślałem, że mam dobre tempo, ale teraz jest jeszcze lepiej i szybciej. Czuję moc i widać to na stoperze. Dla mnie Dakar kończy de facto sezon startów. Cały rok pod ten rajd mam podporządkowany, to jest cel moich przygotowań.

Mówisz, że czujesz się pewniej za kierownicą. Nowe auto w tym też pomoże?

- Na pewno. W regulaminie zaszła spora zmiana. Auto jest lżejsze o 100 kg, mamy większy skok zawieszenia, będziemy mieli nowe opony - to trzy duże zmiany, które mają ogromny wpływ na to, jak się samochód będzie prowadził. Przed Dakarem zrobiliśmy nowym samochodem testy w Maroko, ale nie startowaliśmy nim w żadnym rajdzie. To nie jest przeszkoda, bo kilometrów testowych „natłukliśmy” mnóstwo i jesteśmy spokojni. Wiemy, że to bardzo szybkie i konkurencyjne auto.

Samochody nowe, ale szanse równe, bo nikt jeszcze nie miał szansy sprawdzić ich w boju.

- Dokładnie. Mini nie brało udziału w żadnym rajdzie, ani Toyota, która też dostosowała się do nowych przepisów. Wszystkie zespoły na pewno są dobrze przygotowane. Zobaczymy, kto wykonał większy skok technologiczny w stosunku do innych.

Te zmiany sprawiają, że Peugeot nie będzie już tak dominował?

- Trzeba pamiętać o tym, że Peugeot też poprawił swoje auto, ale bardzo liczę na to, że będziemy z nimi mogli na równi konkurować. Poprzednie dwa lata nie byliśmy w stanie francuskich samochodów dogonić. Ta regulaminowa zmiana może na to pozwolić, choć nie mam pełnego przekonania, że tak jest, bo się nie ścigaliśmy. Okaże się na pierwszych etapach Dakaru. Będziemy szukać granicy osiągów, ale oczywiście w taki sposób, by samochodu nie uszkodzić.

Samochody nowe, trasa też inna. Nie za dużo tych nowości?

- Zapowiada się długa i wyczerpująca walka. Startujemy z Peru, więc pierwszych pięć dni to jazda po wydmach, bez szutrowych odcinków, z otwartą nawigacją. A te wydmy mogą ustawić rywalizację. Łatwo jest się w nich zakopać, stracić kwadrans czy godzinę, a czasem więcej, bo z niektórych miejsc nie da się wyjechać. W tym roku na początku można wiele stracić, ale można też wiele zyskać, jeśli wszystko będzie szło po twojej myśli.

Przed rokiem było siódme miejsce. Co zadowoli Cię w tym roku?

- Dakar to taki rajd, w którym nie celuje się w miejsce. Myślę, że nawet Stephane Peterhansel, który na swoim koncie ma aż 13 triumfów, też nie mówi wprost, że jedzie po zwycięstwo. Tu naprawdę najważniejsze jest, by znaleźć się na mecie. Na pewno moim celem jest, żeby być wyżej niż to siódme miejsce. Ale co to może być, zależy od tego, jak się ułożą zawody.

Wciąż jeszcze więcej startów w Dakarze masz na motocyklu. Autem jedziesz po raz trzeci. Czujesz się już w pełni kierowcą cross-country?

- W tej chwili jestem już tylko kierowcą. Oczywiście, cały czas czerpię z wiedzy i doświadczeń ze startów na motocyklu. Doświadczenie mam duże, choć w czołówce wciąż jestem jednym z młodszych zawodników. Nauczyłem się też współpracy z pilotem. Jak wszystko idzie dobrze, to współpraca jest perfekcyjna. W trudnych momentach, gdy obaj nie wiemy, gdzie jechać i trzeba improwizować, to też się dobrze dogadujemy - ja korzystam z mojej wiedzy, Tom ze swojego doświadczenia i roadbooka. Ufam mu. Kiedy mówi mi na środku długiej prostej, że mam skręcić w prawo, to skręcam.