Kubicomania pięć lat później. Jak rozwija się polski karting?

Boom wśród amatorów zaczyna przekładać się na liczbę talentów w kartingu, ale wciąż aktualne są słowa Roberta Kubicy: - Aby się rozwijać, trzeba jak najszybciej uciekać z Polski.

Redaktor też człowiek. Zobacz co nas wkurza na Facebook.com/Sportpl ?

Michael Schumacher, który właśnie ogłosił, że odchodzi z Formuły 1, Kimi Räikkönen, który miał zająć jego miejsce w Ferrari, i żółtodziób Kubica wchodzili do zatłoczonej sali konferencyjnej na torze Monza. - Michael, Kimi, Robert, witamy! - powiedział spiker. I nagle spontanicznie dodał: - Robert, cóż to była za fantastyczna jazda!

10 września 2006 roku, niemal dokładnie pięć lat temu, Kubica właśnie zszedł z trzeciego stopnia podium wyścigu o Grand Prix Włoch - swojego pierwszego podium w Formule 1. "Kubicomania", która raczkowała w Polsce od kilku miesięcy, wybuchła z wielką siłą. Jej efekty widać do dziś - nawet bez Kubicy oglądalność wyścigów sięga 900 tys., Orlen wystawia zespół w Superpucharze Porsche, w którym wyścigi wygrywa Jakub Giermaziak, Polacy znają już nie tylko Schumachera, ale też Alonso, Vettela, Hamiltona.

Jaki wpływ "Kubicomania" miała na karting, czyli wyścigowe przedszkole, przez które przeszły gwiazdy Formuły 1?

Jest lepiej...

- Zanim o Kubicy zaczęło być głośno, karting w Polsce zmierzał ku upadkowi - mówi Jakub Jankowski, szef CRG Poland, która produkuje gokarty, części do nich i wystawia wyścigowy zespół. - Patrząc na Kubicę, ludzie zaczęli myśleć, że ich dzieci też mogą osiągnąć sukces, że droga do Formuły 1, choć długa, jest realna.

- Dzieci zachciały się ścigać, zaczęły mówić o tym rodzicom. Liczba chętnych do szkółek, które prowadzimy na torach, w 2006 roku wzrosła, i to znacznie - dodaje Patryk Czarnowski, dyrektor toru Imola w podwarszawskim Piasecznie, który funkcjonuje od 1997 roku.

Czarnowski mówi o kartingu amatorskim, a Jankowski o rywalizacji sportowej, ale obaj zgadzają się, że "Kubicomania" powiększyła efekt piramidy - więcej dzieci w coraz liczniejszych komercyjnych halach kartingowych to więcej chętnych do startów w oficjalnych zawodach. Większa konkurencja w wyścigach to z kolei wyższy poziom wśród najlepszych. W Polsce pojawiły się też przedstawicielstwa zagranicznych firm oferujących części zamienne i akcesoria, z czym wcześniej było kiepsko.

Nie zmieniło się tylko jedno: - Brutalna prawda jest taka, że aby się rozwijać, trzeba jak najszybciej uciekać z Polski - powiedział Kubica kilka lat temu i jego słowa wciąż są aktualne.

...ale bez zmian?

- To smutne przesłanie dla młodych ludzi, którzy chcieliby iść w moje ślady. Im powiem jeszcze brutalniej: gdybym miał syna, a chciałbym, żeby zaczynał startować na kartingach, natychmiast wywiózłbym go z kraju. Ja dorastałem za granicą, przy wsparciu rodziców poświęconych mi w 100 proc. - wspominał w 2006 roku Kubica.

- Nie jest ciągle tak źle jak wtedy, ale żeby się rozwinąć, trzeba jeździć za granicą. W tłumie nie tylko w sensie ilości, ale i jakości - mówi Jankowski. - Jak w zawodach we Włoszech startuje 30 zawodników, to ostatniego od pierwszego dzieli sekunda. W Polsce - kilka sekund.

- Mój syn w Polsce nie może się już rozwinąć - mówi ojciec jednego z utalentowanych kartingowców. - W porównaniu z wyścigami za granicą poziom jest bardzo niski, a torów niewiele - jeździmy wokół komina, co trzy tygodnie na tym samym torze. Na dodatek jest za dużo kategorii w stosunku do zawodników, nie wiadomo, gdzie startować. A Polski Związek Motorowy działa słabo, nie promuje kartingu, nie dba o zawodników - dodaje, zastrzegając anonimowość. Dlaczego? - Bo i tak nam kłody pod nogi rzucają - mówi.

- Gdyby wszyscy działali razem i starali się, żeby wyścigi kartingowe były atrakcyjne, to znalazłaby się telewizja, która chciałaby je pokazywać. Najpierw o trzeciej w nocy, potem może o 23, coś by się działo. Wtedy znów znaleźliby się sponsorzy i zaczęłoby się kręcić. Ale tego nie ma - mówi Czarnowski.

Najpierw pieniądze, potem talent

Temat sponsorów i pieniędzy jest w kartingu kluczowy - sezon startów w Polsce kosztuje minimum 50 tys. zł, a za granicą kilka razy więcej. - Trzeba kupić gokarta, specjalny wóz serwisowy do jego przewozu, zatrudnić mechaników, opłacić przejazdy, zakwaterowanie. To jest sport dla bardzo bogatych ludzi - tłumaczy Czarnowski.

- Sponsorzy? Nie ma żadnych i niech pan to napisze - denerwuje się Rafał Basz, ojciec Karola, który jest zawodnikiem RK Team, czyli zespołu założonego we Włoszech przez Kubicę. - Sponsorzy w Polsce czekają tylko na mistrzów świata, a nie interesuje ich praca z młodzieżą, inwestowanie w talenty. Otwierając nowy tor w Warszawie, zapowiada się, że będzie się wyłapywać talenty, ale się tego nie robi. Pracy z młodymi kierowcami nie ma. Wszystko odbywa się tylko dzięki zaparciu rodziców - ich ciężkiej pracy i wyrzeczeniom - mówi Basz.

Utalentowanych kartingowców jest więcej niż kilka lat temu. 20-letni Basz to jeden z nich. W zespole Kubicy są także młodsi Piotr Dobija i Tomasz Czajkowski, a 11-letni Marcel Grudziński został wypatrzony na zawodach we Włoszech i testuje podwozia dla znanego producenta Tony Karta - tak jak kiedyś Kubica, nie płaci za sprzęt.

- Za granicą sporo jeździ też Jakub Dalewski, ale w Polsce też mamy talenty - to Toni Nowosad, Piotr Parys, Michał Grzyb czy Małgorzata Rdest - wymienia Jankowski. Ta ostatnia, 18-letnia żyrardowianka, przejechała w tym roku cały cykl WSK, który uznaje się za nieoficjalne mistrzostwa świata, a także została mistrzynią Polski w najsilniejszej, międzynarodowej kategorii KF2.

- W wyścigach nie jest jednak tak, jak np. w lekkiej atletyce, że jak ktoś w Polsce jest najlepszy, to automatycznie startuje w mistrzostwach Europy. Tutaj trzeba przejść testy, pokazać, co się umie. No i oczywiście mieć pieniądze - kończy Czarnowski.

Dlaczego Renault skreśliło Kubicę do końca sezonu? 'To wyjątkowo niesmaczne'

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.