Król Gregor. Małysz odchodzi

Austriak Gregor Schlierenzauer mistrzem świata na dużej skoczni. Klęska Norwegów, którzy po pierwszej serii byli na podium, ale z niego z hukiem spadli. Adam Małysz zajął 11. miejsce. - Po tym sezonie kończę karierę - zapowiedział Polak.

Najnowsze informacje z MŚ, wyniki i tabele - na Sport.pl ?

Schlierenzauer nie mógł uwierzyć, że wygrał, zupełnie się tego nie spodziewał. Dopiero, gdy podbiegł do niego z gratulacjami Thomas Morgenstern, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Po pierwszej serii Schlierenzauer był czwarty, ale w drugiej skoczył rewelacyjnie - aż na 134,5 m. Na belce startowej mieli jednak jeszcze zasiąść dwaj mocni Norwegowie Anders Bardal i Anders Jacobsen oraz prowadzący po pierwszej serii Morgenstern.

Bardal i Jacobsen, mimo odjętych przynajmniej pięciu punktów za sprzyjający wiatr, wykorzystali podmuch pod narty i pofrunęli w pierwszej serii daleko poza 130 metr. A potem z uśmiechem na ustach udzielali wywiadów miejscowej telewizji, bo minusy za wiatr nie zrównoważyły plusów za metry. Sprawiedliwość zatriumfowała jednak w drugiej serii - ku rozpaczy kilku tysięcy kibiców obaj Norwegowie kompletnie zawalili swoje skoki. Bardal wylądował na 125 m, a Jacobsen - na 123. Z podium spadli w przepaść.

Morgenstern skoczył dobrze, szybował daleko, a kiedy wylądował na 131 m, cieszył się jakby był pewien złota. Po chwili okazało się jednak, że przegrał z rodakiem o ledwie 0,3 punktu! Na sekundę zamarł, ale szybko się opanował i pobiegł gratulować Schlierenzauerowi.

Siedem i pół punktu do brązowego medalu tracił po pierwszej serii Adam Małysz. Dużo i zarazem mało w dziwnym konkursie na dużej skoczni w Holmenkollen, na której metry i medale rozdawał wiatr. Najlepszy polski skoczek wyciągnął parszywy los. Dostał co prawda 2,3 pkt. za niesprzyjający wiatr w plecy, ale podmuch ściągnął go na ziemię daleko przed granicą, którą musiał pokonać, by prowadzić. Wylądował blisko. 126 metrów nie wystarczyło nawet do miejsca w czołowej dziesiątce. Małysz pokręcił zrezygnowany i zawiedziony głową, bo nie tak miało być i jego pożegnalny, indywidualny konkurs z mistrzostwami świata potoczył się według najgorszego scenariusza.

Zawody były loterią w gęstej mgle, która nie przeszkadzała zawodnikom tak bardzo, jak kręcący po wyjściu z progu wiatr. Siódmy, indywidualny medal był po pierwszej serii daleko, bardzo daleko - właściwie niewidoczny w gęstej mgle, która spowiła skocznię. Ścisk w czołówce był nieprawdopodobny, ale rok temu w PŚ Polak awansował po pierwszej serii z siedemnastego na drugie miejsce.

Tym razem się nie udało. Małysz, 13. po pierwszej serii, w drugiej skoczył znacznie lepiej - 130,5 m, ale dało mu to awans na 11. miejsce. Polak po swoim ostatnim skoku długo rozglądał się po trybunach, jakby chciał dobrze zapamiętać ten moment. Tuż po zawodach oświadczył, że definitywnie kończy karierę po tym sezonie. - To były moje ostatnie mistrzostwa świata. Po raz ostatni skoczę 26 marca podczas zawodów pokazowych w Zakopanem - powiedział Małysz, czterokrotny mistrz świata, czterokrotny medalista olimpijski, czterokrtony triumfator Pucharu Świata. Najwybitniejszy polski skoczek...

Jego następca, Kamil Stoch był po pierwszej serii szósty. Jego pierwszy skok można nawet nazwać znakomitym. Uzyskał 131 m przy niesprzyjającym wietrze, dostał dodatkowe punkty za wiatr w plecy i był szósty z niecałym punktem straty do trzeciego Bardala. 24-latek z Zębu był jednym z trzech zawodników, który znalazł się w czołówce mimo wiatru w plecy. Medal MŚ był w jego zasięgu, ale w drugiej serii Polakowi po szybkim lądowaniu odjechała narta, nie zdołał ustać skoku. Wywrotka kosztowała go spadek na 19. miejsce.

Adam Małysz ? ogłosił zakończenie kariery

Więcej o: