Skoki narciarskie. PŚ. Kamil Wielki Stoch

W niedzielę znowu zagrali Mazurka Dąbrowskiego na Wielkiej Krokwi!!! Kamil Stoch we wspaniałym stylu wygrał pierwszy w życiu konkurs. Łzy miał w oczach i zawodnik i trener Łukasz Kruczek, który jako zawodnik takiego sukcesu nigdy nie osiągnął

- Scenariusz jak do filmu z Hollywood. Starszy mistrz upadł i przeżył wielki dramat, choć nic poważnego na szczęście się nie stało. Szybko znalazł godnego zastępcę, forma Adama też eksplodowała, kiedy miał 23 lata. Tak jak Kamil teraz - prezes PZN Apoloniusz Tajner promieniał po zawodach.

- Każdy może wygrywać, nie tylko murowani faworyci - uszczęśliwiony Stoch aż promieniał po zawodach. Gęsty śnieg sypał na zeskoku do szklących się ze szczęścia i wzruszenia oczu. Po drugim skoku nikt nie miał wątpliwości. Trybuny znowu eksplodowały szałem radości. 128 m to było o pół metra więcej niż uzyskał skaczący przed nim Norweg Tom Hilde. Nota łączna wyświetliła się bardzo szybko, a na zeskoku niespełna 24-letni mężczyzna (urodziny w maju) w szarym kombinezonie i jasnym kasku na głowie rozpoczął niepowtarzalny taniec z dwoma nartami. Tak cieszył się Kamil Stoch. Tak cieszył się zawodnik, który dzień wcześniej zajął miejsce siódme. Jak zwykle za Adamem Małyszem, do którego porównań nigdy nie uniknie. I choćby nie wiadomo, jak skoczył, zawsze będzie porównywany do starszego i bardziej utytułowanego kolegi.

W niedzielę to on był bohaterem, tym bardziej że w miarę upływu czasu od upadku Małysza ze szpitala napływały coraz bardziej optymistyczne wiadomości. Że nie ma naderwania, że jest tylko mocne stłuczenie i niegroźne otarcie skóry. Że we wtorek Adam będzie miał kolejną konsultację w szpitalu i jest szansa, że wróci na skocznię nawet w tym tygodniu.

Ale najpiękniejsze wieści popłynęły jednak ze skoczni. Napisał je swoimi dwoma skokami Stoch. Konkurs odbywał się w ekstremalnych warunkach, sypał śnieg, wiało, widoczność była ograniczona, na lądowisku było miękko jak na pierzynie - narty znikały w białym puchu. Ale Stoch miał to za nic. Mówił o tym zresztą już w sobotę. Że wreszcie zaczął skakać jak na treningach. Z lekkością, na luzie. Spokojnie. To świetny, mądry i świadomy swojego talentu chłopak.

Dotąd w osiąganiu bardzo dobrych wyników przeszkadzała mu głowa. Nie nadążała za mocą w nogach - parametry ma takie jak wysocy Austriacy Morgenstern czy Schlierenzauer. Nie potrafił znieść presji i obciążeń. Tak było choćby w 2009 roku w Libercu, gdzie w drugiej serii frunął w idealnych warunki. Powiało mu mocno pod narty i gdyby nie spóźnił odbicia, miałby medal. Szczęście uśmiechnęło się po raz pierwszy, ale jeszcze nie umiał mu pomóc. Zajął czwarte miejsce.

Latem tego roku się ożenił i miał krótką przerwę w skokach. Kiedy wrócił do letniego Grand Prix, to nie schodził z podium. Wygrał m.in. zawody w Wiśle i w klasyfikacji generalnej zajął drugie miejsce. Zimą mu nie szło, zaczął bardzo słabo. Przeżywał miejsca w trzeciej dziesiątce i denerwował się. Spokój odzyskał podczas Turnieju Czterech Skoczni, przed konkursami w Zakopanem zrobił przerwę w startach i nie pojechał do Japonii. Potrenował na Wielkiej Krokwi i efekty przyszły. - W skali szkolnej oceniam swój występ na pięć z plusem! Wiem, że mam umiejętności na to, by regularnie lądować w pierwszej dziesiątce. Ale czasem brakuje spokoju. Wreszcie skoczyłem tak swobodnie jak na treningach - mówił Stoch w sobotę. Powtórzył to samo w niedzielę, kiedy pomógł szczęściu jak nigdy wcześniej. Nogi i forma wygrały z obciążoną głową. Pokonał presję w znakomitym stylu. W pierwszej serii w ekstremalnych warunkach uzyskał 122 m. Prowadził, dlatego druga próba była tak ważna. Zimą nigdy nie był w takiej sytuacji, by przed drugim skokiem został sam na szczycie skoczni. - Przynajmniej nikt mi nie przeszkadzał - zażartował. Bywało, że wygrywał kwalifikacje, dwa razy zdobył mistrzostwo Polski, ale w Pucharze Świata nigdy nie był liderem po pierwszej serii. Pozostał nim także po drugiej - i to jest największe zwycięstwo Stocha.

Kiedy wyszedł z progu Wielkiej Krokwi ledwo go było widać - tak gęsty sypał śnieg. Pojawił się nad zeskokiem i wylądował daleko poza pierwszą linią oznaczającą 120 metr i kawałek za linią choinek oznaczającą metr 125. A później mógł się już tylko cieszyć. Poza Małyszem konkursy PŚ wygrywali tylko pochodzący z Zębu czyli tej samej miejscowości co Stoch Stanisław Bobak (jeden) i Piotr Fijas (trzy).

- Pamiętam go jako dwunastoletniego chłopaczka, który przychodził z trenerem i za zgodą ojca skakał na Wielkiej Krokwi po 120 m. Później był przedskoczkiem w PŚ w kombinacji norweskiej. Mały dzieciak, a jechał z tych samych rozbiegów, co starzy zawodnicy. Widać było, że ma talent - opowiadał dumny prezes Tajner.

Sobotni konkurs w Zakopanem wygrał Simon Ammann. - Jestem szczęśliwy - krzyczał po polsku do kamery 30-letni Szwajcar. Małysz był szósty, a Stoch siódmy.

12

do niedzieli tyle razy Stoch był w dziesiątce PŚ, ale na podium nigdy. Najlepsza lokata to szóste miejsce w Pragelato w 2005 roku. Trzynastka okazała się szczęśliwa, wygrał

Upadek Adama Małysza  ?

Więcej o: