Adam Małysz po konkursie w Innsbrucku: Małymi kroczkami naprzód

Adam Małysz zajął 7. miejsce w konkursie Turnieju Czterech Skoczni w Innsbrucku. - Na pewno nie był to ten błysk, o który chodzi, żeby być na podium. Koncentruję się na technice i chyba widać, że ze skoku na skok jest lepiej - mówił Polak po zawodach.

Robert Błoński: Jak pan ocenia niedzielny konkurs?

Adam Małysz: Jestem w miarę zadowolony. Druga seria pokazała, że między mną a absolutną światową czołówką nie ma wcale takiej przepaści, jak mogło się wydawać. Warunki były dla wszystkich mniej więcej równe. Wiało z tyłu i wszyscy skakali podobnie. Mnie brakuje jeszcze do ideału, ale małymi kroczkami idę ku lepszemu. Pracuję nad błędami technicznymi, żeby kierunek odbicia był lepszy. Bardziej do przodu.

Jak pan porówna pierwszy skok z drugim?

- Oba bardzo fajne, ale w pierwszym na samym dole zabrakło powietrza, żebym odleciał ze trzy-cztery metry dalej. Puściło mnie i musiałem lądować, ale technicznego błędu nie popełniłem. Ci, co skakali w pierwszej serii po mnie, odlecieli właśnie po trzy-cztery metry i osiągnęli przewagę, której nie odrobiłem.

Siódme miejsce, najlepsze w Turnieju. Jest pan też siódmy w klasyfikacji generalnej.

- Na pewno nie był to ten błysk, o który chodzi, żeby być na podium. Koncentruję się na technice i chyba widać, że ze skoku na skok jest lepiej. Mam nadzieję, że w Bischofshofen będzie jeszcze lepiej, później - również. Nie patrzę na to, co dotąd osiągnąłem. Liczy się obecny moment, teraźniejsza forma. Każdy mnie poklepuje po plecach i mówi: "Ty już swoje zrobiłeś". Ale ja mam niesamowitą ambicję. Chcę jeszcze sprawiać radość kibicom i sobie. Kiedy wygrywałem, przed każdym kolejnym konkursem bardzo się bałem. Czy znowu będę najlepszy? Czy popełnię jakiś błąd? Teraz jestem świadom swoich umiejętności, możliwości i przede wszystkim bardziej doświadczony. To moja przewaga. Nie trzęsę się na widok najlepszych, tylko idę skoczyć, żeby z nimi rywalizować. Młodsi mnie szanują, ale nie muszą się kłaniać. Nie chcę tego, nie uważam się za nie wiadomo kogo. Miłe, jak podejdą i zagadną.

Konkurs wygrał Schlierenzauer, ale do Koflera ma niespełna 15 punktów straty. Odrobi je w Bischofshofen?

- Jest w stanie, choć Kofler równo skacze. Gregor potrafi niesamowicie odlecieć, choć także popełnia błędy. Osiem metrów w dwóch skokach jest w stanie odrobić. Bardziej stawiam na niego. Nie zapominajmy o Ahonenie, to stary wyga i jest w coraz lepszej formie. My patrzymy na jego prędkości. Jeśli jest najszybszy na progu, czyli ma "top speed", znaczy, że jego dyspozycja idzie w górę. I wtedy jest niebezpieczny.

Schlierenzauer pewnie się uśmiechał przed drugim skokiem.

- Byłbym ostrożny z tymi uśmieszkami na górze. Może to jest maskowanie zdenerwowania? Na dole skoczni można pożartować, tuż przed skokiem musi być koncentracja. Ale jedni są mocno skupieni, mają zamknięte oczy, zaciśnięte zęby i oczy. I myślą tylko o skoku. Są i tacy, co się uśmiechają - może na wspomnienie swoich dobrych skoków? Austriak ma idealną posturę do skoków narciarskich. Ma znakomitą technikę. Nawet jeśli nie funkcjonuje tak, jakby chciał, jest w czołówce. Będzie ciężko go pokonać. Ale po dwóch-trzech sezonach dominacji może nadejść kryzys. Zobaczymy, jak zareaguje, jeśli kiedyś "odleci" do tyłu.

Mówił pan, że forma Ahonena idzie do przodu. A forma Małysza?

- Też, ale nie tak szybko jak u Janne. On uwielbia Turniej Czterech Skoczni, który wygrał pięć razy. A ja po dobrym początku i trzecim miejscu w Lillehammer pogubiłem się technicznie w Engelbergu. Teraz małymi krokami wychodzę na prostą.

W poniedziałek tylko z "Gazetą Wyborczą" program do rozliczenia podatkowego - dla osób fizycznych - dla osób prowadzących działalność gospodarczą