Skoki narciarskie. Stoch: Pogoń za Adamem mnie zgubi

- Wolałbym nie być postrzegany jako ktoś, kto zastąpi Adama Małysza. Jeśli chciałbym go gonić, to zgubiłoby mnie to prędzej czy później. I to raczej prędzej - twierdzi Kamil Stoch
Małysz zapowiedział, że po sezonie kończy karierę, więc Stoch zostanie liderem kadry. W tym sezonie wygrał dwa konkursy Pucharu Świata. - Kamil może być czarnym koniem mistrzostw świata w Oslo - zacierał ręce Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Stoch nie przywiózł jednak medalu. Nie czuł presji, która głównie spoczywała na Małyszu. Inaczej będzie w przyszłym sezonie, kiedy najmocniej będą trzymać kciuki za 23-letniego skoczka z Zębu.

Jarosław K. Kowal: W jakim humorze wrócił pan z Oslo?

Kamil Stoch: Z jednej strony jestem z siebie zadowolony, ale czuję też niedosyt. Szóste miejsce na normalnej skoczni to dobry wynik. Stać mnie jednak na lepsze skoki. Nie da się ukryć, że była szansa na medal, ale jej nie wykorzystałem.

Przez chwilę było o panu głośniej niż o Adamie Małyszu. Teraz znów jest cicho, bo wszyscy mówią o tym, że mistrz odchodzi.

- To naturalne, bo media muszą skupić się na podsumowaniu wielkiej kariery. Nie mam nic przeciwko, wręcz przeciwnie - mam teraz więcej spokoju i mogę się zająć skakaniem. Nie wydaje mi się, by kiedykolwiek było o mnie głośniej niż o Adamie. Wszyscy wiemy, czego dokonał i za co jeszcze długo będziemy go podziwiać.

Wiedział pan, że Małysz planuje zakończenie kariery?

- Nie. Dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy to oficjalnie ogłosił. Nie rozmawiał ze mną o tym. Będziemy mieli do tego okazję podczas jego benefisu 26 marca w Zakopanem.

Za co pan go podziwia?

- Jeśli chcielibyśmy wymienić te wszystkie rzeczy, to zabrakłoby nam dnia. Jest ich mnóstwo, ale z drugiej strony każdy człowiek jest wyjątkowy i powinien szukać własnych ścieżek. Czy chciałbym być drugim Małyszem? Wolę być przede wszystkim sobą.

Małysz powiedział, że martwi się o polski system szkolenia. Jak będą wyglądały skoki bez niego?

- Nie da się ukryć, że będzie nam go brakowało. Czasami bardziej, czasami mniej, ale na pewno będzie dało się odczuć, że Adam już nie skacze. Nie tylko wynikami, lecz także postawą przyciągnął uwagę mediów i sponsorów. Ale jeśli chodzi o system szkolenia, to nic nie mógł zrobić. To rola związku.

W przyszłym roku w Zakopanem nie będzie już tłumów pod skocznią?

- Nie wyobrażam sobie tego. Od chwili, gdy zacząłem trenować, a Adam akurat nie wygrywał, to w Zakopanem i tak było mnóstwo ludzi. I tak będzie dalej. Bo przecież to normalne, że sportowcy kończą kariery. Nikt nie liczył, że Adam będzie skakał do końca życia. Ludzie przychodzą pod skocznię, bo lubią dobre skoki.

A jednak wszyscy czekają na nowego bohatera. Domyśla się pan na kogo liczą najbardziej?

- Nie.

Jest pan teraz najlepszym skoczkiem w kraju.

- Nie idźmy aż tak daleko. Adam jeszcze skacze i dopóki definitywnie nie odłoży nart w kąt, to on jest najlepszy. I jeszcze długo będzie numerem jeden, zwłaszcza w sercach kibiców. Presja? To państwo, dziennikarze, ją na mnie nakładacie. Nie chciałbym być postrzegany jako ktoś, kto zastąpi mistrza. Adam zdobył właściwie wszystko i jeśli chciałbym go gonić, to zgubiłoby mnie to prędzej czy później. I to raczej prędzej. Moją rolą jest po prostu dawać z siebie wszystko.

Zostały starty w Lahti i Planicy. Czy są szanse na jeszcze jedno pana zwycięstwo?

- Nie mogę niczego obiecać, ale jestem w formie i mogę walczyć o wysokie miejsca. Dobrze jednak, że sezon się kończy. Wiosna będzie pracowita, m.in. dlatego że muszę nadrobić zaległości na studiach. A oprócz skoków jest jeszcze przecież życie prywatne.

Światowy raport śniegowy: pogoda dla narciarzy