Sport.pl

Adam Małysz dla Sport.pl: Jestem już bardzo zmęczony

- Na 99 procent nie dotrwam do igrzysk w Soczi. Chyba dopiero teraz, z czystym sumieniem, mogę kończyć karierę. Pojawili się następcy, którzy mogą wygrywać zawody Pucharu Świata - mówi najlepszy polski skoczek.
W piątek Małysz wygrał minimalnie... »

... w sobotę Stoch bezkonkurencyjny »

Robert Błoński: Chce ci się jeszcze chcieć?

Adam Małysz: Jak idzie i jestem w czołówce, to na pewno. Zawsze marzyłem, żeby skończyć karierę, będąc "na fali", w sztosie. Koniec zbliża się nieubłaganie, ale fajnie, że wciąż jestem w czołówce i stać mnie na wygrywanie. Gdybym był 20. czy 30., dałbym sobie spokój.

Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, jakim wyrzeczeniem jest bycie skoczkiem.

- Szczególnie mordercza jest dieta. Codziennie rozpisuję kalorie, dobieram posiłki z dokładnością do 20 g. Nie przekraczam 1500 kalorii dziennie, ale muszę z tego czerpać energię do treningów. Do diety dochodzi znużenie monotonią ciężkich ćwiczeń. Im jestem starszy, tym potrzebuję więcej sił, bo muszę zrobić więcej powtórzeń niż młodsi. To sport dla młodych, nieprzypadkowo wielu skoczków kończy karierę przed trzydziestką. Takich dinozaurów jak ja jest niewielu - tylko Japończycy i Ahonen [w grudniu Małysz skończy 33 lata].

Masz dietetyka?

- Mam, jestem w stałym kontakcie z panią profesor z Centralnego Ośrodka Sportu w Warszawie. Na początku chciałem, żeby ustalała mi dzienne menu. Zadecydowała inaczej. Sam musiałem się nauczyć, co dla mnie dobre, a co złe. Codziennie wysyłam jej maila, ile zjadłem. Odpisuje, czego było za mało, a czego za dużo, co byłoby zdrowsze, a co należy odstawić. Kiedy idę do restauracji, wiem, co zamówić.

Co więc jada Adam Małysz?

- Wszystko, tylko, że mało. Na zgrupowaniach i konkursach żywię się w hotelach. Kiedy jest szwedzki stół, nie ma problemu, bo mam wybór. Gorzej, kiedy przynoszą gotowe danie. Dawniej podstawą był kurczak i indyk, bo zawiera dużo białka i ma mało tłuszczu. Odkąd pracuję z dietetykiem, jem dużo cielęciny lub wołowiny. Zawsze byłem przekonany, żeby wołowiny nie jeść, tymczasem czerwone mięso jest dla mnie jeszcze lepsze...

Lubisz pojeść?

- Bardzo. Najgorsze, że jestem okropnym łasuchem. Uwielbiam słodycze, wiosną sobie folguję tylko po to, żeby w maju przejść na ciężką dietę i chudnąć. Potem trzymam już wagę i ciastka jem bardzo sporadycznie. Uwielbiam też kaczkę i golonkę. Kiedyś wysłałem do pani dietetyk maila: "niedziela - kaczka, poniedziałek - kaczka, bo została z niedzieli". Odpisała "niech będzie kaczka, ale najwyżej raz w tygodniu". Ale, co miałem zrobić, skoro została?

Alkohol?

- Sportowiec nie powinien tak mówić, ale lubię piwo. Albo wieczorem przed telewizorem posmakować dwa-trzy łyki drinka z whisky. Kiedy trenerem kadry był Austriak Heinz Kuttin, mówił: "Zamiast coli lepiej wypić piwo, bo lepiej odkwasza". Po ciężkim treningu i zimnym piwku człowiek lepiej się czuje. Trzeba tylko znać umiar. Jedno, nie dziesięć.

Fin Janne Ahonen pisał w swojej książce, że dwa razy dziennie jadł tylko płatki owsiane na wodzie i, żeby nie czuć głodu, palił papierosy.

- Ja nie palę. Może dlatego w zeszłym roku Janne wylądował w szpitalu? Słyszałem, że Finowie mieli dietę 200 kalorii dziennie. Dla mnie to nierealne. Wydaje mi się, że tysiąc kalorii to mało.

Masz w domu wagę kuchenną?

- Miałem, teraz już umiem dobierać produkty z głowy. Mam książkę, w której wszystko jest opisane i narysowane są porcje, które na talerzu nie powinny być większe. W restauracji nie zamawiam jednak dziecinnej porcji (uśmiech ). Jem sporo sałat i owoców, choć te bywają ciężkie. Pomarańczka waży z 250 gramów, więc jest spora.

Anoreksja wśród skoczków jest czy była problemem?

- Anorektyk nie byłby w stanie nawet się ruszać, nie mówiąc o takim treningu jak nasz. Po paru krokach byłby wyczerpany, nie dałby rady podskakiwać albo biegać. Skoczkowie są bardzo wychudzeni, ale nie jesteśmy anorektykami. FIS zaostrza przepisy, zwiększa BMI (stosunek wzrostu do wagi ciała), ale nie wiem, czy to dobre. Lekki zawodnik, to niższe najazdy do progu i mniejsze prędkości przy odbiciu, a co za tym idzie, bezpieczniejsze lądowanie. Teraz, kiedy przytyliśmy, prędkości będą większe i większym ciężarem będziemy uderzać w spad. To może być niebezpieczne.

Masz czas na normalne życie mężczyzny po trzydziestce?

- Ostatnio nie miałem czasu na nic. Mnóstwo spraw zostawiłem sobie na "po olimpiadzie". Przed igrzyskami wszystko postawiłem na jedną kartę, na walkę o medale. Reszta zeszła na drugi plan. W Kanadzie się udało, a potem wpadłem w kołowrotek. Nie miałem czasu nawet na odpoczynek. Doszły spotkania ze sponsorami, wykończenie domu w Wiśle. Mam nadzieję wprowadzić się do niego jeszcze w tym roku.

W grudniu ubiegłego roku skończyłeś 32 lata. Skąd w wieku chrystusowym czerpiesz motywację do wyrzeczeń?

- Z sukcesów. Gdybym się męczył, czułbym się zdołowany i skończył karierę. Rok temu moją motywacją były igrzyska. Chciałem udowodnić, że mimo wieku jestem w stanie zdobyć medal. Mam zespół fantastycznych ludzi, którzy dla mnie zrobiliby wszystko. Teraz motywacją są przyszłoroczne mistrzostwa świata w Oslo, na nowiutkiej Holmenkollen. Tej starej - można powiedzieć - byłem królem, bo wygrałem trzy razy. W 1996 roku wygrałem tam pierwsze w życiu zawody Pucharu Świata. Tam się wszystko zaczęło. Chcę dotrwać do Oslo w dobrej formie, nie myślę, co później.

Oglądałeś konkursy z igrzysk w Kanadzie?

- Nie lubię oglądać swoich skoków, chyba że w samotności albo z trenerem, żeby je przeanalizować. W Whistler miałem dyspozycję na złoty medal i - gdyby nie Ammann - zostałbym mistrzem olimpijskim. Nie umiem wyjaśnić, dlaczego skakał jak z kosmosu. Trafił z formą i techniką. Kierunek jego odbicia jest skierowany bardzo do przodu, a przy tym idealnie trafiał w punkt przy odbiciu. Ammann, Schlierenzauer i teraz Kamil Stoch płasko prowadzą narty w locie, nie rozkładają ich szeroko, to ich "v" jest delikatne.

Skaczesz teraz na ogromnym luzie, jakby presja nie istniała. Odetchnąłeś po igrzyskach?

- Jako sportowiec czuję się spełniony, choć w marcu nie zdobyłem medalu MŚ w lotach. A byłem o krok. Dla mnie nie jest najważniejsze to, co dotąd zdobyłem, ale to, że przez tyle lat jestem w czołówce. Miałem spadek formy, ale zawsze wracałem i wokół dziesiątki się kręciłem. To jest wielka sprawa, inni, kiedy wypadli z dziesiątki, już do niej nie wracali. Jak Niemiec Martin Schmitt.

Na początku sierpnia doczekałeś się wygranej w konkursie drużynowym z młodszymi o 12-13 lat kolegami.

- To było coś pięknego. Wygraliśmy pierwszy raz w historii. Jak się nad tym wszystkim zastanawiałem, to chyba dopiero teraz bez żadnego wyrzutu sumienia mogę skończyć karierę. Wreszcie są następcy. Będą walczyć w Pucharze Świata, mają potencjał nawet na wygrywanie. Widzę też, że zmienili trening. Mają więcej odbić i gier skocznościowych. Wszystkie lata, które włożyłem w skakanie, nie poszły na marne. Pozostaną nie tylko obiekty w Szczyrku, Wiśle i Zakopanem. Teraz trzeba modernizować małe skocznie. W centrum Wisły są trzy obiekty, na których nawet ja bałbym się skoczyć. Z zeskoku wystają druty, igielit jest stary. Wstyd. Chce mi się płakać, kiedy to widzę.

Jako starszy skoczek...

-...bez kurtuazji. Śmiało mów stary, a nie starszy skoczek (śmiech ).

...musisz trenować więcej?

- Im starszy, tym muszę wkładać więcej wysiłku w trening, żeby dojść do formy. Młodym przychodzi to łatwiej, mają ćwiczenia ogólnorozwojowe, a ja więcej specjalistycznych. Im łatwiej się dostosować do zmian w regulaminie, modyfikacji zajęć.

Podobno umowy ze sponsorami masz podpisane na dwa lata. To oznacza, że będziesz skakał także w sezonie 2011/12.

- Nie. Decyzja zależy tylko ode mnie. Umowy podpisuje menedżer, ale żadna nie jest na dwa lata. Powiedziałem ci w styczniu przed konkursami w Zakopanem, że po igrzyskach skaczę dalej, do MŚ w Oslo. Nic się nie zmieniło. Dalej w przyszłość nie wybiegam, choć pojawiły się plany. Zostanę przy sporcie, ale nie jako trener. Bardziej kręci mnie rola menedżera.

Prezes Apoloniusz Tajner widzi cię na igrzyskach w Soczi w 2014 roku.

- A ja siebie, na 99 procent, nie widzę. Jestem już tym wszystkim bardzo zmęczony. To trwa tak długo... Ostatnio wróciłem do domu po treningu i poczułem okropne zmęczenie fizyczne i psychiczne. Usiadłem w fotelu i westchnąłem: "Jezu, ale jestem zmęczony". Żona poklepała mnie po plecach i powiedziała: "O czym tak myślisz, staruszku? Już nie jesteś w takim wieku, że po jednym treningu możesz iść na trzy następne". Trenuję, dłużej się regeneruję, ale trening musi być dokładniejszy. Daje mi to porządnie w kość, ale z drugiej strony wciąż mnie cieszy. W piątek wygrałem pierwsze, oficjalne zawody na skoczni mojego imienia. Pięknie się ułożyło, że w sobotę wygrał Kamil.

Jak będzie zimą?

- Nikt tego nie wie. Od pięciu lat zwycięzca letniej Grand Prix zdobywał Puchar Świata. Ale to nie jest reguła. Ammann, Schlierenzauer, Loitzl, Kofler nie mają teraz formy. Zimą będą mieli. Cieszmy się więc tym, co jest. Dotąd młodzi miewali przebłyski formy. Teraz są w czołówce.

W Letnim GP najlepszy Kamil Stoch »


Więcej o:

WRC 2019, klasyfikacja MŚ

lp. zawodnik punkty
1 Ott Tanak 263
2 Thierry Neuville 227
3 Sebastien Ogier 217
4 Andreas Mikkelsen 102
5 Elfyn Evans 102
6 Kris Meeke 98
7 Jari-Matti Latvala 94
8 Dani Sordo 89
9 Teemu Suninen 89
10 Esapekka Lappi 83
11 Sebastien Loeb 51
12 Kalle Rovanpera 18
13 Pontus Tidemand 12
14 Craig Breen 10
15 Gus Greensmith 9
16 Benito Guerra 8
17 Marco Bulacia 6
18 Mads Ostberg 6
19 Jan Kopecky 5
20 Yoann Bonato 4
21 Stephane Sarrazin 2
22 Ole Christian Veiby 2
23 Pierre-Louis Loubet 2
24 Adrien Fourmaux 1
25 Janne Tuohino 1
26 Ricardo Trivino Bujalil 1
27 Pedro Heller 1
28 Emil Bergkvist 1
29 Nikolay Gryazin 1
30 Takamoto Katsuta 1
31 Petter Solberg 1
32 Eric Camilli 1

  • Mistrz świata