Adam Małysz: Czas na młodzież, także na wieży trenerskiej

Znowu najważniejsze będą dwa dobre skoki i bułka z bananem. Osiągnąłem już tyle, że skakanie ma być dla mnie przede wszystkim radością - mówi w specjalnym wywiadzie dla Sport.pl i ?Gazety Wyborczej? najlepszy polski skoczek Adam Małysz..
Robert Błoński: W połowie września myśli pan już o zimie?

Adam Małysz: Nie. Koncentruję się na treningach i skokach na igelicie. Śnieg pojawi się w myślach za miesiąc.

Patrzy pan na poprzednią zimę, najgorszą w XXI wieku, bez jednego choćby miejsca na podium?

- Nie, już zapomniałem. Myślę tylko o tym, co będzie.

Ma pan nowego trenera, byłego kolegę z drużyny - Łukasza Kruczka. To dobry układ?

- Dobry. Tak, jak pan mówi - jesteśmy kolegami. Nie mówię "trenerze", tylko po prostu "Łukasz". Tak samo zresztą jak i inni skoczkowie. Nie jest to nic nowego, bo do poprzednika Łukasza, Hannu Lepistö, też mówiliśmy po imieniu. Na całym świecie są takie tendencje. Do Kojonkoskiego Norwegowie też wołają "Mika".

Jeśli chodzi o Łukasza, to od samego początku, wiedziałem, że to najlepszy kandydat. Przeszedł dużo, uczył się od wielu różnych trenerów: Apoloniusza Tajnera, Heinza Kuttina i Hannu Lepistö. Zresztą ja trenuję z Łukaszem od wielu lat. Często bywało, że jeździłem do niego i we dwóch szliśmy na skocznię. Jestem do niego przyzwyczajony. Kiedy się dowiedziałem, że zostanie pierwszym trenerem kadry, ucieszyłem się. Wiedziałem, że jeśli Hannu odejdzie, to godnie Fina może zastąpić tylko Łukasz.

Na jakiej podstawie tak pan uważa?

- O sobie mówiłem, znam Łukasza świetnie i wiem, że to odpowiedni człowiek. Ale to widać także po kolegach. Łukasz podchodzi do wszystkich po koleżeńsku, umie rozmawiać, słuchać i tłumaczyć. Skoki to sport indywidualny. Trener, który na skoczni tylko wydaje polecenia, a później nic go nie obchodzi, wyników mieć nie będzie. Dobry trener ma być przygotowany merytorycznie i praktycznie, ale musi umieć rozmawiać. Nie wolno każdego traktować identycznie. Musi potrafić wysłuchać zawodnika i zgodzić się z jego sugestiami. Trener nie zobaczy tego, co czuje zawodnik podczas skoku.

Często się spieracie?

- Prawie w ogóle. Raczej dyskutujemy.

Szef, czyli kolega - tak można powiedzieć o Kruczku?

- Tak. Mamy młodą ekipę, to zresztą jest tendencja na całym świecie. Bywają trenerzy młodsi od zawodników. Dyscyplina bardzo się zmieniła w ostatnich latach. Technika, sprzęt, parametry i profile skoczni - wszystko. Starsi trenerzy, jeszcze od stylu klasycznego, muszą już odejść. Czas na młodzież i zmianę pokoleniową także na wieży trenerskiej. Tak się stało w przypadku Łukasza.

Dużo zmienił w treningu?

- Tak. Te zmiany są spowodowane konsultacjami z profesorem Żołądziem. Łukasz się na to zgodził, i to też jest bardzo pozytywne. Nie powiem szczegółowo, co robimy, bo nie jestem upoważniony. Usłyszałem takie powiedzenie: "Módl się, jakby wszystko zależało od Boga, ale pracuj, jakby wszystko zależało od ciebie" [autorem tych słów jest św. Ignacy Loyola, założyciel zakonu jezuitów - przyp. red]. I ja tak do wszystkiego teraz podchodzę. Dużo uwagi zwracamy na odpoczynek. Po mocnym treningu intensywny odpoczynek. Tak, by kolejne zajęcia nie nawarstwiły zaległości. Kładziemy też nacisk na jakość treningu.

Współpraca z profesorem Żołądziem będzie taka jak kiedyś, za czasów Apoloniusza Tajnera?

- Nie. Ale ucieszyłem się, kiedy podpisał kontrakt z PZN-em. Profesor ma pojechać z nami na zgrupowania, może na jakieś konkursy. Ale powiem tak: jeśli my, zawodnicy, się nie przyłożymy do treningów, profesor niczego nie wyczaruje. Musimy uwierzyć w to, co razem z Łukaszem nam proponują, i się zaangażować. Często dzwonię do profesora, ale wiem, że wszystko, co robimy, jest uzgadniane z Łukaszem. To dobry model.

Będzie pan startował we wszystkich konkursach? Czy celem będą lutowe MŚ w Libercu?

- O strategii zadecydują trenerzy, konsultując się z profesorem. Zmieniłem podejście do skoków. Już tyle dokonałem na skoczniach całego świata, że co mi pozostało? Tylko sama radość ze skakania. Ono musi mnie wyłącznie cieszyć, a nie męczyć. Dopiero na drugim planie może być satysfakcja z wyników. Kiedyś za każdym razem chciałem skoczyć dla wyniku, oddać jak najlepszy skok, w każdym coś ulepszyć. Jak było dobrze, chciałem lepiej. To powodowało spięcie i nerwy. Teraz liczyć się będzie przede wszystkim satysfakcja.

Powstaje team "Małysz bis" jak w 2000 roku? Polski trener, polscy fachowcy w kadrze...

- Ja bym chciał, żeby powstał team Polska, a nie team Małysz. Bo Małysz jest tylko jeden i samemu ciężko mu wszystko utrzymać. Dlatego ważne dla mnie jest wsparcie i zastępstwo w momentach, kiedy idzie mi słabiej.

Jakie plany na nowy sezon?

- Wracam do podstaw. Do swojej naczelnej zasady z początku wielkiego boomu: oddawać dwa dobre skoki. Takie mam plany na nowy sezon. Jak będą dobre skoki, to i z wyników będziemy się cieszyć.

Bułka z bananem też wróci?

- Jak to: wróci? Ona przecież jest cały czas, nic się nie zmieniło! No, może teraz trochę więcej banana niż bułki, ale zestaw nadal obowiązuje.

Najbliższe plany?

- W ostatni weekend września mamy mistrzostwa Polski w Wiśle. Potem są dwa ostatnie starty w letniej Grand Prix. Nie wiem, czy pojadę. Jeśli forma będzie dobra, to może się sprawdzę z najlepszymi. Nie wiem jednak, co lepsze: odpuścić i dalej spokojnie trenować czy porównać się z innymi. Letnie skoki to nie to samo co zima. Mam jeszcze trochę czasu i, na szczęście, dobrych doradców. Łukasz pyta mnie o zdanie, poza tym uzgadniamy wszystko z profesorem. To dla mnie dobre, bo nie lubię mieć za dużo na głowie. Ostatnio mało startowałem, za to sporo czasu trenowałem na siłowni. Spokojnie, nie leżałem przed domem na trawniku, tylko realizowałem plan przygotowań. Było to widać po słabych skokach. Wychodziło ze mnie zmęczenie.

W środę, w Wiśle, skoki były niezłe.

- Pierwszy był na rozeznanie. Różne rzeczy mi o tej nowej skoczni mówili. Straszyli, że jest jakaś nierówność na trawie, że jakiś gwóźdź może wystawać, że rozbieg za krótki. Nie wierzyłem, ale niepewność miałem. Nie bałem się skoku tylko tego, że wybieg jest za krótki i że nie wyhamuję. Wyszło naprawdę dobrze. Rozbieg jest taki jak w Zakopanem. Słoweński, czyli z dużą ilością blachy. Jak jest ciepło, blacha się rozgrzewa i potrafi przytrzymać na progu. Póki jest nowy, będzie dobrze. A później najwyżej zmieni się ceramikę. Ważne, że skocznia funkcjonuje.

Podoba się panu?

- Bardzo. Dopiero jak się jest na górze, to robi wrażenie... Jest podobna do Wielkiej Krokwi.

No i będzie nosiła pana imię.

- Na początku byłem zły na ten pomysł i w ogóle się na to nie zgadzałem. Od 2001 roku dostawałem mnóstwo różnych propozycji: z sal gimnastycznych, ulic, szkół i nie wiem, czego jeszcze. Zawsze odmawiałem, bo jestem aktywnym sportowcem i byłoby dla mnie dziwne np. spacerować w jakimś mieście ulicą Małysza. Nad tą skocznią myślałem dobry miesiąc albo i dłużej. Były różne naciski przychylnych mi ludzi. Tłumaczyli, że to będzie dla innych, przykład dla młodych. Do końca nie byłem przekonany, ale w końcu się zgodziłem. Bo jestem skoczkiem narciarskim i mam nadzieję, że ta skocznia powstała również dzięki mnie. Rozsławiłem skoki w Polsce. Sercem budowałem tę skocznię i bywałem wkurzony, że tak wolno idzie, że coś się osunęło. Igelit kładli moi koledzy z Zakopanego. Wytłumaczyłem sobie, że pomnik stoi na cokole i jest nieruchomy, niezmienny, nie spełnia żadnej funkcji, a skocznia to taki żywy pomnik. Funkcjonalny. Jak np. lotnisko imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku. Jest dla ludzi.

Czemu pan się tak wzbraniał?

- Bo byłem przekonany, że patronów nadaje się pośmiertnie. I myślałem sobie, że osoba, która odeszła, może tylko z góry patrzeć na dzieło noszące jej imię. A teraz myślę, że to nawet frajda, gdy człowiek żyjący patrzy z bliska i ma świadomość, że coś zrobił dla tego dzieła, dołożył swoje pięć groszy.

Jest w Polsce ulica Adama Małysza?

- Nie wiem, może? Bywało, że z miejscowości, o których nigdy wcześniej nie słyszałem, dostawałem propozycje co parę miesięcy. Nie na wszystkie odpowiedziałem, więc może nadali bez mojej zgody?

Wracając do Wisły - nie wypada panu tutaj skakać źle.

- Ja przecież osobiście nie budowałem tego obiektu. Nie ma w tej skoczni nic, co mogłoby być dla mnie dodatkowym atutem. Trzeba się więc starać i trenować. Na tym obiekcie będę się przygotowywał do igrzysk w Vancouver.

Skocznia im. Adama Małysza to była dla pana motywacja, żeby kontynuować karierę?

- Tak. Już nie mogłem się doczekać, żeby choć raz na niej skoczyć. Miała być gotowa parę lat temu... No, ale najważniejsze, że się udało. Z domu mam na nią nie więcej niż pięć kilometrów. Nie będę musiał jeździć za granicę. Jak mi się znudzi tutaj, wsiądę w auto i pojadę trenować do Zakopanego. To tylko 120 km.

Zdąży pan tu skoczyć w Pucharze Świata?

- Nie wiem. Ale jak będzie Puchar Świata w Wiśle, to na pewno się zaangażuję... Jeśli nie jako zawodnik, to może choć jako organizator? Ale do PŚ w Wiśle jeszcze daleka droga.

Wzruszy się pan podczas uroczystości odsłonięcia tablicy?

- (głębokie westchnienie) Będzie miło, ale znacie mnie... Wiem, jak wyglądają takie ceremonie. Nie lubię takich oficjałek, tłoku, zamieszania i zgiełku. Czasem siedzę sobie w domu i martwię się tym. Ale zaraz tłumaczę sobie, że to jest dobre. Że zostawiam coś po sobie. Nie tylko sukcesy ze skoczni, ale obiekt na lata, który zawsze będzie się ze mną kojarzył. Podoba mi się ten mój żywy pomnik, choć jeszcze niedawno straszył. Skocznia stała rozgrzebana, nic się nie działo wokół. Ale teraz będzie już działać.

Kosztowała aż 47 milionów złotych. To dużo.

- Eeee... To i tak pikuś w porównaniu z kwotą stu milionów złotych wydanych na tor kolarski w Pruszkowie. Ale rzeczywiście, w Austrii i Szwajcarii skocznie są tańsze. No, ale tam nie potrzebują takiego zaplecza wokół skoczni. Bo mało kto przychodzi na zawody. Tu będzie dziesięć tysięcy ludzi.

Te dziesięć tysięcy to optymistyczny wariant.

- Fakt. Wielu projektantów, i dotyczy to nie tylko skoczni, patrzy, by dzieło było estetyczne i nie psuło krajobrazu. Funkcjonalność stawia się niżej. W Wiśle jest kilka rzeczy, które trzeba poprawić. Zrobimy to, gdy zgiełk związany z otwarciem skoczni ucichnie. Miejsca jest tu sporo. Mamy pomieszczenie, w którym można grać w siatkówkę, niedługo powstanie siłownia. Skocznia może więc "hulać" cały rok i być użyteczna nie tylko dla skoczków.

Widzi pan siebie kiedyś w roli menedżera tej skoczni?

- Nigdy nie mów "nigdy". Na razie jeszcze skaczę. Ale w przyszłości będę chciał jakoś uczestniczyć w światku skoków narciarskich, bo to przecież całe moje życie.