Widmo skandalu nad legendą Red Bulla. Kompromitujące dowody

Ostatnie wydarzenia w Red Bullu pokazują, że zespół podchodzi do funkcjonowania w jeden sposób: "Albo jesteś z nami, albo wcale". Nad Christianem Hornerem ciąży sprawa, wokół której jest sporo tajemnic i niedopowiedzeń. Dowody mają być miażdżące dla Brytyjczyka, pojawiają się doniesienia o skandalu obyczajowym, a nawet przestępstwie. Nagle wszyscy w zespole są przeciwko niemu, jest wręcz wypychany po 19 latach bycia szefem. Nikt sobie nie wyobrażał, że atmosfera może być tak napięta. Cała sytuacja budzi niesmak.

Christian Horner jest szefem Red Bull Racing od 2005 r., czyli od początku funkcjonowania zespołu w Formule 1. Ojciec sukcesów Sebastiana Vettela i Maxa Verstappena dziś budzi niechęć w praktycznie całej ekipie, nawet samego Holendra i jego ojca, Josa. Na razie Horner zostanie na stanowisku i musi robić dobrą minę do złej gry.

Zobacz wideo Gwiazdy sportu oszalały za padlem

Afera, której nikt się nie spodziewał

Na początku lutego środowisko F1 przeżyło wstrząs, kiedy Red Bull ogłosił, że wszczął wewnętrzne postępowanie wobec Christiana Hornera. Nikt wówczas nie wiedział, o co chodzi, dlaczego mieliby w zespole podejrzewać Brytyjczyka o cokolwiek.

Oświadczenie mistrzów Formuły 1 było odniesieniem do rewelacji holenderskiego "De Telegraaf", które poinformowało wcześniej o śledztwie przeciwko Hornerowi. Wówczas brakowało szczegółów. Z czasem zaczęły napływać nowe doniesienia, ale ze względu na ich charakter, należało do nich podchodzić z dozą ostrożności.

Najwięcej rzeczy wypływało z holenderskich i niemieckojęzycznych mediów. "Motorsport-Total" informował, że cała sytuacja jest powiązana ze skargą jednego z pracowników Red Bull Racing. Nie wiadomo było wówczas, czy chodzi o kobietę, mężczyznę czy osobę innej płci. W każdym razie skarżący miał narzekać na agresywne zachowanie Hornera, które było już nie do zniesienia.

"Bild" poszedł ze swoimi informacjami o krok dalej. Według niemieckiego tabloidu poszkodowana to kobieta, a Horner miał jej wysyłać "niestosowne zdjęcia". Dziennik jednak powoływał się na źródła, których nie można uznać za pewne i do końca wiarygodne. W związku z tym trzeba było czekać na rozwój sytuacji.

Horner pod ścianą

Brytyjczyk znalazł się w niekomfortowej sytuacji. Świat wie o aferze, ale praktycznie nikt spoza Red Bulla nie zna szczegółów sprawy. Jeśli cokolwiek wychodzi na światło dzienne, to są to szczątkowe informacje, ale z czasem mogą dać nam zaskakujący obraz.

Szef Red Bulla był przesłuchiwany przez wewnętrzną komisję w piątek 9 lutego. Przesłuchiwanie miało trwać naprawdę długo, bo aż osiem godzin. Gdyby to była błaha sprawa, to Horner zeznawałby znacznie krócej, a decyzja w jego sprawie zostałaby podjęta przed 15 lutego - wtedy Red Bull miał prezentację bolidu na sezon 2024.

W ostatnich dniach pozycja Hornera była coraz gorsza, głównie przez kolejne doniesienia - tym razem o konflikcie z najważniejszymi osobami w zespole. "Daily Mail" sugerował, że wszystko zaczęło się sypać po śmierci Dietricha Mateschitza. Na tapet wrócił temat jego sporu z Helmutem Marko, o ich tarciach mówi się od miesięcy. Horner miał nawet domagać się zwolnienia 80-latka. Ten dziś pełni rolę doradcy, ale w praktyce ma wpływ na obsadę kierowców w Red Bullu i dzisiejszym Visa CashApp RB. Obaj panowie latem i jesienią zapewniali jednak, że ich relacja wygląda w porządku.

Horner miał swoim zachowaniem zrazić do siebie także Verstappenów - Maksa i jego ojca, Josa. Holendrzy nie mają zamiaru stawać w jego obronie za wszelką cenę. Brytyjczyk miał też się poróżnić z Adrianem Neweyem, jednym z najlepszych projektantów bolidów w historii F1. Mówiło się, że Horner i Newey chronią siebie nawzajem swoimi kontraktami - jeśli odejdzie jeden, drugi będzie miał prawo odejść razem z nim. Ale w obecnej sytuacji i w przypadku odejścia Hornera Newey nie miałby zamiaru za nim iść, choć łączono go z Ferrari.

Całej aferze przyglądają się władze F1 oraz Liberty Media, spółka zarządzająca serią. Stefano Domenicali miał powiedzieć wprost, że jeśli będzie ewidentna wina Hornera, to powinien sam podać się do dymisji. Z uwagą śledzą wszystko także przedstawiciele Forda, z którym Red Bull będzie współpracował od 2026 r.

Podziały ws. szefa RBR mają być także na samej górze koncernu. Według holenderskich i brytyjskich mediów Horner nie ma poparcia w zespole, ale większościowy właściciel (Chalerm Yoovidhya z Tajlandii, ma 51 proc. udziałów) jest za tym, by pozostał na stanowisku do czasu zakończenia śledztwa. Pozostali nie podzielają jego zdania, głównie udziałowcy z Austrii, ale Yoovidhya ma większy pakiet akcji i ma więcej do powiedzenia. Zastosowano tu zasadę domniemania niewinności.

Horner ma tylko jedno rozwiązanie

Tak naprawdę Horner ma teraz związane ręce. Jedyne, co mu zostaje, to nieprzyznawanie się do winy podczas kolejnych rozmów z mediami. Już w wywiadzie dla Sky Sports stwierdził, że oskarżenia przeciwko niemu są bezpodstawne, a zarzuty mijają się z prawdą.

- Oczywiście całkowicie zaprzeczam wszelkim oskarżeniom i zarzutom, jakie zostały mi postawione, ale oczywiście będę pracować nad tym procesem, który, mam nadzieję, zakończy się w najbliższej przyszłości - przyznał.

 

Horner w ogóle nie rozważał dymisji, ani tymczasowej rezygnacji. Ma zamiar pracować, dopóki go nie zwolnią. Kamer i reflektorów także nie będzie unikać.

- Zaprzeczam zarzutom. Dla mnie to normalny proces. Jestem przekonany o swojej niewinności. Gdybym nie był, nie byłoby mnie tutaj - powiedział.

- Zbudowałem ten zespół, przekonałem ludzi, aby tu przyjechali i pracowali. Lubię pracować z zespołem i ludźmi. Największym atutem tego zespołu są ludzie. Pozostaję w pełni oddany drużynie - dodał.

Zarzuty są jednak konkretne

W piątek 16 lutego pojawiły się nowe informacje w sprawie. Już wcześniej "De Telegraaf" donosił, że dowody przeciwko Hornerowi mają być bardzo kompromitujące dla niego. Ale to, co przedstawili teraz Holendrzy, stawia Brytyjczyka w jeszcze gorzej pozycji.

Jak podaje dziennikarz Erik van Haren, Horner miał dopuścić się molestowania seksualnego. Wysyłał do pracownicy wiadomości o charakterze seksualnym. Kobieta nie wyrażała zgody na wiadomości o takiej treści.

Co ciekawe, historia miała krążyć po padoku F1 przynajmniej od kilku miesięcy, także w Komisji F1, w której Brytyjczyk zasiada. Horner miał robić wszystko, by nie wypłynęło to do mediów. Miał proponować poszkodowanej pracownicy ugodę, na mocy której zapłaciłby jej aż 760 tys. euro, czyli ponad 3,3 mln zł. Kobieta miałaby milczeć, a sprawa poszłaby w zapomnienie. Pokrzywdzona jednak nie przystała na tę propozycję.

Sam Red Bull wiedział, że może wybuchnąć afera i chciał wcześniej interweniować. W grudniu proponował Hornerowi dobrowolne odejście. W oficjalnym komunikacie podanoby problemy zdrowotne jako powód decyzji. Horner się nie zgodził na to.

Zdaniem van Harena coraz więcej osób ma być przekonanych, że po tym wszystkim nie da się dalej współpracować z Hornerem, a kolejne fakty, które pojawią się w sprawie, mają być jeszcze bardziej miażdżące dla szefa Red Bull Racing. Holenderskie media mają być w posiadaniu treści wiadomości, które Horner miał wysyłać do kobiety przez komunikator WhatsApp.

Tarcia są praktycznie pewne

W tym sporze mamy słowo przeciwko słowu. Horner się broni, odpiera ze spokojem wszelkie zarzuty. W rozmowie ze Sky wyglądał na naprawdę pewnego siebie i swoich racji. Jakby wiedział, że śledczy tak naprawdę nic na niego nie mają.

Holendrzy są jednak innego zdania - dowody przeciwko szefowi Red Bulla są na tyle mocne, że w pewnym momencie będzie musiał przyznać się do winy.

Śledztwo potrwa co najmniej kilka tygodni. To oznacza, że Horner bez problemu poleci na pierwszy wyścig do Bahrajnu. Głównym zadaniem śledczych będzie sprawdzenie, czy dowody przeciwko Hornerowi nie zostały sfabrykowane.

Jedno jest pewne - w najbliższym czasie wszyscy będą mogli obserwować tarcia i napięcia między Hornerem i najważniejszymi ludźmi w zespole Red Bulla. Dopóki trwa śledztwo, a Horner piastuje swoje stanowisko, dopóty atmosfera będzie naprawdę napięta. Widać, że tworzy się obóz, który domaga się natychmiastowego zwolnienia szefa ekipy RBR.

Sprawa może trafić przed brytyjski sąd, bo pokrzywdzona kobieta miała już zaangażować prawników do przygotowania pozwu przeciwko szefowi zespołu.

To nie powinno mieć miejsca

Do wszelkich informacji i doniesień nt. Hornera trzeba podchodzić z odrobiną dystansu, by nie przypiąć mu łatki zdradzającego męża i zboczeńca. Brytyjczyk ma rodzinę z Geri Halliwell, jedną z wokalistek grupy Spice Girls, więc ta ewentualna nieudana próba romansu mogłaby się skończyć dla niego tragicznie w życiu prywatnym. Ale należy pamiętać, że wciąż niczego mu nie udowodniono.

Gdyby się okazało, że Horner jest czysty, mamy czarno na białym przedstawiony wewnętrzny konflikt w Red Bullu. To jest walka o władzę w zespole, jak w serialu "Sukcesja". Ktoś po prostu chce zniszczyć Brytyjczyka.

Christian Horner jest legendą F1 i należy mu się ogromny szacunek za wszelkie dokonania. Od 2009 r. Red Bull jest jednym z najlepszych w stawce, jego kierowcy siedem razy zdobywali tytuł mistrza świata. W dodatku Brytyjczyk dał się poznać jako sympatyczny człowiek, rodzinny i towarzyski, jako stanowczy i jednocześnie ludzki szef, który rozumie ludzkie słabości i błędy. Wiedział, kiedy wymagać od innych, a kiedy być tym najbardziej odpowiedzialnym. Racjonalista.

Horner spędził w Red Bullu 19 lat. Z jednej strony nie zasłużył na to, żeby go tak potraktowano, bo inny ważny ma odmienną wizję zespołu. Wtedy cały okres jego pracy pełnej sukcesów traci na znaczeniu. Z drugiej może się okazać, że sam sobie jest winny. Wtedy trudno będzie go tutaj bronić i rozumieć.

Mamy atmosferę afery, możemy mieć atmosferę prawdziwego skandalu, który może zrujnować karierę Hornera. Red Bull, niezależnie od końcowej decyzji, może czuć się wygranym - albo zachowa wybitną postać, albo pokaże, że jest konsekwentny. Ale za jaką cenę?

Niemniej cała sytuacja budzi niesmak ze względu na to, że widać, że Red Bull jest podzielony, a niektórych ludzi ogarniają pycha, chciwość i nieczystość. Nie będzie można nikomu ufać.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.