"Najgorszy dzień w historii F1". Kiedyś była farsa, teraz ma być przełom

Karol Górka
GP Miami to kolejny wyścig Formuły 1 w Stanach Zjednoczonych. Historia rund w USA jest bardzo trudna, a kolejne wyścigi nie były w stanie rozkochać w sobie amerykańskich kibiców. Szef Minardi jeden z nich określił "pier****nym wyścigiem". Ale wszystko wskazuje, że Liberty Media znalazła sposób, by Amerykanie wreszcie pokochali F1. To może być przełom.

Miami jest kolejnym amerykańskim torem, który pojawia się w Formule 1. Przy okazji tego wyścigu nie brakowało kontrowersji - jeszcze w ciągu ostatnich kilku tygodni przed wyścigiem mieszkańcy próbowali zablokować organizację rundy. Sąd jednak stanął po stronie Liberty Media i pierwszy weekend na torze zbudowanym wokół Hard Rock Stadium doszedł do skutku.

Zobacz wideo Czy Robert Kubica ma jeszcze jakiekolwiek szanse w Formule 1?

Ale Formuła 1 niemal od zawsze miała "pod górkę" z kibicami w Stanach Zjednoczonych. - Tamtejsi kibice kochają wyścigi na torach owalnych - w ich sercach króluje seria NASCAR dla samochodów przypominających konstrukcje drogowe, o dość prostej mechanice, które niemal co tydzień dają pełny emocji i dramaturgii spektakl na szybkich owalach. Swoją renomę mają również zmagania w IndyCar, z największym i najważniejszym wyścigiem sezonu - Indianapolis 500 - pisze w swojej najnowszej książce "Szybko, szybciej, najszybciej" Mikołaj Sokół.

Sebastian Vettel założył bokserki na kombinezonVettel kpi z decyzji władz F1. Założył majtki na kombinezon. Hamilton założył "tonę" biżuterii

Formuła 1 po raz pierwszy zorganizowała rundę w USA na torze Sebring, ale ta nie spotkała się z entuzjazmem amerykańskich kibiców. Dlatego już rok później wyścig zorganizowano na torze Riverside, ale skutek był podobny - odbył się tylko jeden wyścig. Znacznie dłużej F1 ścigała się na Watkins Glenie - od 1961 aż do 1980 roku, gdzie wygrywali m.in. Jim Clark, Graham Hill, Niki Lauda czy James Hunt.

Ale wyścigów w USA było znacznie więcej. - Zaczęto wykorzystywać inne popularne w USA rozwiązanie - tory uliczne. W taki sposób mistrzostwa świata trafiły do kalifornijskiego miasta Long Beach, gdzie w latach 1976–1983 ścigano się wzdłuż portu, w którym na stałe cumuje słynny transatlantyk Queen Mary. Formuła 1 odwiedzała także Detroit, Dallas i Las Vegas - tam sztuczny nawet jak na amerykańskie standardy tor wytyczono na parkingu hotelu Caesars Palace oraz na przylegających doń nieużytkach. Właśnie dzięki tym wyścigom po raz pierwszy w historii Formuła 1 trzykrotnie podczas jednego sezonu odwiedziła ten sam kraj - w 1982 roku zorganizowano wyścigi w Long Beach, Detroit i Las Vegas. Ostatnim miejskim przystankiem było Phoenix, ale z rywalizacji w stolicy Arizony zrezygnowano po zaledwie trzech wizytach na przełomie lat 80. i 90., większą uwagę miejscowych fanów przyciągały bowiem nawet wyścigi strusi - opisał w swojej książce Mikołaj Sokół.

Kolejna przerwa od startów Formuły 1 w USA nie trwała zbyt długo. Już w 2000 roku kolejny amerykański tor znalazł się w kalendarzu F1. Tym razem mowa o najsłynniejszym torze w Stanach Zjednoczonych - Indianapolis. Specjalnie na potrzeby F1 zbudowano wewnętrzną nitkę toru, wykorzystującą tylko jeden zakrętów pętli owalnej. Jak się okazało, już kilka lat później stał się wyjątkowo pechowym zakrętem.

Sebastian VettelVettel w Miami ostrzega przed globalnym ociepleniem. Założył specjalną koszulkę

Najbardziej kuriozalny wyścig Formuły 1 w historii. "Pier****ne szaleństwo"

W 2005 roku w Formule 1 obowiązywał nietypowy przepis. Zakazano zmiany opon podczas wyścigu. Jak się okazało, pochylony ostatni zakręt sprawiał ogromne kłopoty oponom przygotowanym przez Michelin, z których korzystało aż siedem z dziesięciu zespołów. Trwała walka o zmianę w układzie toru, aby rozwiązać problem, które zdaniem francuskiego producenta, zagrażał bezpieczeństwu kierowców. Na zbudowanie dodatkowej szykany nie zgodziła się FIA (Międzynarodowa Federacja Samochodowa), tłumacząc to względami odpowiedzialności przy nieprzestrzeganiu własnych procedur w przypadku wypadku i ewentualnego procesu.

Zespoły korzystające z opon Bridgestone takiego problemu nie miały, a wszelkie propozycje FIA na rozwiązanie problemu spotykało się z brakiem zgody przez pozostałe zespoły. One z kolei nie chciały dopuścić do sytuacji, w której te trzy ekipy byłyby faworyzowane przez opony. Ostatecznie nie udało się dojść do porozumienia, co doprowadziło do jednego z najbardziej kuriozalnych wyścigów w historii całego motorsportu, nie tylko Formuły 1.

"Chcą zobaczyć moje genitalia, proszę bardzo". FIA tłumaczy kontrowersyjny przepis

Na polach startowych przed okrążeniem formującym ustawiło się wszystkie 20 bolidów. Aż 14 z nich zamiast ponownie ustawić się na polach, zjechało do swoich garażów. Do wyścigu przystąpiło więc tym samym tylko 6 kierowców, czyli kierowcy Ferrari, Minardi i Jordana. Kibice najpierw reagowali gwizdami, buczeniem i rzucaniem przedmiotem na tor, a następnie ruszali masowo do kas, żądając zwrotu pieniędzy za bilety zakupione na wyścig. Tłum był tak wielki, że interweniować musiała policja.

Paul Stoddart, szef Minardi, nie ukrywał złości w rozmowach z dziennikarzami, jeszcze w trakcie rywalizacji.

"To najgorszy dzień w historii Formuły 1" - zżymał się jeszcze w trakcie wyścigu. - Współczuję zespołom z obozu Michelin. Moje samochody są na torze tylko dlatego, że kierowcy Jordana stanęli na starcie, mimo że rano ustaliliśmy, że nie pojedziemy. To nie wyścig, tylko farsa. Przepraszam kibiców na torze i miliony przed telewizorami. Formuła 1 powinna być sportem, a nie…
– Jesteś na mnie zły? - zastanawiał się przepytujący go na żywo holenderski reporter Jack Plooij.
– Nie, Jack. Po prostu miałem właśnie przekląć na antenie twojej telewizji, ale się powstrzymałem - odparł szef Minardi.
– Ależ w naszej telewizji można przeklinać, nie przejmuj się.
– Mogę? Na pewno? To jest p......one szaleństwo!" - przypomniał w swojej książce Mikołaj Sokół.

I choć to oficjalnie nie był jeszcze koniec F1 na Indianapolis, ostatnia edycja odbyła się zaledwie dwa lata później. I znów USA wypadło z kalendarza, choć nie na długo. W 2012 roku odbył się pierwszy wyścig na nowym torze Circuit of The Americas w Teksasie. I wreszcie Stany Zjednoczone pokochały się z Formułą 1, czego najlepszym dowodem jest rekord frekwencji ustanowiony w 2021 roku, gdy przez cały weekend na torze pojawiło się ponad 400 tysięcy kibiców. Z kolei debiutująca w tym roku runda w Miami przyciągnęła dziesiątki celebrytów. W garażu Mercedesa pojawiła się także była pierwsza dama USA Michelle Obama.

Ale miłość Stanów Zjednoczonych do Formuły 1 bierze się z wielu czynników. Właścicielem praw komercyjnych do F1 jest Liberty Media, amerykańska firma medialna, która stara się wprowadzać elementy show, znane z największych amerykańskich wydarzeń, tj. Super Bowl czy finały NBA. Stara się także dotrzeć do nowych fanów, dzięki serialowi "Jazda o życie" na platformie Netflix. I to przynosi efekty, czego dowodem są liczne badania i wyniki oglądalności serialu.

Dlatego nikogo już nie dziwi, że Formuła 1, poza wyścigiem na Circuit of The Americas, a także rundzie wokół Hard Rock Stadium w Miami, chce szukać jeszcze innych miejsc w Stanach Zjednoczonych. Od 2023 roku w kalendarzu pojawi się także kolejny tor, zbudowany na ulicach Las Vegas.

Więcej o: