Kibic pokazał ostatnie chwile Senny i Ratzenbergera. "Teraz pewnie każdy by to nagrywał"

Jakub Balcerski
- Ten przeklęty 1994 rok wciąż do mnie wraca. Tuż przed wypadkiem tor pełen był ludzi kibicujących swoim kierowcom i nie słyszałem nic poza radiowymi wskazaniami dyrekcji wyścigu. A potem nastała wielka cisza po uderzeniu Williamsa w ścianę. Niesamowite, bo wydawało się, że 100 tysięcy ludzi modliło się razem za Sennę - mówi o wypadku, który zabrał życie trzykrotnemu mistrzowi świata szef porządkowych na torze Imola, Marcello Contavalli.

20 lat po wydarzeniach z 1994 roku, oficjalny profil grupy porządkowych toru Imola opublikował zdjęcie, na którym Ayrton Senna wstaje z rozbitego bolidu Williamsa. Wcześniej uderzył nim w ścianę w trakcie pokonywania zakrętu Tamburello. Podpisano je "coś, co wszyscy chcielibyśmy zobaczyć tamtego dnia". Bo to niestety przerobiona wersja zdjęcia z 1 maja, na którym Ayrton Senna leżał nieruchomo w samochodzie po wypadku, przez który stracił życie. Dzień wcześniej zginął Roland Ratzenberger. 

"Nie miałem uczucia, że filmuję historię"

Thomas Groenvold w styczniu 2017 roku opublikował na YouTube swoje nagranie z toru Imola. Gdy nagrywał je 24 lata wcześniej, nie mógł się spodziewać, że kiedyś jego 25-minutowe urywki z kwalifikacji i wyścigu do Grand Prix San Marino staną się bezcennymi nagraniami dokumentującymi ostatnie chwile dwóch kierowców Formuły 1. Do dziś trzy stworzone przez niego filmy z tamtymi nagraniami odtworzono blisko 3,5 miliona razy.

Zobacz wideo F1 może wprowadzić zmiany po wypadku Grosjeana. Nie wszystko zadziałało

Norweg był na swoim drugim wyścigu na torze w życiu. Wcześniej pojechał na Hungaroring do Budapesztu w 1990 roku, na pierwszy wyścig F1 po upadku muru berlińskiego. Amatorskie nagranie z Imoli zaczyna się od momentu parkowania samochodu niedaleko parku miejskiego, wokół którego zbudowano tor. Ojciec Groenvolda radośnie pokazuje do kamery bilet uprawniający do wejścia na teren obiektu, a następnie go całuje i pyta Thomasa "A gdzie masz swój?". Na kolejnym ujęciu idą już razem na trybuny, a po drodze mijają pierwsze stoiska z gadżetami kierowców. Można sobie wówczas uświadomić: nikt, kto przyjechał wtedy na Imolę nie wiedział, że to będzie akurat ten weekend. Kibice przyjechali wspierać ulubionych kierowców, a nie być świadkami ich śmierci.

 

- Nie miałem poczucia, że filmuję historię i, że kiedyś to wszystko zobaczą miliony ludzi na całym świecie. Chciałem po prostu mieć coś, co później pokażemy rodzinie jako pamiątkę z wakacyjnego wyjazdu, na którym udało się także dotrzeć na wyścig. Okazało się, że będą cenniejsze niż mógłbym przypuszczać. Po latach zgrałem je i wrzuciłem na YouTube z myślą, że te obrazki mogą kogoś zainteresować, ale nie miałem na myśli takiej skali. Teraz rozumiem, że to faktycznie kawałek historii tamtego weekendu. Wtedy niewiele osób miało kamery, teraz pewnie każdy nagrywałby to, co się stało, a w okolicznościach z 1994 roku powstało coś unikalnego - mówi Groenvold dla Sport.pl.

Roland RatzenbergerF1. Śmierć zabrała w jeden weekend dwóch wielkich kierowców. "Dwa pogrzeby, dwa światy"

"Wrak bolidu Ratzenbergera wywarł na nas ogromne wrażenie, to był przerażający widok"

Już w piątek na Imoli zaczęło dziać się źle. Potężny wypadek miał Rubens Barrichello, ale na szczęście Brazylijczykowi nie stało się nic poważnego. Thomas był wówczas ze znajomymi, u których nocował i tego jeszcze nie zobaczył z trybun. Wraz z tatą pojawili się na nich w sobotę i niedzielę, zajęli miejsca na widowni naprzeciwko prostej startowej ze świetnym widokiem na wszystko, co działo się w alei serwisowej. W piątek i sobotę odbyły się dwie sesje kwalifikacyjne. Kierowcy zajmowali miejsca na starcie według najlepszego czas z dwóch sesji. Roland Ratzenberger z zespołu Simtek w pierwszej tracił aż sześć sekund do najlepszego czasu Ayrtona Senny. Następnego dnia za wszelką cenę chciał się poprawić. Na jednym z zakrętów wyjechał za szeroko i uszkodził przednie skrzydło, wracając na tor. Austriak poświęcił resztę zmarnowanego okrążenia na sprawdzenie, czy uszkodzenia wpływają na to, jak prowadzi się samochód. Nie zjechał jednak do alei serwisowej na wymianę i Thomas nagrał, jak kierowca rozpoczyna kolejne okrążenie pomiarowe. Tego, że w zakręcie imienia Gillesa Villeneuve’a przednie skrzydło odpadło od bolidu już nie widział. Nie miał świadomości, że bolid Ratzenbergera uderzył w betonową ścianę, a gdy się zatrzymał, głowa kierowcy bezwładnie opadła na ramię.

 

- O tym, że nie żyje, dowiedzieliśmy się dopiero po całym dniu. Na torze nie było wielkich ekranów z powtórkami, jak teraz. O wypadku usłyszeliśmy z ogłoszenia spikera na torze i wiadomości od innych kibiców - tłumaczy Groenvold, a na jego filmie widać, jak przez prostą startową przejeżdża ciężarówka, która wiezie wrak bolidu Ratzenbergera. Wcześniej w powietrze wzbija się helikopter, którym lekarze transportują zawodnika, żeby w szpitalu podjąć ostatnią, nieudaną próbę uratowania Austriaka. - Gdy zobaczyliśmy, co zostało po jego bolidzie, zrozumieliśmy, jak poważny był to wypadek. Wywarł na nas ogromne wrażenie, to był przerażający widok. Jednocześnie wciąż nie wierzyliśmy, że będzie tak fatalny w skutkach. Wierzyliśmy za to, że to ostatni wypadek w trakcie weekendu - dodaje. Niedziela przyniosła jednak kolejne trudne chwile.

 

"Zapytałem kelnera o to, co z Senną. Odparł krótko: Senna morto"

Najpierw wypadek podczas wyścigu towarzyszącej F1 serii Porsche Supercup miał Francuz Jacques Heuclin. On na szczęście odniósł tylko niewielkie obrażenia po mocnym uderzeniu w ścianę toru. Za to podczas startu wyścigu Formuły 1 ranni zostali kibice. Nie ruszył bolid Fina JJ Lehto, więc kierowcy startujący za nim musieli uważać, żeby nie uderzyć w jego samochód. Kraksy nie uniknął Portugalczyk Pedro Lamy, a części oderwane od obu bolidów pofrunęły poza ogrodzenie oddzielające kibiców od toru i trafiły kilku z nich. - Staliśmy tam z tatą dzień wcześniej. Mówiliśmy sobie, że mieliśmy szczęście, bo gdybyśmy stamtąd oglądali wyścig pewnie też trafiłyby w nas odłamki - mówi Thomas Groenvold. Na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa, który pozostał na nim do końca piątego okrążenia. Potem zjechał, a kierowcy wznowili ściganie, tylko żeby przerwać je już po na siódmym kółku. Na filmie Groenvolda tego nie ma, ale widział jak prowadzący stawkę Ayrton Senna przejeżdża przez prostą startową drugiego okrążenia po restarcie i dojeżdża do długiego zakrętu Tamburello. To tam jego Williams pojechał niemal prosto, zamiast skręcić w lewo, uderzył w ścianę, a oderwana od bolidu część zawieszenia prawego koła raniła Sennę przez kask w głowę.

 

I znów wszystko, co kibice na torze wiedzieli o wypadku trzykrotnego mistrza świata ograniczyło się do ogłoszeń spikera i przekazywania sobie informacji pomiędzy kibicami, którzy słuchali włoskiego radia. - Nie wiedzieliśmy nic o jego stanie zdrowia - opisuje Groenvold. Za to widzowie śledzący wyścig w telewizji widzieli wszystko - uderzenie w ścianę, to, jak bolid zatrzymuje się na torze i nieruchomego Sennę. Wypadek w realizacji telewizyjnej nie wyglądał na tak poważny, jaki był w rzeczywistości. Dopiero reakcja służb, które najpierw pomagały Sennie w bolidzie, a następnie zdjęły mu kask i ułożyły zawodnika na ziemi, próbując go ratować, uświadomiła widzów, że trwa walka o życie Senny. Kamera pokazywała ich działania przez cały czas z perspektywy helikoptera krążącego nad zakrętem Tamburello. Na torze pozostała wielka kałuża krwi, a Sennę przeniesiono do helikoptera ratunkowego, który w międzyczasie wylądował na torze. Brazylijczyk trafił do szpitala, gdzie niestety zmarł. - Zrozumieliśmy, jak poważna jest sytuacja po reakcjach w alei serwisowej. Członkowie zespołów oglądali to, co działo się wokół bolidu Senny na telewizorach w boksach i nie dowierzali. Bardzo zdenerwowany był także kierowca Ferrari, Gerhard Berger. Wyścig dokończono, więc myśleliśmy, że sytuacja nie jest tak zła. Potem dotarliśmy do hotelu, gdzie chcieliśmy zjeść kolację. W oczekiwaniu na posiłek zapytałem kelnera o to, co z Senną. Odparł krótko: ‘Senna morto’, a my straciliśmy apetyt - przytacza Groenvold.

 

Na jego filmie jeszcze przed startem wyścigu Senna pojawia się kilkukrotnie. Robi sobie zdjęcia z gośćmi przechadzającymi się przy garażu Williamsa i z nimi rozmawia, a także dojeżdża na pierwsze pole startowe wywalczone w kwalifikacjach. Obserwujemy jego ostatnie chwile przed śmiercią. Groenvold pokazał także scenę zamieszania w alei serwisowej już w dalszej części wyścigu o GP San Marino, gdy dwóch mechaników Ferrari i Lotusa uderzyło koło, które oderwało się od bolidu Michele’a Alboreto, a także oklaski kibiców dla Michaela Schumachera, który wygrał wówczas pierwszy wyścig w karierze. Jedyne podium wywalczył też kierowca Ferrari, Nicola Larini, który dał choć trochę radości zgromadzonym na Imoli tifosim. A przynajmniej tym, którzy pozostali na torze, bo część kibiców po wypadku Senny pogrążona w smutku i niedowierzaniu opuściła trybuny.

Kibice najpierw cieszyli się po wypadku Senny. Gdy helikopter zabierał go do szpitali zrobili mu ostatnią owację

W filmie innego kibica pokazującym to, jak wyglądał wypadek Senny z perspektywy kilku zakrętów za Tamburello, widać, z jaką siłą bolid Williamsa wypadł z toru i uderzył w ścianę. Może dziwić reakcja kibiców. Ci, którzy siedzieli na szczycie ogrodzenia i odwróceni patrzyli na samochód Brazylijczyka, zaczęli się cieszyć i wiwatować na cześć Ferrari. To dlatego, że Gerhard Berger jeżdżący wówczas dla włoskiego zespołu awansował na drugie miejsce. Potem wszyscy jednak ucichli, gdy zobaczyli, jak poważna jest sytuacja. Gdy helikopter transportujący Sennę do szpitala wzbijał się w powietrze zaczęli klaskać. To była ostatnia owacja dla wielkiego mistrza.

 

- Na mój filmik odpowiedziały setki osób w komentarzach na YouTube, dostałem też dziesiątki maili. Jeden z nich zupełnie mnie zaskoczył. Napisał przyjaciel rodziny Rolanda Ratzenbergera i spytał, czy mogę mu przekazać cały materiał związany z nim, który mam. Później przekazywał mi podziękowania od jego ojca i bliskich. Fragmenty tego materiału trafiły także do filmu dokumentalnego o Ratzenbergerze - mówi nam Thomas Groenvold. Pytamy jeszcze, czy wróciłby do Imoli po tym, co przeżył tam jako kibic 27 lat temu. - Tak, chciałbym tam jeszcze pojechać. Gdy myślę o tym weekendzie, czuję jednocześnie wielki smutek po tym, co się zdarzyło, ale jednocześnie poczucie wyjątkowości. Bo pozostanie jednym z głównych elementów historii F1 już na zawsze. Chcę zobaczyć, jak Roland i Ayrton zostali tam upamiętnieni, złożyć im hołd i obejrzeć wyścig - zapewnia Norweg.

Śmierć zabrała w jeden weekend dwóch wielkich kierowców. Śmierć zabrała w jeden weekend dwóch wielkich kierowców. "Dwa pogrzeby, dwa światy"

"Porządkowi w Tamburello czekali aż Senna wyjdzie z bolidu o własnych siłach"

Marcello Contavalliego łączyło z Imolą wiele już w wieku 12 lat. Często jeździł rowerem po parku otaczającym tor i wkładał karty do gry pomiędzy szprychy w kole tak, żeby ich dźwięk przypominał silnik. W 1989 roku zaczął pracować na torze jako porządkowy. Feralny weekend był jego piątym wyścigiem w tej roli. W niedzielę pracował w zakręcie Piratella, a wypadek Senny widział tylko u operatora telewizyjnego. - Usłyszałem o nim przez radio służące porządkowym do komunikacji. Wywiesiliśmy czerwoną flagę i patrzyliśmy, co dzieje się z Senną na monitorze obsługujących kamery w naszym zakręcie. Po kilku minutach zdałem sobie jednak sprawę z tego, jak poważna jest sytuacja. Na torze nigdy wcześniej nie lądował helikopter. O śmierci Senny dowiedziałem się wieczorem po wyścigu, ale już wtedy wiedziałem, że jego stan musiał być krytyczny - wskazuje Contavelli w rozmowie dla Sport.pl.

- Od razu wiedzieliśmy, że to nie błąd kierowcy, ani jakiś problem na torze. Gdy patrzyliśmy na to, jak służby zajmują się Senną i starają się go ratować, nie rozmawialiśmy w gronie porządkowych. Każdy był zdenerwowany i milczał wpatrzony w monitor. Po wszystkim koledzy opisali mi, jak wyglądało to z ich perspektywy. Mówili o gwałtownym i potężnym wypadku, ale porządkowi w Tamburello czekali aż Senna wyjdzie z bolidu o własnych siłach. Wtedy nic nie wskazywało na to, że jego skutki będą aż tak poważne - opisuje Marcello Contavalli.

"Niesamowite, bo wydawało się, że 100 tysięcy ludzi modliło się razem za Sennę"

Porządkowi to grupa, która obok lekarzy przy wypadkach jest najbliżej kierowców. Tym razem jako pierwsi dobiegali do bolidów Ratzenbergera, a później Senny i byli pierwszymi świadkami ich śmierci. - W przeciwieństwie do Senny, od razu zdaliśmy sobie sprawę, że Roland nie ma szans przeżyć po utracie przyczepności i uderzeniu w betonową ścianę. W najszybszym punkcie toru samochód był nie do opanowania, a stan Ratzenbergera od razu bardzo poważny - tłumaczy Contavelli.

- Gdy wróciłem na tor po weekendzie, czułem niepokój i ogromny smutek. Ten przeklęty 1994 rok wciąż do mnie wraca. Doskonale pamiętam te chwile. Tuż przed wypadkiem tor pełen był ludzi kibicujących swoim kierowcom i nie słyszałem nic poza radiowymi wskazaniami dyrekcji wyścigu. A potem wielka cisza po uderzeniu Williamsa w ścianę. Niesamowite, bo wydawało się, że 100 tysięcy ludzi modliło się razem za Sennę - opisuje Włoch. Dzisiaj Marcello Contavelli jest szefem grupy porządkowych pracujących na Imoli. Prowadzi ponad 200 osób przygotowujących wyścigi F1 i innych serii goszczących na torze. Wraz z nim pozostało w niej dwadzieścia, które pamiętają 1994 rok. - Zostało nas kilku staruszków. Pamiętam, że wtedy przygotowania były podobne, jak dziś. Zawsze w pełni profesjonalne i koordynowane przez ludzi gotowych na wszystko. Ale te wspomnienia pozostaną z nami do końca życia - zaznacza Contavelli.

"Czułem, że nic nie jest w porządku od momentu, gdy wszedłem na tor"

- Na początku weekendu rozmawiałem z Ayrtonem, a on mówił mi, że jest pod sporą presją po dwóch nieudanych wyścigach otwierających sezon. Czułem, że nic nie jest w porządku od momentu, gdy wszedłem na tor pierwszego dnia - mówi Sport.pl fotograf Damona Hilla, partnera Senny z Williamsa, Jon Nicholson. - W trakcie wyścigu byłem w następnym zakręcie po Tamburello i wraz z dziennikarzem "Presse" z Francji zauważyliśmy, że coś groźnego się stało. Staraliśmy się zrozumieć, co dokładnie i wtedy z krótkofalówki jednego z porządkowych usłyszeliśmy zdanie "Senna nie żyje". To nie było jeszcze potwierdzone, więc tuż po wznowieniu wyścigu pobiegliśmy do alei serwisowej, żeby dowiedzieć się więcej - relacjonuje Brytyjczyk.

Dla Nicholsona doświadczenie tego weekendu w 1994 roku było ogromnym szokiem. - Fotografuję głównie ludzi i sport jest dla mnie źródłem radości, szczęścia. A te dni były przepełnione śmiercią i smutkiem. To były jedne z najbardziej przykrych chwil mojego życia. Widok krwi wytryskującej z kasku Rolanda po wypadku był fatalnym doświadczeniem. Teraz na mojej półce trzymam dwie przypinki - jedną Ayrtona i jedną Rolanda, które przypominają mi o ich historii, ale też o tym, jakimi byli ludźmi - wskazuje Jon Nicholson.

"Wypadek wywarł na mnie tak duże wrażenie, że zostawiłem zdjęcia w szafce na 25 lat"

Fotograf wykonał wyjątkowe zdjęcie Senny szykującego się do rozpoczęcia sobotniej części kwalifikacji. To po nich Brazylijczykiem wstrząsnęła śmierć Ratzenbergera i przed wyścigiem częściej niż o ściganiu myślał o bezpieczeństwie swoim i innych kierowców. Bezpośrednio przed niedzielną rywalizacją zwołał zebranie całej stawki dotyczące kwestii poprawienia standardów jeszcze w trakcie sezonu 1994. Na zdjęciu Nicholsona jest zamyślony, ale wciąż przejęty tym, że za chwilę wsiądzie do bolidu i wyjedzie na tor, a nie tym, co później się na nim stało.

- Ten portret Senny według mnie podsumowuje to wszystko, co się wydarzyło. W trakcie tego weekendu potrafił być tak skupiony i spokojny, jak na zdjęciu. Jego wypadek wywarł na mnie tak duże wrażenie, że zostawiłem to i inne zdjęcia w szafce na 25 lat. Pojawiają się ludzie, którzy twierdzą, że mieli do niego dostęp, że byli blisko Ayrtona. Każdy chce kawałek tej historii dla samego siebie. Ciągle dostaję wiele zapytań o to zdjęcie, a wtedy nad nim myślę. I dochodzę do wniosku, że cały tamten sezon był nadzwyczajny. W kolejnych wyścigach mieliśmy jeszcze kraksy Karla Wendlingera w Monako, czy kilka w Hiszpanii, które też wyglądały groźnie. 1994 rok był po prostu bezlitosny - ocenia Nicholson.

Wypadek Ayrtona Senny podczas Grand Prix San MarinoF1. Podszedł do leżącego Ayrtona Senny i poczuł jak z ciała uchodzi dusza. Nigdy czegoś takiego nie widział [CYKL Formuła 1(000)]

"Damon Hill jeszcze kilka lat przed przyjściem do F1 wskazywał palcem Sennę i mówił, że będzie największym w historii"

- Znałem Sennę w niewielkim stopniu, ale zdążyłem uświadomić sobie, że był wspaniałym kierowcą i człowiekiem. Długo znałem jednak Damona, a on jeszcze kilka lat przed przyjściem do F1 wskazywał mi kiedyś Sennę i mówił, że "to on będzie największym w historii". Pamiętam, że zimą podczas testów przed sezonem 1994 we Francji zapytałem Ayrtona, czy zje z nami kolację w restauracji niedaleko toru. Odpowiedział, że jest chętny, ale długo nie przychodził i obaj z Damonem byliśmy zdziwieni. Wróciliśmy do hotelu i zastaliśmy Ayrtona z górą dokumentów z danymi, przez które zamierzał przebrnąć tego wieczoru. Pracował ciężko, miał ogromne pragnienie odniesienia sukcesu i pasję. Takim chcę go zapamiętać - przytacza Jon Nicholson.

Od śmierci Senny i Ratzenbergera przez dwadzieścia lat w Formule 1 nie było wypadku, który stałby się bezpośrednią przyczyną śmierci kierowcy. W 2015 roku wskutek obrażań po uderzeniu w dźwig na GP Japonii 2014 zmarł jednak Jules Bianchi. Cztery lata później życie po wypadku na torze Spa w Belgii stracił kierowca Formuły 2, Anthoine Hubert. W zeszłym roku śmierci uciekł Romain Grosjean, którego bolid stanął w płomieniach po przebiciu bariery na GP Bahrajnu. Po każdym z wypadków władze Formuły 1 wprowadzały zmiany w standardach bezpieczeństwa. Teraz seria stała się już o wiele bezpieczniejsza niż przed laty. FIA chce zapobiec temu, żeby ktokolwiek mógł jeszcze kiedyś doświadczyć tego, co ci, którzy w pierwszy weekend maja 1994 roku byli na torze Imola.