Szczęście lub jego brak decydowało o życiu Grosjeana. Dlaczego kierowcy F1 nadal muszą bać się śmierci?

Karol Górka
Wypadek Romaina Grosjeana, choć nie zakończył się tragicznie, przypomniał wszystkim, że Formuła 1 nadal jest śmiertelnie niebezpieczna. Pomimo zachowania wszystkich procedur i rozwiniętych systemów bezpieczeństwa, szczęście bądź jego brak, decydowało o życiu bądź śmierci Francuza.

Gdy Romain Grosjean uderzył w barierę na początku niedzielnego wyścigu o GP Bahrajnu, a jego bolid błyskawicznie stanął w płomieniach, niemal wszyscy spodziewali się najgorszego. Wypadek Francuza przypomniał zdarzenia, które Formuła 1 regularnie widziała w latach 70., a które bardzo często kończyły się w najgorszy możliwy sposób - śmiercią kolejnych kierowców. To sprawiło, że władze F1 postanowiły skupić się na poprawie bezpieczeństwa.

Zobacz wideo Nowy kalendarz F1 ma małe szanse na realizację

Już w 1981 roku McLaren zbudował pierwszy monokok. Aktualnie jest to jedna z najważniejszych części bolidu, której zadaniem jest ochrona kierowcy. Jest zbudowany z kilkudziesięciu warstw włókna węglowego, aby nawet w przypadku najpotężniejszych wypadków ochronić kokpit wraz z kierowcą. Gdy cały bolid rozpada się na drobne części, monokok musi pozostać w całości, ratując życie zawodników.

Z kolei w 2006 roku wprowadzono system HANS (Head and Neck System), którego zadaniem jest ochrona głowy i karku. On także już udowadniał swoją przydatność, choćby w 2007 roku, gdy na torze w Montrealu poważnemu wypadkowi uległ Robert Kubica. Polak przy prędkości ok. 300 km/h uderzył w betonową ścianę, a czujniki zamontowane w bolidzie zmierzyły przeciążenie w wysokości 75 G. Wówczas system HANS sprawił, że Kubica nie uderzył głową o kierownicę, unikając poważnych obrażeń.

Formuła 1 w ostatnich latach nie widziała tak poważnego zdarzenia, jak wypadek Grosjeana podczas GP Bahrajnu. O tym, jak przerażający był wypadek, świadczą reakcje innych kierowców, jeszcze podczas rywalizacji. Charles Leclerc dopytywał przez radio, czy są już informacje dotyczące Francuza. Gdy słyszał, że jeszcze ich nie ma, powtarzał tylko "f*ck, f*ck, f*ck". Z kolei Lewis Hamilton zwracał uwagę w rozmowach po wyścigu, że myślał jedynie o tym, że Grosjean ma żonę i dzieci i może powinien jeszcze raz przemyśleć sens dalszych startów.

Romain Grosjean, wypadek na torze w BahrajnieFatalny wypadek w F1! Rozerwany samochód i potężna eksplozja po starcie! [WIDEO]

Sebastian Vettel, czterokrotny mistrz świata zwrócił uwagę na zachowanie stalowej bariery, przez którą przebił się kokpit bolidu z Grosjeanem w środku. - Nie rozumiem, dlaczego samochód natychmiast stanął w płomieniach. Wygląda na to, że przyczyną była bariera, która nie powinna zawieść. To nie powinno się zdarzyć, bo bariera służy do odbijania bolidów - podkreślał Niemiec w rozmowach po zakończeniu GP Bahrajnu.

Dlaczego Grosjean nie odniósł żadnych obrażeń?

Warto w tym momencie się zastanowić, ile rzeczy złożyło się ostatecznie na fakt, że Grosjean nie odniósł w tym wypadku żadnych obrażeń, poza poparzeniami dłoni. Choć do eksplozji doszło niemal w momencie uderzenia w barierę, to pierwsze służby pojawiły się na miejscu zdarzenia już po dziesięciu sekundach. Natychmiast rozpoczęto akcję gaszenia, a do Francuza podbiegł lekarz wyścigu. On zawsze znajduje się w samochodzie medycznym, który pokonuje pierwsze okrążenie zawsze za ścigającymi się kierowcami. Dr Ian Roberts pomógł Grosjeanowi przeskoczyć przez barierę i odsunąć się od płonącego bolidu.

Niewiarygodne! Tyle zostało z bolidu F1 po wypadku! Jak kierowca mógł to przeżyć?!Niewiarygodne! Tyle zostało z bolidu F1 po wypadku! Jak kierowca mógł to przeżyć?!

Jeszcze kilka lat temu jakikolwiek element, w który uderzyłaby głowa kierowcy, siałaby spustoszenie w jego organizmie w momencie zderzenia. Najlepszym przykładem jest tu wypadek Julesa Bianchiego, który zmarł po kilku miesiącach wskutek obrażeń głowy i mózgu po uderzeniu w dźwig przy prędkości ok. 210 km/h. Jak wyliczono, jego głowa została poddana przeciążeniu w wysokości 254G, nie dając mu właściwie żadnych szans na uniknięcie śmiertelnych obrażeń. 

Tym razem Grosjean miał w swoim bolidzie zamontowany system HALO, który sprawił, że bariera tylko przesunęła się po kokpicie bolidu Francuza. Dzięki temu jego głowa nie spotkała się z żadnym elementem toru, który mógłby mu zagrozić. Trzeba jednak przypomnieć, że gdy ten system wprowadzono w 2018 roku, Grosjean był jego zagorzałym przeciwnikiem. Jego bolid stanął jednak w płomieniach, co po raz ostatni zdarzyło się w 1994 roku, po wypadku Josa Verstappena, ojca Maxa. Na szczęście dla Grosjeana, w tym roku w Formule 1 pojawiły się nowe kombinezony, które mają wytrzymać w ogniu przez 20 sekund, w przeciwieństwie do 10 sekund, które były wymagane do tej pory. Z poprzedniego materiału stworzone były rękawice, dlatego Francuz odniósł poparzenia dłoni.

O tym, jak istotny był przy wypadku Grosjeana system HALO, mogą mówić słowa matki Julesa Bianchiego. - Wprowadzono system HALO po wypadku mojego syna, a dziś uratował on Romainowi życie. To świetna wiadomość. Cieszę się, że nic mu się nie stało - powiedziała Christine Bianchi francuskiemu dziennikarzowi, Julienowi Febreau.

Kierowcy F1 nadal muszą obawiać się śmierci

Jak widać, nawet pomimo doskonałych systemów bezpieczeństwa, bardzo rozbudowanym elementom odpowiedzialnym tylko za bezpieczeństwo, na torach nadal czai się niebezpieczeństwo. I choć z ekstremalnie niebezpiecznej sytuacji Grosjean wyszedł niemal bez szwanku, nadal miał mnóstwo szczęścia. Tym razem dzięki niemu bez trudu mógł wydostać się z płonącego wraku. Pytanie, ile zajęłoby wyciągnięcie Francuza z kokpitu, gdyby stracił przytomność, czy utknął w barierze, co znacznie wydłużyłoby całą akcję ratunkową.

Wypadek Romaina Grosjeana podczas GP BahrajnuKto zawinił przy wypadku Grosjeana? Już raz tak zrobił. "Mały błąd, ale wielki wypadek"

Rok temu, podczas wyścigu F2 na torze Spa-francorchamps doszło do tragicznego w skutkach wypadku, gdy Anthoine Hubert wypadł z toru, uderzył w barierę, po odbiciu od której, wrócił na linię wyścigową. Wówczas w bok jego bolidu, przy prędkości 218 km/h trafił Juan Manuel Correa. I choć w bolidzie Francuza kokpit przetrwał uderzenie, obrażenia wewnętrzne sprawiły, że Hubert zmarł po przetransportowaniu go do szpitala. Według oficjalnego raportu, opublikowanego przez FIA, przyczyną wypadku był splot nieszczęśliwych wydarzeń. Zgodnie z opisem z raportu, zachowanie służb porządkowych i medycznych było w pełni prawidłowe, a żaden z kierowców nie popełnił błędu i odpowiednio reagował na sytuację na torze.

Dlatego trzeba nadal pamiętać, że Formuła 1 nadal niesie śmiertelne niebezpieczeństwo. Choć od 1994 roku i "czarnego weekendu" na Imoli, wskutek wypadku podczas rywalizacji zginął tylko jeden kierowca, kilku innych znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie bez powodu na akredytacjach dla dziennikarzy znajduje się napis "Motorsport is dangerous" (tłum. Motorsport jest niebezpieczny).