GP Niemiec. Trudna miłość do Formuły 1

- Przepraszam, czy jest pan dziennikarzem? Czy myśli pan, że zabiorą nam ten wyścig? - Takie pytanie dostałem zaraz po wyjściu z samochodu, na trawiastym parkingu nieopodal toru. Zadał je mieszkaniec miasteczka Hockenheim, który za Formułą 1 nie przepada, ale równocześnie nie wyobraża sobie bez niej nie życia.

- Zamknęliśmy szkołę, aby móc pozwolić sobie na organizację tego wyścigu. A my jesteśmy małą społecznością. 21 000 osób. W innych miejscach tory mają wsparcie - jeśli nie rządu, to chociaż lokalnych władz, ale to robimy sami - informuje mój rozmówca, mężczyzna około 40 roku życia, na spacerze z pieskiem (sam tor oraz jego zielone, zalesione okolice świetnie się do tego nadają ). Przyznaje, że organizacja wyścigu to dla miasteczka wielki ciężar, nawet po obniżce opłat licencyjnych, którą łaskawie zaoferował im Bernie Ecclestone.

Zastanawia mnie, skąd te obawy? Niemieckie gazety zwiastują bankructwo toru Nürburgring, który w latach nieparzystych - na zmianę z Hockenheimring - organizuje Grand Prix Niemiec. - W tej sytuacji nie powinniście się martwić. Odpadnie wam konkurent! - zauważam. - Właśnie, że nie. Podobno Ecclestone zapowiedział, że sam może przejąć Nürburgring i zorganizować wyścig samodzielnie. Wtedy stracimy Formułę 1. To by było straszne! Żeby móc sobie pozwolić na Grand Prix, nawet co drugi rok, zamknęliśmy też pływalnię! - odpowiada pan z pieskiem.

Jego zmartwienie dziwi mnie tym bardziej, gdy okazuje się, że wcale nie jest fanem F1. - To jedyna impreza na naszym torze, podczas której nie mogę się dostać do padoku. No chyba, że zapłaciłbym fortunę, ale i bez tego bilet jest bardzo drogi. Ja to wolę inne wyścigi. Nawet nie DTM (bardzo popularne w Niemczech wyścigi samochodów turystycznych - przyp. OH). Ja najchętniej oglądam wyścigi GT, bo lubię zwykłe samochody i przynajmniej potrafię te wyścigówki rozróżnić, gdy jadą po torze. Co innego z bolidami - przyznaje mój rozmówca.

Skąd się bierze jego sentyment do drogiej i nieprzystępnej Formuły 1 zaczynam rozumieć pod koniec rozmowy. Pierwszy tor wyścigowy powstał na tych terenach w 1932 roku. Wyścigi w Hockeneim mają więc długą i piękną tradycję. - Tu obok przebiegała stara trasa (pan z pieskiem pokazuje dość wąską osiedlową alejkę obok parkingu), a potem zawracał wokół budynku straży pożarnej i wracał tam (po przeciwnej stronie). Dopiero w latach sześćdziesiątych, gdy budowali autostradę, to wszystko przenieśli na drugą stronę. Ale jak pójdziesz spacerem możesz zobaczyć w alejce drewniane szczątki. To były garaże - opowiada mieszkaniec Hockenheim.

Na tym kończymy pogawędkę. Ja idę do biura prasowego, a pan z pieskiem wraca do domu, zatroskany o przyszłość nielubianych przez niego wyścigów Formuły 1 w swoim ukochanym Hockenheim. Zaczynam rozumieć, że przez te wszystkie lata nie do końca doceniałem to miejsce. Jasne. Tego toru nie wymienia się jednym tchem przy klasykach takich, jak Monza, Spa, Silverstone czy Monte Carlo. Ale ma on równie imponującą i wspaniałą historię. Także tu, w Niemczech, od dziesięcioleci wraz z motoryzacją prężnie rozwijał się sport motorowy. Właśnie dlatego miejscowi wciąż kochają Formułę 1. Nawet jeśli jest to trudna miłość.

Zobacz wideo
Więcej o: