Formuła 1. Kierowcy zszokowani wypadkiem De Villoty

Szok - to słowo gościło na ustach każdego kierowcy, poproszonego o komentarz do wypadku Marii de Villoty. Wiele osób zadaje sobie pytanie, jak coś takiego mogło się w ogóle zdarzyć w Formule 1?. Hiszpanka jechała powoli i ostrożnie, a teraz od kilku dni lekarze walczą o jej życie.

- To szokujące - zaczął Sebastian Vettel. - Wypadek wydarzył się w dniu moich 25 urodzin. Wyszedłem pojeździć na rowerze i zaczęło padać. Pękła mi opona, a potem usłyszałem, co się stało. Nie był to dobry początek dnia. Wstrząsająca sytuacja. Mam nadzieję, że od tego momentu będzie szybko wracała do zdrowia. Wciąż nie jest jasne, co tak naprawdę zaszło. Rozmawiałem o tym z Timo (Glockiem, kierowcą zespołu Marussia - przyp. OH.), a on oczywiście wie więcej. Musimy się dowiedzieć, dlaczego doszło do tego wypadku. Czy samochód był zepsuty, czy może to ona popełniła błąd? Teraz najważniejsze jest, aby jej stan zaczął się poprawić. Jak najszybciej. Czytałem, że straciła prawe oko. Szok!

De Vilotta oficjalnie była kierowcą testowym jednego z dwóch najsłabszych i najbiedniejszych zespołów Formuły 1. Należy on do rosyjskiego producenta samochodów sportowych Marussia, a wcześniej finansował go słynny miliarder Richard Branson. Nie dajmy się zwieść nazwisku. Ekipa jest bardzo uboga i ktoś taki, jak Villota jest dla niej bardzo ważnym klientem. Za status kierowcy testowego oraz możliwość pojeżdżenia bolidem F1 - nawet bardzo słabym i tylko na prostych - hiszpanka płaciła pokaźną kwotę. Choć ma duże doświadczenie w wyścigach, w praktyce jest półamatorką i wielbicielką wyścigów, która po prostu spełniała swoje marzenia. Bo ją na to stać.

Nieoficjalne informacje krążące po padoku dość dokładnie opisują ten przerażający wypadek. Na samym początku jazd Maria wyjechała poza obręb wyznaczonej trasy, na którą próbowała wrócić, zataczając łuk. Jechała bardzo ostrożnie i wolno. Nawet zbyt wolno, przez co załączył się jeden z systemów elektronicznych bolidu. Tzw. anti-stall zapobiega zgaszeniu silnika. W bolidach F1 nie ma rozrusznika i po zgaśnięciu motoru potrzebna jest pomoc z zewnątrz. Komputer pilnuje, aby do tego nie doszło, pomagając kierowcy. Tym razem jednak przyczynił się do tragedii.

Samochód zaczął sam przyspieszać, co zapewne zaskoczyło kierowcę. Choć auto wciąż jechało stosunkowo wolno, okoliczności zajścia były wyjątkowo pechowe. De Villota wpadła na ciężarówkę, w której opuszczona była winda załadunkowa. Niestety nie na sam dół. Wisiała na najgorszym z możliwych poziomów - na wysokości kasku. Fragment platformy przebił wizjer w okolicach prawego oka i spowodował bardzo poważne obrażenia głowy. Kobieta wciąż pozostaje w stanie krytycznym, ale jej stan jest stabilny.

Dyskutując w padoku specjaliści nie mogą się nadziwić, jak coś takiego mogło się wydarzyć w Formule 1, gdzie obsesyjnie dba się o bezpieczeństwo? Zastanawiają się, czy De Villota była gotowa do jazdy bolidem F1? Czy zespół ostrzegł ją o specyfice działania systemu anti-stall i jak to możliwe, że w pobliżu trasy stała ciężarówka? I to z opuszczoną platformą? Sprawę będzie wyjaśniała prokuratura, a także FIA. Tego domagają się kierowcy.

- Bardzo się o nią martwimy i wciąż czekamy na więcej informacji - mówił Fernando Alonso. - To była kompletnie szokująca wiadomość. Oczywiście nie mamy wszystkich informacji i trudno jest rozmawiać o powodach tego, co się stało dopóki nie usłyszymy oficjalnych ustaleń, ale w tym momencie trudno sobie wyobrazić jak w ogóle do tego doszło?

Więcej o wypadku Marii de Villoty ?

Więcej o: