GP Australii. Co wiemy po pierwszym wyścigu sezonu?

Lewis Hamilton wciąż faworytem, Ferrari i Red Bull tak samo szybkie, McLaren już nie zawodzi, a Williams cieniuje - to wnioski po pierwszym wyścigu sezonu F1. Grand Prix Australii wygrał Sebastian Vettel z Ferrari. Kolejny wyścig już 8 kwietnia w Bahrajnie.

Hamilton wciąż faworytem

Lewis Hamilton nie wygrał Grand Prix Australii, ale wciąż wydaje się głównym faworytem do mistrzostwa. W niedzielę przegrał z Vettelem przez... splot kilku okoliczności: sytuację na torze, zastosowanie wirtualnego samochodu bezpieczeństwa po awariach Haasa i błąd w obliczeniach komputerowych. Sam Hamilton był zaskoczony tym, że Vettel wyjeżdża przed niego z pitlane. Zaskoczeni byli tez jego inżynierowie wyścigowi.

Biorąc pod uwagę tempo jazdy i łatwość powiększania przewagi Hamilton był w Australii bezkonkurencyjny. W sobotnich kwalifikacjach 'odsadził' rywali na blisko 0,7 sekundy. W wyścigu prowadził od startu, choć nie ruszył najlepiej, aż do wprowadzenia wirtualnego samochodu bezpieczeństwa. A potem też był blisko Vettela. W końcówce wyścigu odpuścił szaleńczy pościg - wszystko, by oszczędzić auto na kolejne Grand Prix.

Red Bull w wyścigu na poziomie Ferrari?

- Mieliśmy dobre tempo, ale nie mogliśmy go pokazać, bo byliśmy zbyt blisko innych aut. Jedynym okrążeniem, na podstawie którego można oceniać nasze tempo, było to, które przejechał Daniel Ricciardo - stwierdził szef Red Bulla Christian Horner.

Ricciardo, który gonił trzeciego Kimiego Raikkonena uzyskał najlepszy czas niedzielnego wyścigu. Okrążenie toru Albert Park przejechał w czasie 1:25,945, o blisko pół sekundy szybciej od Raikkonena i Hamiltona.

O ile Red Bull jest zadowolony z tempa w wyścigu, to w kwalifikacjach od rywali odstaje. - W kwalifikacjach wciąż mamy braki - przyznał Horner.

Oba auta Ferrari były minimalnie szybsze w kwalifikacjach, lepiej też taktycznie pojechały wyścig, ale samo tempo jazdy było zbliżone. Zobaczymy, czy w Bahrajnie będzie bardziej zacięta walka pomiędzy tymi zespołami.

Już po kłopotach McLarena?

Poprzednie lata spędzone z Hondą były dla kierowców McLarena koszmarem. Zimą zmieniono dostawcę jednostki napędowej na Renault, ale zimowe testy, poza tempem, nie wypadły najlepiej, bo samochód nadal był awaryjny. Fernando Alonso i Eric Boullier przekonywali, że powodów do niepokoju nie ma, testy to najlepszy czas na usterki, a w sezonie już wszystko będzie w porządku.

Obu McLarenom nie udało się awansować do trzeciej części kwalifikacji, ale wyścig już poszedł im lepiej niż się spodziewano. Dwa samochody zakończyły w czołowej dziesiątce - Alonso był piąty, Vandoorne był dziewiąty.

- To był dobry start i dobry wyścig. Wiedzieliśmy, że nasze tempo w wyścigu będzie lepsze niż w kwalifikacjach. To świetne uczucie zobaczyć McLareny walczące koło w koło z innymi. Mieliśmy szczęście z odpadnięciem aut Haasa, błędem Carlosa Sainza i z samochodem bezpieczeństwa. Cztery czy pięć miejsc zyskaliśmy dzięki wydarzeniom na torze, ale nie popełniliśmy błędów, wykorzystaliśmy sytuację, a zespół wykonał doskonałą pracę - mówił Alonso.

Haas będzie szybki

Najmłodszy w stawce zespół Haas przeżył w niedzielnym wyścigu niewyobrażalny koszmar w wyniku kuriozalnych błędów ludzkich. Ale gdy spojrzeć na to, jakim autem dysponują Kevin Magnussen i Romain Grosjean, to amerykańska stajnia wydaje się być jednym z kandydatów do walki o najlepszą piątkę.

Szybkie okrążenia podczas testów w Barcelonie były przyjmowane jako spora niespodzianka, ale na torze w Melbourne Haas potwierdził, że ma szybkie auto. Dwa auta znalazły się w Q3, do czasu feralnych pitstopów Magnussen i Grosjean mieli szansę na historyczne wyniki. W Bahrajnie trzeba się będzie z nimi liczyć.

Na co stać Renault?

Zespół Renault wprowadził dwa auta do trzeciej części kwalifikacji, ale zarówno Nico Hulkenberg jak i Carlos Sainz były od aut Haasa słabsze. W wyścigu Niemiec zajął siódme miejsce, czyli ani nie polepszył, ani nie pogorszył pozycji z kwalifikacji. Sainz był dziewiąty, czyli spadł o jedną lokatę w porównaniu ze startem.

Zespół przed sezonem zapowiadał, że oczekuje poprawy w stosunku do ubiegłorocznych rezultatów, ale podkreślał, że cały czas jego celem jest walka o mistrzostwo w 2020 roku. I dwa auta na punktowanych miejscach przyjęto z zadowoleniem.

- Powinniśmy się cieszyć. Mieliśmy dobre tempo, mogliśmy rywalizować, ale wiemy, że przed nami mnóstwo pracy. Mieliśmy trochę szczęścia w związku z wycofaniami rywali, ale i pecha, gdy zastosowano wirtualny samochód bezpieczeństwa. Sześć punktów to wynik ciężkiej pracy całego zespołu - stwierdził Hulkenberg.

- Jesteśmy zadowoleni, choć to wynik nie jest idealny. Pokazuje jednak, że zmierzamy w dobrym kierunku - dodał szef zespołu Cyril Abiteboul.

Williams będzie w ogonie?

Jako ostatni przeprowadzili testy zderzeniowe nowej konstrukcji przed sezonem. Jako ostatni przeprowadzili próbne uruchomienie jednostki napędowej. Podczas testów w Barcelonie nie zachwycali ani tempem, ani niezawodnością. I wyścig też im nie wyszedł.

Siergiej Sirotkin nie dojechał do mety przez awarię, którą spowodowała... zbłąkana torebka śniadaniowa. Lance Stroll był 14. - Na pierwszym okrążeniu miałem dziwne ustawienia silnika, mieliśmy problemy z paliwem i dogrzewaniem opon. Próbowaliśmy dojechać do mety, a nie się ścigać - wyliczał Stroll w Eleven Sports po wyścigu.

Optymizmem ze strony Williamsa nie wieje. Zespół podczas testów w Barcelonie ambitnie celował w czołową piątkę, choć seria awarii i wyniki kierowców na to nie wskazywały. GP Australii brutalnie pokazało, że Williamsowi w początkowej fazie sezonu może być piekielnie trudno walczyć o punktowane miejsca.

Stroll wyliczył serię problemów, które zespół musi rozwiązać jak najszybciej, a de facto nie ma na to czasu, bo sezon właśnie się rozpędza. Do GP Bahrajnu zostało już mniej niż dwa tygodnie, a potem są w sumie trzy wyścigi w cztery tygodnie, wszystkie z dala od siedziby Williamsa (Bahrajny, Chiny, Azerbejdżan).

Wiele wskazuje na to, że Williams będzie bił się w ogonie stawki z Toro Rosso i Alfa Romeo Sauberem.