Sport.pl

Emil Sajfutdinow - grzeczny twardziel żużlowego toru. Skąd jego sukces?

Sponsorzy? Jest ciężko. Gdyby Emil Sajfutdinow był Polakiem, byłoby łatwiej.
Rozmowa z Tomaszem Suskiewiczem*

Filip Łazowy: Był styczeń 2006 r. Były żużlowiec Apatora Toruń, Andreas Jonsson, na dobre został już filarem Polonii Bydgoszcz. Gdyby nie on, Emil Sajfutdinow nie byłby w tym miejscu, gdzie teraz?

Tomasz Suskiewicz: Na pewno to, że Emil trafił do Polski jest zasługą Jonssona. Jeździł w 2006 r. w Polonii, ale i lidze rosyjskiej. Tam kiedyś spotkał się w jednym z biegów z Emilem. Jonsson strasznie się męczył na dystansie, by go wyprzedzić. W końcu nie wytrzymał, przewrócił Sajfutdinowa. Jak później przyznał, był to jedyny sposób wtedy na Rosjanina. Śmiał się, bo sędzia wykluczył z tego biegu Emila. Andreas wiedział, że to on sam był winny. Zapamiętał nazwisko Sajfutdinowa. Później, kiedy Jonsson był w Bydgoszczy, prezes Polonii Bogdan Sawarski zapytał go, czy w Szwecji są jacyś ciekawi juniorzy. Usłyszał, że akurat tam teraz nie ma nikogo, kto by się nadawał do startów w Polsce, ale opowiedział o młodym Rosjaninie z wielkim sercem do walki. I tak działacze Polonii skontaktowali się z bratem Emila, Denisem. Sajfutdinow miał w tym samym czasie jeszcze ofertę z Lublina, ale wybrał Polonię.

Tylko skąd nagle w jego otoczeniu pojawił się mechanik, a później doradca Tony'ego Rickardssona.

- Emil trafił do Polski, kiedy nie miał nawet 18 lat. Ja wtedy byłem menedżerem Tony'ego. To był ostatni rok naszej współpracy. Już zapowiedział koniec kariery. Sajfutdinow w pierwszym roku startów w Polonii miał kontrakt amatorski - sprzęt dostawał z klubu. Emilowi bardzo zależało na współpracy ze mną. I tak się zaczęła nasza współpraca - trwa ponad siedem lat.

Zapowiadał się wtedy na żużlowca, który - do czego niewiele brakowało w tym roku - może zdobyć i mistrzostwo świata, i Europy?

- (śmiech) Nie spodziewałem się aż takich wyników. Od razu z Emilem ustaliliśmy sobie cele. W pierwszym roku startów był to awans do półfinału mistrzostw świata juniorów. Rok później - walka o finał. Dopiero potem jakieś marzenia o medalu. Ważne było, by Emil z każdym kolejnym rokiem robił krok do przodu.

Był więc niedoceniony.

- Emil zaskoczył nie tylko mnie, ale też chyba i siebie. Kiedy miał niespełna 18 lat, pojechaliśmy na ćwierćfinał mistrzostw świata juniorów do Anglii - do Rye House, gdzie był niezwykle trudny technicznie tor. Tam Emil sensacyjnie zwyciężył pokonując m.in. Tai Woffindena. Potem w półfinale Sajfutdinow znów był najlepszy i awansował do finału. A to wszystko w pierwszym roku startów. Sami byliśmy zdziwieni. Przed finałem odniósł kontuzję, ale jadąc z jedną sprawną ręką w Ostrowie wywalczył komplet punktów i zdobył złoty medal. A przypomnę - według planów podium miało być najwcześniej za dwa lata! Potem, w kolejnym roku, Emil znów zdobył złoto juniorów. Można powiedzieć, że kompletnie zburzył całe nasze plany sportowe (śmiech). Trzeba było znów wspólnie usiąść, zweryfikować je, rozpisać nowe. Można powiedzieć, że Emil - jako zawodnik - zajął się tylko jazdą. A ja, jako menedżer, całą resztą.

Czyli?

- Przygotowaniem sprzętu, przejazdami na mecze czy zawody Grand Prix. Rozmowami ze sponsorami, czy też zatrudnieniem mechaników.

Jesteście przyjaciółmi, nie macie sekretów. Sajfutdinow o skutkach wypadku sprzed kilku miesięcy rzeczywiście już zapomniał?

- Wszystko w porządku. Przeszedł wszystkie niezbędne badania, jest zdrowy. Chciałby już jeździć na motocrossie. Na razie zostaje mu tenis stołowy, który bardzo lubi. Na motor żużlowy wsiądzie w przyszłym roku. Będzie startował z tego samego poziomu co pozostali zawodnicy, bo oni też będą mieli kilka miesięcy przerwy. Być może w pierwszych startach Emil będzie jeszcze jechał trochę zachowawczo, ale potem już zacznie się ściganie na sto procent.

Siedem lat współpracy to sporo. Dla wielu - zbyt wiele.

- A dla nas - nie. Odpoczywaliśmy od siebie zimą (śmiech). Kiedy są sukcesy, wszystko przychodzi łatwiej. Poza tym obaj doskonale się przez cały czas rozumieliśmy. Nieporozumienia zdarzały się niezwykle rzadko. Każdy wykonywał swoją pracę w stu procentach. Nikt się nie oszczędzał. Wyniki były zapłatą za cały ten wysiłek. Mamy jasno określone priorytety.

Sajfutdinow to ideał zawodowca. Skandale są mu obce, świetnie wypada w mediach, uchodzi za pracusia i człowieka z wielkim dystansem do siebie. Już jako nastolatek był tak skoncentrowany na żużlowej karierze?

- Emil mieszkał u mnie, gdy miał 17-18 lat. Wtedy wiele rozmawialiśmy o tym, jak wszystko pogodzić. Bardzo chciał osiągnąć sukces, ale zrozumiał, że musi podporządkować temu życie. Przede wszystkim potrafił odizolować się od wszystkich pokus. Wiadomo: młodość ma swoje prawa.

Siedział zamknięty w domu?

- Nie. Jednak wiedział, kiedy należy przestać i wrócić do domu. Ma silny charakter. Jeśli sobie powiedział, że stawia na sport, a nie rozrywkę, to tego się trzymał. Do tego to prawdziwy domator. Woli przebywać w mieszkaniu niż gdzieś wychodzić.

A skąd jego wizerunek grzecznego żużlowca: zawsze uśmiechniętego, spokojnego, współpracującego z mediami czy kibicami?

- To nie jest wypracowane. Taki jest Emil. Zrozumiał ważną kwestię - to on jest dla ludzi, a nie ludzie dla niego. Bez kibiców i mediów nie byłoby jego popularności, sukcesów. Pojechał słabo? Wie, że to tylko jego wina i obrażanie się na innych nie ma sensu. Wiadomo, że czasem miewa złe chwile - jak każdy. Emil zdaje sobie sprawę, ze sam pracuje na swój wizerunek. Przed kamerami nikogo nie udaje. Taki właśnie jest. Grzeczny, spokojny, ale za to na torze już nieustępliwy.

Idealna postać w ofercie dla sponsorów.

- Tu zaskoczenie. Jest ciężko. Gdyby Emil był z pochodzenia Polakiem, byłoby dużo łatwiej. Ale jest Rosjaninem i polskie firmy wolą wspierać rodaków. Choć oczywiście nie brakuje takich, które nam pomagają. Sajfutdinow ma polskie obywatelstwo i nawet kiedyś były rozmowy, czy by nie chciał startować z naszą flagą. Emil stwierdził, że nie czułby się najlepiej, gdyby odgrywano mu hymn Polski, a obok staliby jego rodacy. Kocha Polskę i Polaków, ale czuje się Rosjaninem i warto to uszanować. Kłopot w tym, że w jego kraju ludzie zajmujący się żużlem kompletnie tego nie rozumieją. Mają tam taki potencjał, że Rosja przez najbliższych sześć lat stawałaby na podium w finale Drużynowych Mistrzostw Świata. Tylko że tam federacja zupełnie się nie interesuje rozwojem żużla. Niewielu jest też sponsorów, którzy mogliby wesprzeć ten sport. A przecież nie brakuje tam bardzo bogatych oligarchów.

Wybór w Polsce Unibaksu, a nie np. Unii Leszno, to efekt ekonomii, czy czegokolwiek innego?

- Stwierdziliśmy z Emilem, że Unibax to po prostu lepsza dla nas opcja. Ma bazę pod Bydgoszczą. Mamy bardzo blisko. Nie trzeba się już tułać po Polsce po kilkaset kilometrów.

Podobnie przed rokiem mówił inny bydgoszczanin w Toruniu - Tomasz Gollob.

- Do tego jest obiekt, na którym można trenować nawet w razie gorszej pogody. Na początku sezonu Emil będzie potrzebował jazdy i bliskość Motoareny też ma znaczenie. Do tego Unibax to bardzo dobrze poukładany klub. Dwa lata temu Emil mógł już trafić do Torunia. Teraz już się udało. Namawiali go do tego Chris Holder i Darcy Ward. Namawiali w Toruniu, by pozyskać Emila. Ostatnią kwestią jest osoba Sławomira Kryjoma [dotychczasowy menedżer Unibaksu - red.]. Emil bardzo go ceni, chciał z nim współpracować. Dlatego długich rozmów z Unibaksem nie było.

Nie było też nigdy takiego składu w Toruniu. Pięciu seniorów to czterech stałych zawodników cyklu Grand Prix i Adrian Miedziński, który ostatni turniej GP wygrał. Niesamowite zestawienie.

- Nie boimy się nieporozumień. Sławek Kryjom może mieć szybsze bicie serca tylko w GP, kiedy obok siebie staną Chris Holder, Darcy Ward, Tomasz Gollob i Emil (śmiech). A tak poważniej - środowisko żużlowe jest tak małe, że zawodnicy są dobrymi kolegami. Nikt tu nie będzie jechał dla siebie, ale dla drużyny. Zwłaszcza że trzeba będzie odrobić osiem ujemnych punktów i potem awansować do czołowej czwórki. Myślę, że jeśli już coś niepokojącego się będzie działo, Tomek Gollob wszystko weźmie w swoje ręce. Każdy zawodnik go posłucha. Dla Emila Tomek to ktoś, kto zrobił bardzo wiele dla tej dyscypliny. I jeśli Gollob coś powie, nie tylko Emil, ale też i pozostali się do tego dostosują. Dlatego jestem spokojny, że żadnych konfliktów w zespole nie będzie.

Rozmawiał Filip Łazowy,

współpraca: r



* Tomasz Suskiewicz - bydgoszczanin, w przeszłości mechanik żużlowych gwiazd: na początku Ryszarda Dołomisiewicza, a później Tomasza Golloba, Piotra Protasiewicza i Tony'ego Rickardssona. Od siedmiu lat zajmuje się już tylko kierowaniem ekipą Emila Sajfutdinowa.

Który z seniorów Unibaksu skończy 2014 r. z najlepszą średnią?