Sport.pl

Doping Kornelii Marek. Nikt nic nie wie

Trener Wiesław Cempa nic nie widział i nic nie słyszał. Kornelia Marek, która podczas zeznań przed komisją Kornelia nagle się załamała i była bliska płaczu, broni siebie, ale jednocześnie - z zadziwiającym uporem - także ukraińskiego fizjoterapeuty. - Logiki w tym wszystkim nie ma - rozkłada ręce szef komisji dyscyplinarnej PZN Zbigniew Waśkiewicz. Komisja zaczęła działać, ale właściwie już wiadomo, że tajemnicy dopingu olimpijki nie odkryje.
Wielkie ciemne okulary na nosie, poważna mina i szybki krok - tak wkroczyła do siedziby Polskiego Związku Narciarskiego w Krakowie Kornelia Marek. - Nic nie brałam - rzuciła przez ramię tłumowi dziennikarzy.

I to krótkie zdanie właściwie streszcza jej późniejsze kilkudziesięciominutowe zeznania przed komisją, która ma wyjaśnić olimpijską aferę dopingową. Polska biegaczka jako jedyna została przyłapana w Vancouver na używaniu zakazanych środków.

Brakowało logiki



Marek powtórzyła to, co wcześniej napisała w oświadczeniu. Przyznała, że ukraiński lekarz i fizjoterapeuta kadry Witalij Trypolski robił jej zastrzyki.

- Powiedziała, że była przekonana, że to dozwolone środki, a nie EPO [hormon zwiększający wytrzymałość]. Nie usłyszeliśmy niczego sensacyjnego, co w znaczący sposób posuwałoby sprawę do przodu. W niektórych zeznaniach Kornelii brakowało wręcz logiki, ale uparcie powtarzała to samo - mówił na konferencji Waśkiewicz, rektor AWF Katowice i wiceprezes PKOl.

Marek po wyjściu z komisji przez 15 minut odpowiadała na pytania dziennikarzy - ten jeden jedyny raz. - Potem proszę zostawić mnie i moją rodzinę w spokoju - podkreśliła zdenerwowana.

- Muszę ponieść konsekwencje, ale wciąż nie wiem, skąd w moim organizmie wzięło się EPO. Nie jestem w stanie sama sobie podać leku dożylnie czy nawet domięśniowo. Nie umiem - zapewniała.

- Myślałam, że to były zastrzyki na regenerację. Mój organizm się dłużej regeneruje. Teraz już nikomu nie ufam - rzuciła.

Jednocześnie z zadziwiającym uporem starała się nie atakować Trypolskiego. - To nie jest tak, że on jest winny. Ja też zawiniłam, bo to coś znalazło się w moim organizmie - mówiła. - Czy jak ktoś dostaje lek, to pyta, co jest w środku? Albo jak w restauracji dostanie ktoś szklankę wody, to skąd gwarancja, że tam jest tylko woda? - pytała.

Niemal krzyknęła na koniec, że biegła w Vancouver tak dobrze nie przez doping, ale dzięki "wierze w siebie". - Czy widzieliście, jak leżałam przez kilka minut na śniegu ledwo żywa po sztafecie? - pytała zdenerwowana.

Sprzeczności w jej słowach było mnóstwo, choćby właśnie powyższe słowa: EPO może dać właśnie taki efekt - nieludzkiego wyczerpania po nieludzkim wysiłku.

Co działo się na przesłuchaniu



Później dowiedzieliśmy się, że podczas zeznań przed komisją Kornelia nagle się załamała. Była bliska płaczu, ale szybko się opanowała. - Myśleliśmy, że pęknie, ale nic takiego się nie stało. Można było odnieść wrażenie, że ktoś dobrze przygotował ją do tego, jak ma się zachowywać i co mówić. Wbito jej do głowy, że ma wszystkiemu zaprzeczać - powiedział nam jeden z członków komisji.

- Raz mówiła, że tylko Trypolski robił zastrzyki, a po chwili, że ona jego nie chce winić. Uznaliśmy, że dalsze słuchanie tego nie ma sensu - opowiada nam świadek przesłuchania biegaczki.

Przed komisją zeznawał też trener Wiesław Cempa, który poza Marek opiekował się też Sylwią Jaśkowiec i Pauliną Maciuszek. Nic nie wiedział o dopingu i - tak jak Marek - miał zaufanie do fizjoterapeuty.

- Kiedy Kornelia została złapana na EPO, pytałem pozostałe moje biegaczki, czy brały jakiś zastrzyki. Powiedziały, że nie. Wiedziałem, że robił Kornelii zastrzyki, ale nie wnikałem dokładnie, bo Trypolski mówił, że to dozwolone - powiedział Cempa.

Podczas przesłuchania Cempa zasłaniał się całkowitą niewiedzą w sprawach medycznych. - Jak trener może nie wiedzieć takich rzeczy? - powiedział jeden z członków komisji, gdy kolejna odpowiedź trenera nic nie wniosła.

O koleżankach ze sztafety więcej powiedziała Kornelia.

Stwierdziła, że Jaśkowiec dwa lata temu odmówiła przyjmowania jakichkolwiek zastrzyków. - Jestem tylko ja i trener - wyjaśniła w rozmowie ze Sport.pl Sylwia Jaśkowiec. - Nie biorę żadnych środków ani witamin. Nic. Dysponuję tylko tym, czym obdarzyła mnie natura. Od grudnia nie miałam nawet masażu, bo wtedy ostatni raz był z nami mój fizjoterapeuta. Teraz wolę potruchtać.

Zdaniem Kornelii Maciuszek "ma naturalnie wysoki hematokryt, więc podawanie jej takich leków nie miałoby sensu, bo zaraz przekroczyłaby dozwolony poziom". - Opadły nam ręce, jak to usłyszeliśmy. Bardzo ciekawi jesteśmy, co Paulina Maciuszek i Witalij Trypolski powiedzą w poniedziałek - mówi nasz informator.

Chodzi o to, że Marek właściwie potwierdziła, że w zastrzykach musiało być coś o działaniu zbliżonym do EPO, które zwiększa liczbę czerwonych krwinek.

Z Maciuszek nie udało nam się skontaktować.

Trypolski też się powtarza

Po przesłuchaniu po raz kolejny zadzwoniliśmy do Trypolskiego.

- Kornelia powiedziała, że straciła do wszystkich, w tym pana, zaufanie...

- Nie umiem tego skomentować. Nie wiem, co miała na myśli - odparł fizjoterapeuta. Nie chciał powiedzieć, co było w zastrzykach, które robił Marek, ani ile ich było. - Żaden lekarz tego nie powie. To tajemnica pomiędzy mną a pacjentką.

- Czy w zastrzykach, jakie pan robił Kornelii, mogło być EPO, które potem odkryto w jej organizmie?

- Świadomie jej EPO nie podawałem. EPO mogło trafić do jej organizmu na dwa sposoby: dożylny albo podskórny. Albo jeszcze trzecie wyjście: pomyłka laboratorium. Innego wyjścia nie ma. To mogę powiedzieć jako lekarz.

Nie podawałem jej środka, na którym byłoby napisane, że to EPO. Teoretycznie mogła to być jeszcze dywersja w laboratorium czy u producenta. Może ktoś wlał EPO do innej ampułki. Ja w każdym razie nie podawałem Kornelii środka z taką etykietką - mówił Ukrainiec.

Trypolski zapewnił, że stawi się w poniedziałek na kolejnym posiedzeniu komisji. PZN zwolnił go z pracy, ale ma pokryć koszty podróży z Kijowa, a także wypłacić mu jeszcze kwietniową pensję - ok. 5 tys. zł. Przed komisją staną też Jaśkowiec, Maciuszek oraz trenujący z Cempą mężczyźni - Maciej Kreczmer i Janusz Krężelok, serwismeni oraz lekarz z misji olimpijskiej, prawdopodobnie Jarosław Krzywański.

Kornelia Marek zapowiedziała już, że po dwóch latach dyskwalifikacji wróci do biegania.





Kornelia Marek: » Czuję się winna


Więcej o: